Mendoza: Wyspa niesłychana

Grzechem jest nie mieć marzeń. Fábregas rzuca wszystko - rodzinę, firmę, kochankę. Przeznaczenie lub przypadek prowadzi go do Wenecji.

Dla niego to miejsce niezwykłe, pełne sekretów i tajemniczych postaci - świętych od zaskakujących cudów, morderców grasujących po ulicach, kurtyzan zamieszkujących sypiące się pałace.

Reklama

Miasto hipnotyzuje, budząc głód spóźnionego odkrywania, przeżywania i smakowania życia. I wtedy na drodze Fábregasa staje tajemnicza kobieta, która niczego od niego nie chce. Wenecja daje schronienie kruchej namiętności.

"Wyspa niesłychana" to pierwsza książka piewcy Barcelony, która dzieje się... w Wenecji. Wenecja Mendozy uwodzi. O takiej Wenecji nie przeczytacie w żadnym przewodniku.

Przeczytaj fragment pierwszego rozdziału książki:

Być może ze mną jest ten problem, że przez całe życie byłem marzycielem, pomyślał Fábregas pewnego wiosennego poranka podczas golenia, patrząc uważnie w swoje odbite w lustrze rysy, przywiędłe jeszcze po śnie, z pozoru sprzeczne z błyskotliwością, z jaką właśnie sformułował w myślach tę ideę.

Potem kontynuował toaletę, ale ta przyjemna rutyna nie zdołała rozproszyć niepoko-ju nękającego go od kilku godzin. Kiedy indziej taka myśl wcale by go nie wytrąciła z równowagi: zawsze uważał się za człowieka praktycznego i był zdania, że znajomość najmniej pewnych stron własnej osobowości stanowi część tego pragmatyzmu; jednak nie tym razem. A gdybym tak zrobił jakieś głupstwo?, zastanawiał się. I nie snując już więcej rozważań na ten temat, udał się jak codziennie do swojego biura i tam spotkał się z doradcą prawnym pracującym dla jego firmy.

- Riverola, wybieram się w podróż - oznajmił mu.

Adwokat kiwnął głową, nie podnosząc wzroku znad papierów trzymanych w rękach. Gestem tym chciał powiedzieć, że rzecz to niemożliwa, że sprawy firmy wykluczają jakikolwiek wyjazd Fábregasa. Ten jednak nie zamierzał rezygnować ze swoich planów.

- Nie pytałem cię o zgodę - odpowiedział. - Wyjeżdżam i kropka.

Do diabła z firmą, pomyślał. Prócz tego przedsiębiorstwa odziedziczonego po ojcu, któremu poświęcił całe swoje życie aż do dziś i którym nigdy się nie interesował, nic nie trzymało go w Barcelonie. Kilka lat wcześniej ożenił się pod wpływem nagłego impulsu, który z pewnością niewiele miał wspólnego z prawdziwą miłością; niewiele później rozstali się z żoną w bardzo dobrej komitywie.

Z małżeństwa został mu syn, z którym widywał się sporadycznie. Krótka i nierzeczowa intymna relacja z byłą żoną prawie nie zostawiła śladu w jego pamięci - głównie w kontekście późniejszych epizodów miłosnych, krótszych, ale za to intensywniejszych. Relacje z przyjaciółmi stawały się coraz luźniejsze; nic nie wzbudzało jego entuzjazmu. Od kilku miesięcy wplątany był, niemal wbrew sobie, w bardziej burzliwy niż namiętny związek z żoną finansisty bardzo znanego w handlowych kręgach miasta, który zresztą, dość niespodziewanie i bez związku z romansami swojej żony, bo o nich niczego nie wiedział, stał się ostatnio jednym z głównych wierzycieli firmy Fábregasa, dokładnie w chwili, kiedy ta zaczynała nabierać wody. Teraz możliwość, że ucieczka pozwoli mu zamknąć tę sprawę najeżoną wyrzutami, obawami i podejrzeniami, pozytywnie nastrajała Fábregasa.

Tego samego wieczora poleciał z niewielkim bagażem do Paryża. Stamtąd napisał raczej oschły list do swojej kochanki, w którym omówił mętnie motywy wyjazdu i który zakończył, choć niekoniecznie jedno z drugim miało jakiś związek, tak: "Chyba nie powinniśmy żywić specjalnych złudzeń co do przyszłości naszego związku". Wysławszy list, odczuł ulgę, niepozbawioną jednak wyrzutu sumienia. Zastanawiał się, czy nie byłoby bardziej elegancko z jego strony zadać ten cios własnym głosem i twarzą w twarz, przyjmując na siebie konsekwencje tej decyzji, o ile takowe by wystąpiły.

Następnego ranka Riverola, który Bóg raczy wiedzieć jakim sposobem namierzył jego miejsce pobytu, przesłał mu faks wzywający do natychmiastowego powrotu. Jego nagłe i nieusprawiedliwione zniknięcie wywołało atmosferę nieufności wobec firmy, a to mogło przyśpieszyć kryzys, ku jakiemu zmierzała, który zażegnać mogłyby tylko radykalne rozwiązania pewnych spraw, jak informował faks. Fábregas wyrzucił wydruk do kosza i widząc, że został przyłapany, wyjechał z Paryża. Przez jakiś tydzień błąkał się po różnych miastach, nie znajdując w nich jednak tego, czego szukał. Wreszcie pewnego wieczora w połowie kwietnia dotarł do Wenecji. Niebo było rozgwieżdżone, a miasto zdawało się całkowicie opustoszałe. Fábregas miał przeczucie: jeśli coś ważnego ma mi się przytrafić, to będzie to tutaj, pomyślał.

"Wyspa niesłychana" (La isla inaudita)

Tłumaczenie: Tomasz Pindel

Ilość stron: 320

Wydawnictwo: Znak literanova

INTERIA.PL/materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje