Katarzyna Bonda: Stałe podnoszenie poprzeczki leży w moim interesie

- Nie zamierzam do końca życia pisać kryminałów. Ale zamierzam zawsze zaskakiwać moich czytelników (...). Chcę próbować nowych rzeczy. A to, jaki będzie efekt, to czasem kwestia drugorzędna. Szanuję to, że część moich czytelników chciałaby, żebym pisała bardziej podobne do siebie książki. Ale ja nie pracuję w McDonaldzie, nie robię kanapek, które mają być zawsze takie same - mówi Katarzyna Bonda, pisarka, autorka, m.in. tetralogii kryminalnej "Cztery żywioły Saszy Załuskiej". Niedawno ukazała się trzecia część pt. "Lampiony".

Katarzyna Pruszkowska: Czy wierzysz w istnienie natchnienia, które sprawia, że tworzenie przychodzi artystom łatwiej?

Reklama

Katarzyna Bonda: - Wierzę, że zdarzają się momenty "odklejenia" od rzeczywistości, które mogą mieć nieco mistyczny charakter. Ale takie określenia jak "wena" czy "iskra boża" generalnie mnie bawią, nie traktuję ich poważnie. Mam wrażenie, że to słynne "czekanie na natchnienie" zostało wymyślone po to, by pisarze mogli oddzielić się od czytelników i nadać sobie status nadludzi. A od tego już blisko do bałwochwalstwa. Czekanie na moment, w którym będzie się lepiej pisało to strata czasu.

- Każdą książkę piszę rok, czasami dwa lata. Gdybym siedziała i czekała na moment, w którym spłynie natchnienie, nad jedną pozycją siedziałabym z 15 lat. A to nie w moim stylu. Seria o Saszy przypomina pewnego rodzaju serial literacki, dlatego staram się, by moi czytelnicy nie musieli za długo czekać na kolejną część. To oznacza, że muszę naprawdę ostro pracować. Jeździć na dokumentację, rozmawiać z ludźmi, robić notatki, rozpisywać sceny, a na końcu je pisać. Wszystko to mam dokładnie zaplanowane i w tym planie nie ma miejsca na żadną wenę.

A co z tymi momentami "odklejenia", o których wspomniałaś?

- Najczęściej zdarzają się, kiedy kończę pisać scenę, czyli zwykle koło 4 nad ranem. Wychodzę wtedy z psem, rozglądam się i czuję, że ten świat wydaje mi się mniej rzeczywisty niż to, co przed chwilą napisałam. Czuję się tak, jakbym była za szybą, ale to przyjemny stan. Być może to ta mistyka, która sprawia, że ludzie piszą.

Podczas pisania "Lampionów" takie momenty się zdarzały?

- Tak. Pamiętam jeden, szczególnie ważny. Któregoś dnia pojechałam na spotkanie autorskie do Łodzi. Kiedy wysiadłam z pociągu, zaczęło na mnie spadać coś, co wyglądało jak śnieg. Tyle, że płatki były czarne. Wirowały mi nad głową, a ja pomyślałam, że wszystko wokół wygląda tak, jakbym znalazła się w pięknym piekle. Ta czerń spadała na mnie, a ja nie miałam pojęcia, co to jest. Dopiero taksówkarz wyjaśnił mi, że Łódź płonie, a te czarne płatki, to kawałki sadzy. Dzień przed moim przyjazdem spaliła się Fabryka Farb i Lakierów, o czym nie miałam pojęcia, bo nie mam telewizora, ani nie prenumeruję prasy. Nad miastem unosiły się trujące opary, mieszkańcy mieli zakaz otwierania okien. W drodze na spotkanie minęliśmy piękną, narożną kamienicę na ulicy Tuwima, która, jak to mówią w Łodzi, doszczętnie się zhajcowała. Kiedy kierowca zauważył, że przyglądam się budynkowi, zapytał: "Interesują panią pożary? To zawiozę dwie przecznice dalej, bo tam płonie inna kamienica, strażacy jeszcze dogaszają płomienie". I rzeczywiście, był nawet rękaw pożarniczy, którym ewakuuje się mieszkańców.

- To właśnie wtedy, podczas jazdy po płonącym mieście, doznałam inspiracji. Zrozumiałam, że muszę przenieść akcję "Lampionów" do Łodzi, bo dzięki temu będę mogła to miasto bezkarnie podpalić, pozwolić sobie na opisanie bardziej spektakularnych wydarzeń.

Kolejne części serii o Saszy ukazały się w 2014, 2015 i 2016 roku. Jak ci się udaje zachować takie tempo pisania?

- Nie wiem, czy inni autorzy mają tak samo, ale kiedy ja otwieram swoje poprzednie książki, często nie rozpoznaję szczegółów. Na spotkaniach autorskich każą mi czytać fragmenty, a ja myślę: "O rany, ale to jest słabe" albo: "ale ten fragment całkiem nieźle napisałam". Kiedy piszę, poświęcam się temu całkowicie. Oczywiście efekt końcowy jest uzależniony od wielu czynników - tego, na jakim etapie życia jestem, jak czuję się fizycznie, psychicznie. Zawsze jednak wiem, że zrobiłam wszystko, co mogłam - mówię o dokładnej dokumentacji, pracy nad strukturą, pisaniu scen. Ale po skończeniu książki resetuję to wszystko bez skrupułów.

Nie żal tych wszystkich godzin spędzonych na zbieraniu informacji?

- Nie. Gdybym pamiętała to wszystko, szybko trafiłabym do domu bez klamek.

Nie zapytam o to, jak wygląda dokumentacja, bo wiem, że to pytanie pada często. Ciekawi mnie jednak to, jak wygląda sam proces pisania?

- Zapis uważam za najbardziej intymny moment powstawania książki. Rzadko i niechętnie o nim opowiadam. Mam nawet trudności z doborem odpowiednich słów. Być może to właśnie przez to "odklejenie się". Choć to nie tak, że zawsze tak samo chętnie siadam do pisania sceny. Nie. Choć wiem, o czym ma być, bo wcześniej piszę bardzo dokładny schemat książki, czasem nie mogę się zabrać do pracy.

- Zwykle wygląda to tak: sprzątam pawlacz, chociaż zazwyczaj tego nie robię. Przestawiam meble. Segreguję ubrania. Gotuję, choć i to nie jest czynność, którą wykonuję codziennie. Wyciągam wtedy z półek wszystkie środki czystości, wiadra i poleruję szyby albo podłogi. Dopiero kiedy jestem już naprawdę zmęczona tą walką, opóźnianiem wszystkiego, siadam do pisania, kończę scenę i myślę: "I po cholerę tak to przeciągałam?". Zawsze zaczynam pisanie od tych najłatwiejszych scen, a najtrudniejsze zostawiam sobie na koniec. Nazywam je "hologramicznymi" - nie mają bezpośredniego związku z wątkiem kryminalnym, ale są naddatkiem, wnoszą coś do powieści. Bo ja uważam, że nie piszę kryminałów, ale właśnie powieści.

Bez czego nie możesz pisać?

- Bez fajek i zielonej herbaty. Potrzebuję też ciszy. Z pracy może mnie wybić wszystko. Wizyta listonosza, telefon, pytanie córki. Muszę mieć od 6 do 8 godzin absolutnego spokoju, dlatego najchętniej piszę nocą. Ubrana w dres, polar, mitenki i czapkę.

Czapkę?

- Tak, sporo palę, a potrzebuję świeżego powietrza. Dlatego wszystkie okna muszą być ciągle pootwierane. Nawet wtedy, kiedy jest mróz. Ja go nawet nie czuję.

- Najlepiej pisze mi się nocą, jednak  odkąd moja córka poszła do szkoły, często piszę w dzień. Odprowadzam ją, o 8:30 jestem już przed komputerem i piszę do 15:30 bez przerwy. Nie jem, nie wyprowadzam psa, staram się nawet nie chodzić do toalety. Zdarza się, że zmęczenie bierze górę. Wtedy śpię w dzień, ale nie kładę się w nocy, piszę do rana. Mój rytm dnia jest wtedy zupełnie przestawiony. Dlatego po napisaniu książki potrzebuję sporo czasu, żeby odpocząć, nabrać sił.

Powiedziałaś, że twoje książki to raczej powieści. Rzeczywiście, "Lampiony" trudno nazwać klasycznym kryminałem.

- Różnią się od pozostałych książek, bo należę do osób, które nie lubią chadzać znanymi ścieżkami. Posługując się tą metaforą: znam już wszystkie niebezpieczeństwa, znam już widoki, wiem, gdzie są lżejsze przejścia. Wędrówka nie sprawi mi już przyjemności, nie dowiem się o sobie niczego nowego i niczego nowego się już nie nauczę. Chcę iść inną drogą, choćby nawet miała być trudniejsza i brzydsza.

- Po "Okularniku" czułam, że zaczęłam być postrzegana jako pewnego rodzaju terapeutka historyczna. Że ludzie oczekują, że znajdę kolejną plamę na kartach historii Polski i zgrabnie przerobię ją na popularny kryminał. Nic z tego, wiedziałam, że akurat tego zrobić nie mogę. Że nie dam się przejrzeć moim czytelnikom. Jasne, na początku bałam się "Lampionów", bałam się ryzyka, bo to nietypowa książka i nie każdemu może się spodobać. Scenom bliżej do Tarantino, niż do Wajdy. Oczywiście ludzie mają swoje oczekiwania, ale moim zadaniem jest pisanie książek, nie spełnianie czyichś oczekiwań.

Zawiedzione oczekiwania mogą spotkać się z krytyką. Jak sobie z nią radzisz?

- Po pierwsze, uważam, że z krytyką się nie dyskutuje, po części dlatego, że nie znam się na krytyce literackiej, po części dlatego, że daję każdemu prawo do własnego zdania. Gdybym jednak miała przejmować się krytyką, pewnie już dawno rzuciłabym w diabły pisanie. Oczywiście czytam recenzje dziennikarzy i moich czytelników. Jeśli spotykam się z konstruktywną krytyką, wyciągam wnioski i staram się, żeby kolejna książka była jeszcze lepsza. Ale klasycznym hejtem się nie przejmuję, nie jest w stanie zablokować mojego pisania, bo do swojej pracy podchodzę poważnie. Uważam zresztą, że im większy sukces, tym więcej adwersarzy wokół. A moje książki są przecież na listach bestsellerów.

- Dorobiłam się osób, które dość nieudolnie próbują kopiować mój styl, one również z chęcią mnie krytykują. Co, oczywiście, mnie bawi, bo nie są w stanie mnie podrobić - moją siłą jest zapis i merytoryka. Dlatego robię swoje, mam zaplanowane książki do 2025 roku. Martwię się tylko tym, żeby starczyło mi czasu na opowiedzenie tych wszystkich historii.

Wszystkie są w jakiś sposób związane z kryminałem?

- Skąd. Nie zamierzam do końca życia pisać kryminałów. Ale zamierzam zawsze zaskakiwać moich czytelników. Stałe podnoszenie poprzeczki leży w moim interesie. Chcę próbować nowych rzeczy. A to, jaki będzie efekt, to czasem kwestia drugorzędna. Szanuję to, że część moich czytelników chciałaby, żebym pisała bardziej podobne do siebie książki. Ale ja nie pracuję w McDonaldzie, nie robię kanapek, które mają być zawsze takie same.

Z tego, co wiem, wiele rzeczy zrobiłaś jako jedna z pierwszych - mam na myśli aktywne promowanie swoich książek.

- To prawda, jako jedna z pierwszych zaczęłam chodzić do telewizji śniadaniowych, żeby rozmawiać o moich książkach. Dostałam za to ostro po głowie, bo inni autorzy czuli się oburzeni, że można godzić się na rozmowę trwającą dwie minuty. Trzy lata temu propozycje wystąpienia w śniadaniówce ich obrażały. Dziś już nie.

- Podobnie było w przypadku wywiadów. Od początku rozmawiałam i ze znanymi autorami z największych gazet, i z początkującymi blogerkami. Pamiętam, że po jednym ze spotkań autorskich podeszła do mnie młoda dziewczyna. Powiedziała, że kocha czytać i prowadzi niewielkiego bloga o książkach. Poprosiła wtedy o rozmowę, a ja się zgodziłam, bo nadal jestem dziewczyną z Hajnówki i pamiętam, jak trudne są początki. Uważam też, że takie rozmowy to wyraz szacunku dla czytelników. Bo są tacy, którzy przeczytają rozmowę, którą przeprowadzi ktoś o znanym nazwisku i opublikuje w dużym portalu, a są tacy, którzy trafią na rozmowę właśnie na blogu. Dlatego zawsze tak samo przygotowuję się do rozmów i poświęcam na nie tyle samo czasu.

- A ta dziewczyna, dzięki swojej pracy i uporowi, jest dziś jedną z najbardziej znanych blogerek zajmujących się literaturą.

Z krytyką spotkała się także decyzja o tym, by twoje książki były dostępne w sieci sklepów "Biedronka".

- Tak, zebrałam wtedy tęgie baty, także od dziennikarzy. Pamiętam, że w jednej z największych gazet ukazał się nawet artykuł, ilustrowany moim zdjęciem z berettą w dłoni, który miał tytuł: "Bonda psuje rynek". Zgodziłam się wtedy na wydanie kieszonkowych wersji moich książek, których nakład rozszedł się na pniu. Kosztowały 8 złotych, ja dostawałam z tego 9 groszy od sprzedanego egzemplarza, czyli całe nic. Ale świadomie zrezygnowałam z większej części swojego honorarium, bo chciałam żeby moje książki czytali nie tylko ludzie majętni, ale także ci, którzy pieniędzy mają mniej. Bo na powieść za 8 złotych wiele osób może sobie pozwolić. Jasne, jest brzydsza, papier jest gorszej jakości, druk jest mniejszy. Ale ci ludzie kupili te książki legalnie.

- Dziś w "Biedronce" można kupić wiele książek, a ja nie mam z tym żadnego problemu. Nie rozumiem ludzi, którzy oburzają się, że literatura stoi między makaronem a olejem słonecznikowym. Że książki powinny być sprzedawane w "specjalnych" miejscach. Bzdury. Książki powinny być dostępne tam, gdzie są ludzie. To towar pierwszej potrzeby dla ludzi spragnionych karmy dla duszy, ale musi być na wyciągnięcie ręki, nie w jakichś sanktuariach.

Kilka dni temu widziałam w jednej z sieciówek  reportaże jednego z najbardziej znanych polskich wydawnictw.

- Proszę, a minęło ledwie kilka lat. Ci, którzy wtedy krzyczeli, że psuję rynek, dziś robią to, za co jeszcze niedawno mnie krytykowali.

Wiele mówisz o szacunku dla czytelników.

- Bo czytelnicy są dla mnie najważniejsi. To dla nich piszę. Wielu z nich jest ze mną od początku. Byli wtedy, kiedy żyłam od spłacenia jednej pożyczki do zaciągnięcia drugiej, są i dziś. Dlatego, kiedy mogę, staram się im odwdzięczać. Kiedy miał ukazać się "Okularnik" zabezpieczyłam u wydawcy 5 tysięcy egzemplarzy, które rozdawałam moim czytelnikom. To dużo, są autorzy, którzy nie sprzedają nawet takich nakładów. Ale moje książki sprzedają się bardzo dobrze, więc mogłam pozwolić sobie na to, by dyktować pewne warunki i poniekąd "psuć rynek". Jeździłam więc po ulicach Mercedesem i rozdawałam książki. Sama. Nie zleciłam tego mojej asystentce, nie zaangażowałam pomocników. I znowu słyszałam, że to nie licuje z etosem pracy pisarza, że co ja robię, że nie szanuję swojej pracy. Że znowu wymyślam coś dziwnego. A ja chciałam podziękować czytelnikom i to zrobiłam. Oczywiście nie dla wszystkich starczyło egzemplarzy, ale i tak akcja się spodobała.

Nie masz problemów z tym, by mówić o wysokich nakładach. Myślisz, że inni autorzy pójdą twoim śladem?

- To już się zmienia. Oczywiście ja nie piszę ani dla pieniędzy, ani dla nagród. Piszę, bo chcę ludziom opowiadać historie, odrywać ich od codzienności, nakłaniać do refleksji, bawić. Ale bez pieniędzy byłoby mi trudniej. To dzięki nim mogę pojechać kilka razy w miejsce, gdzie toczy się akcja. Zapłacić za kawę konsultantom, ludziom, którzy dzielą się ze mną swoją wiedzą. Poza tym po napisaniu książki jestem wyczerpana i dlatego kilka razy do roku wyjeżdżam na wakacje. Dzięki temu mam siłę, żeby pisać kolejne książki. Być może to kolejne niepopularne zdanie, ale nie ma się co oszukiwać: każdy autor marzy, żeby mieć ten komfort i móc utrzymywać się tylko z pisania. Ja o tym mówię wprost. A że inni się krygują? To nie moje zmartwienie.

Pamiętasz moment, kiedy okazało się, że możesz się utrzymywać tylko z pisania?

- Nie mogę tak powiedzieć nawet teraz, choć moje książki świetnie się sprzedają i nie mogę narzekać na zarobki. Oczywiście kiedy kontraktuję książki na rynki zagraniczne mówimy o dobrych pieniądzach, ale ja wiem, że taka sytuacja może nie trwać wiecznie. Dlatego nie mam i raczej nie będę miała całkowitego poczucia bezpieczeństwa.

- Bardzo dobrze pamiętam jednak dzień, w którym dostałam tantiemy i całej kwoty nie musiałam przeznaczyć na spłatę długów. To nie było dawno, w 2012 roku. Kupiłam sobie wtedy porządny komputer, jeden z najlepszych, jakie wtedy były na rynku. I dobrą drukarkę. Kiedy piszę, bardzo dużo drukuję. Moja stara drukarka sobie nie radziła i musiałam prosić znajomych o to, by pozwalali mi drukować u siebie. To było dla mnie bardzo upokarzające.

Czy wiele zmieniło się w twoim życiu od 2012 roku?

- Jeśli chodzi o stan posiadania - niewiele. Nie kupiłam sobie superdrogiej willi w śródmieściu Warszawy, nie wydaję dużych sum na zbytki. Nadal mieszkam w tym samym mieszkaniu. Wydaje mi się to nawet głupie, żeby pod wpływem jednego czy dwóch zastrzyków finansowych zmieniać swoje dotychczasowe życie.

"Sprawa Niny Frank", twoja pierwsza książka, ukazała się w 2007 roku. Jak udało ci się nie zniechęcić do pisania w czasie, w którym książki nie były bestsellerami?

- Szczerze mówiąc nie wiem, jak przetrwałam te lata, kiedy moje książki słabo się sprzedawały, a mój wydawca zupełnie o mnie nie dbał. Byłam wtedy przykładem autora, który zupełnie nie troszczył się o swoje finanse. Kiedy po latach oddałam sprawę prawnikom, okazało się, że wydawnictwo było mi winne całkiem spore pieniądze.

- Na pewno wiele zawdzięczam moim czytelnikom. Do dziś spotykam osoby, które mówią: "czytałem pani książki od początku. Wierzyłem w panią, kiedy nikt inny nie wierzył". To był trudny, dziwny czas. Z jednej strony miałam swoich czytelników, którzy przychodzili na spotkania autorskie i mnie wspierali. Wiedziałam, że moje książki się podobają. Pewnie dlatego nie przestałam pisać. Z drugiej strony byłam wtedy w naprawdę trudnej sytuacji - rozsypał mi się związek, zostałam sama z małym dzieckiem, nie miałam stałego dochodu, tylko długi i kredyt. Patrząc wstecz myślę, że szanse na to, że mi się uda, były naprawdę marne. Wstawałam wtedy rano i po przebudzeniu myślałam: "Jesteś wariatką, to wszystko jest bez sensu". Ale i tak pisałam dalej.

- W najtrudniejszych momentach pomagało mi to, że moimi książkami od początku interesowali się filmowcy i kupowali prawa do ekranizacji. Żadna z nich się nigdy nie powstała, ale pieniądze dostawałam. To takie sytuacje ratowały mnie wtedy, kiedy chciałam rzucić marzenia i zatrudnić się na kasie w Biedronce. Bo ja, prócz pisania, tak naprawdę nic nie umiem. A to, jak się domyślasz, stanowiło dla mnie pewien kłopot.

Czy w tamtym czasie miałaś na kogo liczyć?

- To bardzo ważne pytanie, cieszę się, że padło. Bo jest jedna osoba, bez której wsparcia na pewno był nie przetrwała. To Małgorzata Młodzian, moja przyjaciółka, z którą znamy się od lat. Gośka jest moim przeciwieństwem - jest poukładana, zawsze dobrze wiodło jej się pod względem finansowym. W momentach, kiedy miałam dość i chciałam rzucać pisanie, ona zawsze pożyczała mi pieniądze.

- Pamiętam jeden, absolutnie przełomowy moment. Miałam już swoich czytelników, poświęcałam się pisaniu, ale nadal nie potrafiłam się wybić. Pomyślałam więc, że być może brakuje mi warsztatu. Znalazłam szkołę - łódzką filmówkę, w której były zajęcia ze scenopisarstwa. Wiedziałam, że tam nauczę się tworzenia struktury, lepszego konstruowania scen. Problemem było jednak to, że szkoła była koszmarnie droga, a ja - oczywiście - miałam tylko długi. Mimo to poszłam na egzamin i go zdałam. Kiedy Gośka o tym usłyszała, bez wahania udzieliła mi kolejnej pożyczki. Na szczęście intuicja mnie wtedy nie zawiodła, w filmówce dużo się nauczyłam. Czułam, że wreszcie znalazłam się między ludźmi, którzy mówią do mnie w moim języku. Którzy sprawiają, że w mojej głowie otwierają się kolejne szuflady.

- Później zaczęły się zlecenie filmowe, zaczęłam pracować z Marcinem Wroną i kilkoma innymi reżyserami. Im więcej umiałam, tym bardziej chciałam się rozwijać. Na Zachodzie organizowane były warsztaty dla scenarzystów i pisarzy, ale żeby móc w nich uczestniczyć, znowu potrzebowałam pieniędzy.

Niech zgadnę - znowu mogłaś liczyć na przyjaciółkę.

- Tak. A to były bardzo drogie wyjazdy. Wtedy pomogła mi też niania mojej córki, Janina Purzycka, która zostawała z nią na kilka dni. Bez niej także nie dałabym sobie rady.

- Dużo powiedziałam o wsparciu materialnym, ale to było dla mnie wtedy kluczowe. Pamiętam, że powiedziałam kiedyś Gośce, że chyba się poddaję, odpuszczam, że komornik zabrał mi telewizor i to wszystko nie ma sensu. A ona odparowała: "Przecież ty musisz pisać, nigdzie indziej nie znajdziesz szczęścia. Wiem, że kiedyś będziesz wielka pisarką i to ty będziesz pożyczała mnie. Bierz, oddasz, jak będziesz miała".

Oddałaś?

- Pieniądze? Co do grosza. A ta sytuacja tylko ugruntowała naszą przyjaźń. Mam nadzieję, że kiedyś będę mogła się jej odwdzięczyć, bo każdy z nas ma chwile kryzysu i to jest prawdziwy sprawdzian relacji - czy ktoś jest naprawdę naszym sojusznikiem. Bo jak się okazało później, to był kluczowy, przełomowy moment. Gdybym się wtedy poddała, dziś nie byłoby tej Bondy, którą wszyscy znają - silnej, szczęśliwej, stawiającej sobie coraz nowe zadania i wiedzącej, czego chce od literatury i życia. Nie byłoby też Saszy i kilku innych książek. Kiedy rzuciłam pracę w gazecie, mój tata już nie żył. Mama miała skromną emeryturę i była przerażona tym, że zrezygnowałam ze stabilnej pracy i wiodę, jej zdaniem, hippisowskie i beztroskie życie. Prosiła, żebym wróciła do "normalnej" pracy, nie rozumiała w czym problem, skoro byłam świetna i pracodawcy mnie cenili. Byłam, to fakt, ale miałam swoje marzenie i bardzo chciałam spróbować je zrealizować. O jakimkolwiek wsparciu byłych facetów nawet nie wspomnę.

Wygląda na to, że w trudnych momentach są nam potrzebni ludzie, którzy naprawdę mogą pomóc, a nie cheerleaderzy, którzy tylko zapewniają, że trzymają za nas kciuki.

- Dokładnie tak. Dlatego jestem sceptyczna wobec ofert pomocy. Lepiej mieć jedną osobę, na którą naprawdę można liczyć, niż wiele koleżanek, które mogą jedynie "wesprzeć duchowo". Gośka dawała mi kopa, pożyczała pieniądze i sukienki, w których odbierałam nagrody. Bez niej nie byłoby "Lampionów", występów w telewizji śniadaniowej i książek w "Biedronce". Bez niej nie byłoby mojego sukcesu.

Mam wrażenie, że w Polsce nadal wielu autorów nie lubi mówić o swoich sukcesach. Ty nie masz z tym problemów.

- To się zmienia, ale rzeczywiście, nadal są w Polsce autorzy, którzy obraziliby się, gdyby usłyszeli, że odnieśli komercyjny sukces. Moje książki zaliczają się do literatury popularnej, więc z definicji powinny być popularne. Martwiłabym się, gdyby tak nie było. Gdybym chciała opowiadać historie tylko wybrańcom, zebrałabym moich przyjaciół, posadziła ich przy stole i, nalewając kolejne kieliszki wina, snuła swoje opowieści. A nie przesiadywała w rozciągniętym dresie po nocach i męczyła się z pisaniem scen.

- Moje książki są tłumaczone na wiele języków. Niedawno wyszło tłumaczenie rosyjskie, lada dzień ukaże się czeskie. Zaplanowane są już wydania holenderskie, niemieckie i brytyjskie. W Anglii książki o Saszy wyda Hachette, jedno z pięciu największych wydawnictw na świecie. W Niemczech - Random House. Myślisz, że oni inwestowaliby w coś, co nie ma szansy się sprzedać? Przecież to są tygrysy wydawnicze. Doceniają siłę komercyjną moich książek, a ja traktuję to jako komplement. Dla nich to, że jestem z Polski, ma drugorzędne znaczenie. Kupują prawa do powieści, bo to dla nich coś nowego, coś, czego na ich rynku jeszcze nie ma.


   

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje