Kosmiczne celebrytki

"Żony atronautów" - książka Lily Koppel to historia wyścigu kosmicznego po raz pierwszy opowiedziana z perspektywy żon astronautów. Koppel oddała głos kobietom, które były wystawione na widok publiczny, stały się wręcz pierwszymi celebrytkami Ameryki, ale które tak naprawdę nigdy wcześniej nie zostały dopuszczone do głosu.

- Dlaczego nikt nigdy nie słyszał o nich? Było tylko 12 mężczyzn, którzy spacerowali po księżycu i za każdym z nich stała kobieta. Jak niespotykane historie musiały stać za tymi właśnie kobietami! - mówi autorka. Specjalnie dla Czytelniczek EksMagazynu publikujemy fragmenty książki

Reklama

 Rozdział II - "Postaw na róż"

Większość żon wolałaby poszaleć wieczorem na mieście, niż tkwić w kuchni i kontynuować swoją walkę na domowym froncie, ale jako żony pilotów doświadczalnych nie miały zbyt wielu okazji do bywania w wystawnych restauracjach. Mężowie od czasu do czasu zabierali je na kolację, ale prościej było zostać w domu, ponieważ nie stać ich było na opłacenie opiekunki do dzieci i posiłek w knajpie. Mimo to, żony poznawały, co to światowe życie, studiując kobiece magazyny o modzie i urodzie.

Nie mogły się doczekać skosztowania życia, które do tej pory znały tylko z fotografii. Niektóre marzyły o kupowaniu sukienek znanych projektantów zamiast ich podrzędnych kopii. Wszystkie czuły, że należy im się jakieś zadośćuczynienie za długie, samotne miesiące drugiej wojny światowej i konfliktu w Korei. Były gotowe na królewskie traktowanie.

Ich mężowie astronauci mieli teraz przebojowego prawnika gwiazd Leo DeOrseya, który często zabierał ich wszystkich na kolację. W swoim ulubionym ekskluzywnym klubie Columbia Country w Chevy Chase Leo siadał z mężczyznami w prywatnej sali, częstował cygarami i rozmawiał o interesach. Leo zajmował się ich wartą 500 000 dolarów umową z "Life" zupełnie pro bono, traktował to zajęcie jako swoją powinność względem nowych bohaterów Ameryki. Wliczała się w to również opiewająca na 100 000 dolarów polisa ubezpieczeniowa od "Life" - Leo dobrze zdawał sobie sprawę, że żadna firma ubezpieczeniowa nie będzie skora wydać polisy astronautom. Wynegocjował też dla nich prawa do telewizyjnych i filmowych ekranizacji ich doświadczeń i załatwił rzeczy, których "nawet nie byli w stanie sobie wyobrazić". Żony nie były zachwycone, że Leo wcale nie brał ich pod uwagę w machinacjach, ale zdążyły się już przyzwyczaić do takiego stanu rzeczy.

W Ameryce lat pięćdziesiątych XX wieku kobiety zazwyczaj wykluczano z biznesu i podejmowania jakichkolwiek decyzji. Ich królestwo ograniczało się do zajmowania się domem, wychowywania dzieci, gotowania i sprzątania. Wiele kobiet, w tym większość żon, dość wcześnie porzucało studia, bardziej ceniąc sobie tytuł "pani" niż dyplom szkoły wyższej (lub, jak w przypadku Betty Grissom, zdobyty ciężką pracą stopień PMS). Nawet tak silna kobieta jak Rene Carpenter przyznała: "Byłyśmy stuprocentowymi tradycjonalistkami: kapelusze, rękawiczki, maszynki do rozrywki, całkowicie skupione na karierach mężów". Tak się składa, że żartem, który zbliżył do siebie żony, było przyznanie, iż status geniuszy, jaki media nadały ich mężom, mocno je zadziwił. Zgodnie stwierdziły, że to nie do końca prawda, ale mówiły o tym tylko między sobą.

 Rozdział IV - "Jackie"

- Panie i panowie - rozpoczął prezydent Kennedy - w imieniu nas wszystkich pragnę wyrazić, jak niezmiernie miło jest mi gościć dziś tutaj komandora porucznika Sheparda i jego żonę, panią Shepard.

Alan mrugnął do Louise. Kennedy kontynuował swoją mowę, a Louise przyglądała się Jackie stojącej przy jego boku, to było jak sen. Gdy medal NASA za wybitne zasługi wypadł z rąk prezydenta na pokrytą filcem scenę, Jack podniósł go i podał Alanowi, ale Jackie miała dla męża lepszą sugestię.

Powiedziała: "Jack, przypnij mu go". Jacqueline, która wymawiała swoje imię "Żaklin" na modłę francuską, była powiewem świeżego powietrza po Mamie. Czy mogło być coś doskonalszego niż Biały Dom Kennedych z jego królową? Jackie nie była szczupła jak modelka, ale jej sukienka, jedna z wielu kreacji uszytych specjalnie dla niej przez najznakomitszych projektantów, sprawiała, że wyglądała smukło i szykownie. Miała na sobie elegancką granatową sukienkę koktajlową, a z biżuterii - jedynie gruby złoty naszyjnik i drobną złotą bransoletkę na lewym nadgarstku. Wyglądała iście królewsko. Louise uważała, że ona i Jackie mają wiele wspólnego; obie dorastały w arystokratycznym otoczeniu na Wschodnim Wybrzeżu, Lousie w Longwood Gardens, a Jackie na Hammersmith Farm w Newport w Rhode Island. Mimo że Louise była córką ogrodnika, zawsze zachowywała się, jakby pochodziła z rodziny Du Pontów.

Rozdział IX - "Togethersville"

"Togethersville" to ironiczna nazwa, jaką dziennikarze nadali kosmicznym przedmieściom Clear Lake City, "miasta przyszłości", z ich osiedlami Timber Cove, El Lago i najnowszym Nassau Bay. Jakby trzymając się społecznej hierarchii astronautów, to właśnie na tym ostatnim większość z czternastu nowych astronautów postanowiła wybudować swoje wymarzone domy. (...) Z góry Togethersville wyglądało jak Disneyland, miało nawet swój godny ery kosmicznej zamek - Centrum Załogowych Statków Kosmicznych mieszczące się przy NASA Road 1: kompleks białych, w większości pozbawionych okien budynków skrywających w środku ogromne komputery najnowszej generacji.

Astronauci uwielbiali ślizgać się na nartach wodnych po jeziorze Clear, ale żaden z nich nie mógł się równać z nowo przybyłą żoną czternastki, Beth Williams, która należała do uwielbianych AquaMaids, zawodowej grupy narciarek wodnych, które stając sobie nawzajem na ramionach, tworzyły żywe pływające piramidy w parku rozrywki Cypress Gardens na Florydzie."

 

"Żony astronautów" ukazały się na rynku 6 marca 2014 roku, nakładem wydawnictwa "Znak".

 

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje