Robert Rient: Wątpliwościami można dzielić się tylko z Jehową

Byłem samotny i wiem, że tej samotności doświadczają też członkowie innych wspólnot. Wszyscy, którzy oddali swoje życie nie swojej misji. Po premierze książki zaczęły odzywać się do mnie osoby z Kościoła Zielonoświątkowego, katolicy, byli i obecni świadkowie Jehowy. Samotność jest wspólnym doświadczeniem tych, którzy muszą ukrywać tajemnice, wątpliwości, grać, trzymać fason - mówi Robert Rient, autor książki "Świadek".

Katarzyna Pruszkowska: Ile miał pan lat, kiedy po raz pierwszy obchodził pan urodziny?

Reklama

Robert Rient: - Dwadzieścia jeden.

Ile trwały?

- Trzy dni.

Dlaczego tak długo?

- Po odejściu ze zboru świadków Jehowy miałem poczucie, że muszę coś odzyskać. Chciałem spróbować wszystkich rzeczy, które wcześniej były zakazane i przekonać się, które są dobre, a które złe. Na początku trochę obsesyjnie gromadziłem różne doświadczenia, dlatego pierwsze urodziny były bardzo huczne. Tak świętowałem jeszcze przez kilka lat. Teraz urodziny znowu stały się zwykłym dniem. Nie celebruję ich przesadnie, czasem spotykam się z najbliższymi.

Jak wyglądał świat "na zewnątrz" oglądany oczami członka zboru?

- Urodziłem się w rodzinie świadków Jehowy, więc na początku nie znałem innego świata. O tym, że można żyć inaczej, dowiedziałem się w zerówce. Świadkowie mówią, że "żyją w prawdzie", a reszta ludzi żyje "w świecie". Byłem więc przekonany, że ludzie wokół mnie błądzą i zmierzają do zguby.

- Trudniej zrobiło się wtedy, kiedy zobaczyłem, że w tym szatańskim i, z założenia, fałszywym świecie ludzie są szczęśliwi. Piszą piękne książki, w filmach opowiadają niezwykłe historie, tworzą wzruszającą muzykę. Robią rzeczy, które mnie dotykają tak jakby dotykał mnie sam Bóg. Poczułem, że coś jest nie tak. Najpierw myślałem, że to ze mną coś jest nie tak, że za mało się modlę, za słabo wierzę, za mało się staram i dlatego mam wątpliwości. To przekonanie trwało długie lata.

- Dopiero na studiach zobaczyłem, że jest wiele dróg i że nie trzeba ich wartościować na lepsze i gorsze. Mogą być zwyczajnie inne. Byłem wtedy już bardzo zmęczony służbą pionierską, głosiłem po 90 godzin w miesiącu przez prawie cztery lata. Byłem u kresu wytrzymałości, miałem poczucie, że oddałem Jehowie wszystko, ale poniosłem porażkę.

Czyli?

- Moje wątpliwości, pragnienia i chęć wolności nie zniknęły.

Szukał pan pomocy u kogoś ze zboru?

- Wątpliwościami można dzielić się w modlitwie z Jehową, a nie w rozmowie z drugim głosicielem. W książce "Paście trzodę Bożą", przeznaczonej tylko dla starszych zboru, którą cytuję w mojej książce "Świadek", bardzo dokładnie opisano procedurę wykluczenia, czyli wydalenia ze zboru. Procedura powstała po to, żeby odcinać zaangażowany i wierzący zbór od tych, którzy grzeszą, błądzą, mają wątpliwości lub poglądy sprzeczne z naukami Strażnicy. Na przykład w sprawie ewolucji, której świadkowie nie uznają. Wątpiący nie może pójść do zboru i publicznie powiedzieć: "mam wątpliwości". Nie może usłyszeć: "nie martw się, to normalne, my też tak mamy". To oczywiście nie znaczy, że świadkowie nie mają rozterek i że się nimi nie dzielą. Cały czas dostaję od świadków maile, pełne pytań i właśnie wątpliwości, bo Internet gwarantuje anonimowość. Nie powiedzieliby tego w zborze, bo wiedzą, co stało się z tymi, którzy zrobili to przed nimi.

 Nie mogą zwierzyć się w tajemnicy innym członkom zboru?

- Naraziliby się w ten sposób na donos i być może wezwanie na komitet sądowniczy.

Takie donosy kojarzą mi się z Orwellem. Często się zdarzają?

- Słusznie się pani kojarzą. Orwell genialnie opisał gęstą atmosferę świata pozbawionego zaufania. Donosy nie są niczym niezwykłym. Znam takie przypadki i z własnego zboru, i z własnej rodziny - na moją kuzynkę doniósł jej ojciec. To wygląda tak: złapałem kogoś na paleniu papierosów,  albo rozmawiałem z nim o jego wątpliwościach, a teraz sam mam wyrzuty sumienia. Idę do niego i mówię: "masz tydzień, żeby się przyznać, a jeśli nie, ja im powiem" albo od razu idę do starszych zboru. Ale świadkowie nie donoszą na innych ze złej woli, z sąsiedzkiej zazdrości czy zawiści. Powodem jest troska o dobro tych współwyznawców, którzy oddalają się w niebezpieczne rejony i którym grozi śmierć duchowa. Trzeba wykorzystać wszystkie środki i metody, żeby ich ratować.

Procedura wykluczenia jest skuteczna?

- Tak, wykluczony nie zasługuje nawet na powiedzenie mu "dzień dobry". Mechanizm jest okrutny i prowadzi do wielu tragedii. Teraz wspominam to ze wstydem, ale sam z dnia na dzień przestałem mówić "cześć" znajomej, która została wykluczona ze zboru w Szklarskiej Porębie. Czułem się okropnie, ale musiałem tak zrobić. Zresztą było nie do pomyślenia, żeby to, jak ja się czułem, stało się ważniejsze od tego, jak czuje się Jehowa.

Po odejściu ze zboru rodzice nie zerwali z panem kontaktu.

- Znam ludzi, którzy dostali jeden dzień na wyprowadzenie się z domu. Miałem szczęście, moi rodzice są wyjątkowymi i mądrymi ludźmi.

Z tego, co pan powiedział, wynika, że życie w zborze może być bardzo samotne - nawet pomimo bliskich związków z innymi członkami zboru.

- Może być. Byłem samotny i wiem, że tej samotności doświadczają też członkowie innych wspólnot. Wszyscy, którzy oddali swoje życie nie swojej misji. Po premierze książki zaczęły odzywać się do mnie osoby z Kościoła Zielonoświątkowego, katolicy, byli i obecni świadkowie Jehowy. Samotność jest wspólnym doświadczeniem tych, którzy muszą ukrywać tajemnice, wątpliwości, grać, trzymać fason.

- Jako członek zboru uczestniczyłem w trzech zebraniach w tygodniu, studiowałem Biblię, przygotowywałem się do głoszenia i głosiłem, czasami po kilka godzin dziennie. Nie miałem za dużo czasu na myślenie. Ale kiedy miałem czas dla siebie zaczynały pojawiać się lęki i wątpliwości. Ta stale powracająca brzmiała: "jak to jest, że inni żyją i są szczęśliwi, skoro nie znają tego, teoretycznie jedynego prawdziwego, systemu"?

Nie można zgłaszać wątpliwości. A można rozmawiać o zmianach w doktrynie? W książce napisał pan, że część nieaktualnych książek nakazywano niszczyć. Np. publikację o dzieciach, które umarły, bo ich rodzice nie zgodzili się na transfuzję krwi.

- Chodzi o  "Przebudźcie się!" z 1994 roku. Miało tytuł "Młodzi, który dają pierwszeństwo Bogu". Rzeczywiście, w pewien sposób gloryfikowało dzieci, które nie zgodziły się na przetaczanie krwi i zmarły. To tylko jedno z pism, które kazano zniszczyć. Kiedyś do zborów przyszła informacja, że fragmenty książki "Wspaniały finał Objawienia bliski" są nieaktualne. Przysłali naklejki z zaakceptowaną treścią, którymi zaklejano wybrane części, czasem pojedyncze zdania.

Żmudna robota.

- Tak, a poza tym zupełnie niepotrzebna, bo niedługo później kazano zniszczyć całą książkę. Zawarte w niej interpretacje nie zgadzały się z nowym sposobem myślenia. Biblioteczki w domach wyznawców i Salach Królestwa opustoszały, zniszczono wiele publikacji. Dzięki temu, nawet w gronie świadków, nie można prześledzić, jak zmieniały się nauki. Chodzi o to, żeby nowi wyznawcy poznawali aktualne prawdy wiary i myśleli, że one brzmią tak od zawsze.

Kto decyduje o treści nauk?

- Ciało Kierownicze, które składa się z siedmiu, ośmiu mężczyzn. Mieszkają w domu Betel w Nowym Jorku, skąd nadzorują działalność ewangelizacyjną, ustalają treść publikacji, czyli "Strażnicy" i "Przebudźcie się!". Jeden z nich, Raymond Franz, odszedł z organizacji i napisał książkę "Kryzys sumienia". Opisał w niej m.in. odpływ wierzących spowodowany rozczarowaniem, że świat nie skończył się w 1975 roku. Z obliczeń Ciała Kierowniczego wynikało, że właśnie wtedy przyjdzie Armagedon. Kiedy mężczyźni zarządzający organizacją zorientowali się, że wierni zaczęli odchodzić, debatowali nad dalszymi krokami. Mogli przyznać się do pomyłki albo milczeć. Wybrali milczenie, by - jak wyjaśnił Franz, nie dawać innym okazji do krytykowania organizacji.

Pan skrytykował ją w liście do zboru. Jego wysłanie było początkiem czy końcem procesu odchodzenia?

- To był ostatni krok. Nie zgłosiłem się na komitet sądowniczy, postanowiłem, że sam zdecyduję, kiedy odejdę. Już sześć lat przed wysłaniem listu przestałem chodzić do zboru i głosić. Ale czekałem z wysłaniem listu aż będę gotowy, aż znikną lęki.

Czego pan się bał?

- Tego, że świadkowie mogli mieć rację. Że przyjdzie Armagedon, a wtedy zobaczę. Bałem się Szatana, demonów. Ten czas, kiedy straciłem Boga, religię, system i sens był naprawdę przerażający. To trwało około trzech lat, to był czas narkotyków, imprez, przelotnych związków. Dziś wiem, że tamte zachowania miały mi pomóc.

W czym?

- Odkąd pamiętam, aż do opuszczenia zboru, miałem wrażenie, że mam założony filtr. Że patrzę na świat przez pryzmat religii. Kiedy ją odrzuciłem, nagle zrobiło się zbyt jasno. Nie umiałem poruszać się w nowym świecie, narkotyki ułatwiły mi przejście. Spróbowałem i religii, i narkotyków i wiem, że religia jest intensywniejsza od ćpania, powoduje więcej zaburzeń w sposobie patrzenia na świat i przeżywania relacji. Kiedy zrywa się z narkotykami, w organizmie jeszcze przez pewien czas krążą toksyny. We mnie też krążyły. Lęki wywołane religią wypłukiwały się przez kilka lat.

Znam kogoś, kto uważa się za ateistę, ale zawsze podczas turbulencji w samolocie odmawia Psalm 23: "Pan jest pasterzem moim, niczego mi nie braknie".

- Doskonale to rozumiem. Jeszcze kilka lat temu, kiedy się bałem, w myślach zwracałam się do Jehowy i zaczynałem  modlić. Instynktownie, nawykowo. Dopiero po chwili docierało do mnie to, co robię.

Nie tylko odszedł pan ze zboru, ale także zerwał z tradycją rodzinną.

- To prawda, świadkami byli już moi dziadkowie. Z jednej strony poczułem ulgę, z drugiej wyrzuty sumienia. Odrzuciłem religię i ich dziedzictwo. Zerwałem z czymś, co było w nas od dawna, z czego oni budowali swoją codzienność i swoje sny. Wiedziałem, że sprawię im olbrzymią przykrość. Poza tym czułem, że odchodzę w niebyt, do świata, którego nie znam. Musiałem zbudować nowe relacje i znaleźć sobie nową, zastępczą rodzinę, bo swoją, na własne życzenie, niemal w całości straciłem. I udało się, mam niebywałe szczęście do ludzi, przyjaciół.

Porzucił pan zbór. Religię też?

- Nie, przez jakiś czas szukałem swojego miejsca. Byłem u tych, którzy nakładają ręce i mówią językami. Medytowałem z buddystami, chodziłem na katolickie msze i próbowałem obchodzić Boże Narodzenie. Podobała mi się atmosfera, wręczanie prezentów, bycie razem. I chociaż znalazłem w tym przyjemność, bliskość, to Boga tam nie było. Chociaż może bliskość to właśnie on?

Skąd to zainteresowanie innymi religiami?

- Z własnego wyboru straciłem jedną religię, więc wydawało mi się, że moim obowiązkiem jest poznanie innych, które znałem tylko z perspektywy świadków.

W zborach rozmawia się o innych religiach?

- Nie, ale świadkowie wydali książkę "Człowiek poszukuje Boga", w której opisali niektóre religie. Skrajnie i stronniczo, więc po wyjściu sam chciałem sprawdzić, jak wyglądają.

Znalazł pan jakieś podobieństwa?

- Wiele. Trzy najważniejsze punkty wspólne religii to: poczucie winy, wstyd i lęk. Te trzy stany emocjonalne, w mniejszym lub większym stopniu towarzyszą prawie każdemu wyznawcy. To ułatwia przestrzeganie zasad. Oczywiście wyznawcy często znajdują usprawiedliwienia dla swoich wykroczeń, a im większy kościół, tym łatwiej jest je ukryć. Poza tym poczucie winy, wstyd i lęk umożliwiają wiarę w grzech i podtrzymują nadzieję na zbawienie, raj, wyzwolenie, absolutny sens. Jakkolwiek to nazwiemy.

- Religia realizuje się poprzez przynależność, wspólnotę, zbór, kościół. Odpowiada w ten sposób na - w dużej części wykreowaną przez wychowanie - potrzebę bezpieczeństwa.  Religie stwarzają obcego, innego, w ten sposób dzielą ludzi na lepszych, naszych i gorszych, innowierców. Są też takie obszary, w których prawdziwy wyznawca musi oddać stery, upośledzić swoją zdolność wybierania, decydowania o sobie, czasami myślenia. I, co najgorsze,- kochania bliźniego bez względu na to kim jest, jakiej płci, jakiego koloru ma skórę, bez względu na jego orientację seksualną.

Myślał pan kiedyś o powrocie do swojego zboru?

- Od dawna o tym nie myślę. To trochę jakby zapytała pani, czy chcę wrócić do czasu, w którym nosiłem pieluchę. Musiałbym wrócić do życia w kłamstwie, wiecznego zaprzeczania sobie. Nie chcę już udawać, ukrywać się za niedopowiedzeniami, kreować obraz samego siebie i świata, przyszłości. Poza tym po tej stronie, czasami samotnej, ale jednak bardziej samodzielnej doświadczyłem więcej miłości, prawdziwej miłości, takiej, która nie zazdrości, nie szuka swego, takiej która wszystko znosi, wszystko przetrzyma. Jak pisał apostoł Paweł "miłość nigdy nie ustaje".

Co stało się z cierniem?

- Zniknął. Już mnie nie uwiera. Na zewnątrz niewiele się zmieniło: odnoszę sukcesy i porażki, cieszę się i smucę. Ale pozbyłem się już tego irracjonalnego poczucia winy, za to kim jestem, kogo kocham, jak kocham. Pozbyłem się już lęku, że moimi myślami albo działaniami mogę skrzywdzić jakąś duchową istotę. Nie ma już cierni, ale zostały po nich blizny.

Co na odchodne usłyszał pan od świadków?

- Milczenie, bardzo mocne, wyraźne milczenie.

Robert Rient - dziennikarz, autor właśnie wydanej książki non-fiction "Świadek" (wydawnictwo "Dowody na Istnienie"). Debiutował powieścią "Chodziło o miłość". Publikował w magazynach: "Duży Format", "Coaching", "Przekrój", "Sens",  "Wysokie Obcasy", "Zwierciadło", "Vege" i innych. Urodził się i dorastał w Szklarskiej Porębie.

 

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje