Sprzedawca nadziei

Wierzy w cuda, bo sam ich doświadczał. Pokazuje ludziom, że mimo ciężkich doświadczeń, warto żyć i mieć nadzieję. O trudnym dzieciństwie, dziadku uzdrowicielu i pisarskiej misji opowiada autor bestsellerów Richard Paul Evans.

Izabela Grelowska, INTERIA.PL: Czy "Bliżej słońca" to rzeczywiście prawdziwa historia?

Reklama

Richard Paul Evans: - Nie. Część z tego, o czym można tam przeczytać, to prawda: opisy dżungli, sierocińca, ale sama historia miłosna jest wymyślona.

Opowiedz więcej o swoich związkach z sierocińcami w Peru i twojej działalności charytatywnej.

- Kiedy moja pierwsza książka, "The Christmas Box", stała się bestsellerem, sprzedawaliśmy miliony egzemplarzy i mnóstwo pieniędzy zaczęło spływać na nasze konto. Moja żona i ja zaczęliśmy się zastanawiać, jak to wpłynie na nasze dzieci, które były wtedy małe. Jesteśmy bardzo religijni i obawialiśmy się, że to je zepsuje: że zaczną bardziej troszczyć się o sprawy materialne niż o dom, rodzinę, Boga. Postanowiliśmy zatem dać im przykład i pokazać, że pieniądze powinny być wykorzystane, aby pomóc innym. Założyliśmy więc organizację charytatywną pod nazwą Christmas Box House i zaczęliśmy tworzyć schroniska dla dzieci maltretowanych czy porzuconych. Odkąd 15 lat temu rozpoczęliśmy naszą działalność, zapewniliśmy dach nad głową 35000 dzieci. Zaczęliśmy także budować sierocińce w Peru i Słonecznik, opisany w "Bliżej słońce", jest jednym z nich.

"Bliżej słońca" to głównie historia miłosna. Czy nie myślałeś o tym, aby poświęcić tę książkę w całości problemom dzieci?

- Historia miłosna jest cukrem, który pomaga przełknąć gorzką pigułkę. Dzięki takiemu zabiegowi mogę pisać o bardzo poważnych rzeczach, takich jak niewolnictwo, handel dziećmi, molestowanie seksualne. Pod zwykłą historią miłosną kryje się potężny i ważny przekaz. Wszystkie moje książki zawierają w sobie jakiś przekaz, ponieważ traktuję pisanie bardziej jako misję niż jako zawód.

W ostatnich miesiącach w Polsce ukazały się dwie twoje książki "Bliżej słońca" i "Dotknąć nieba". W obu kluczowe znaczenie ma podróż. Czy uważasz, że podróżowanie pomaga człowiekowi  odnaleźć siebie?

- Podróżowanie zmienia nam perspektywę. Pomaga zrozumieć, jacy są ludzie w innych miejscach na Ziemi. Na przykład teraz jestem w Polsce i ten pobyt jest naprawdę cudowny. Już poznałem wiele osób, na których mi zależy, które podziwiam i dzięki którym zrozumiałem, że wszędzie na świecie jest wielu dobrych ludzi. To pomogło mi w kształtowaniu moich przekonań.

- Czasami ludzie żyją w małych społecznościach i myślą, że są jedynymi sprawiedliwymi na tej Ziemi, że tylko ich poglądy i wierzenia są prawdziwe. Tymczasem ważne jest, aby się przekonać, że ludzie o dobrym sercu są wszędzie.

"Bliżej słońca" związane jest z działalnością charytatywna w Peru, czy "Dotknąć nieba" też wiązało się z jakąś podróżą?

- Kiedy zacząłem pisać serię, której pierwszą częścią jest "Dotknąć nieba", myślałem, że może będę w stanie to zrobić po prostu wodząc palcem po mapie i szukając informacji w internecie. Ale szybko okazało się, że nie jest to dobry sposób i wyruszyłem w drogę. Przejechałem pół Ameryki wraz z moją córką.  Podróżowaliśmy i robiliśmy notatki. Ludzie są zdziwieni jak bardzo realistyczna jest ta książka. Zawiera ona mnóstwo autentycznych szczegółów, których nie znajdzie się na mapie. Prawdziwe są także niektóre postaci. Na przykład w "Dotknąć nieba" jest kelnerka o imieniu Alison. Alison ciągle pracuje w tej samej restauracji, którą zresztą odwiedza wielu moich czytelników, chcących ją poznać. Alison stwierdziła, że dzięki mnie stała się sławna. Postanowiłem na przyszłość uważać z umieszczaniem w książkach prawdziwych osób, ponieważ to może być dla nich kłopot. W Ameryce wiele osób podąża szlakiem opisanym w tej książce.

 Główny bohater "Dotknąć nieba" popada w konflikt z Bogiem, twierdzi, że Bóg jest jego wrogiem. Czy ta książka jest rodzajem porady czy przesłania dla ludzi, którzy znaleźli się w podobnej sytuacji?

- Jest to pierwsza książka z serii, która jest o stracie, a strata jest czymś, czego doświadczają wszyscy. Rozpocząłem ją krótko po tym, jak umarł mój ojciec, kilka lat wcześniej odeszła moja matka. Musiałem więc poradzić sobie ze smutkiem po stracie bliskich osób.

- Wielu ludzi tego doświadcza, podczas załamania gospodarczego tracą też domy, pracę. Kolejna książka z tej serii jest też o nadziei, a trzecia o wybaczeniu.

Nie obawiasz się, że niektórzy czytelnicy mogą powiedzieć: "Ten facet pisze o nadziei, ale co on może wiedzieć o moim dramacie. Jest człowiekiem sukcesu. Ma szczęśliwą rodzinę, żonę, 5 dzieci, jego książki sprzedają się w milionach egzemplarzy. "

- Dorastałem z ostrym syndromem Tourette'a. Moi rodzice stracili dom trzy razy, przez dwa lata sypiałem na podłodze. Moja matka dwukrotnie próbowała popełnić samobójstwo i prosiła, abyśmy pomogli jej się zabić. Wiem, czym jest strata. Wiele wycierpiałem. Teraz dobrze mi się powodzi i jestem sławny, ale dojście do tego zajęło mi wiele lat, a dorastałem w trudnych warunkach.

Jaki jest główny powód, dla którego piszesz książki?

- Chcę podzielić się kilkoma ideami dotyczącymi nadziei i Boga. Chcę przekazać innym, że Bóg istnieje i kocha nas. Wiem, że wielu z moich czytelników nie wierzy w Boga, ale oni również odnajdują w moich książkach nadzieję. Nadzieja jest potężną siłą, która pozwala nam znaleźć miłość i dzięki, której możemy się doskonalić.

- W moich książkach jest wiele o stawaniu się lepszym człowiekiem. Chociaż sporo ludzi uważa, że człowiek może stać się tylko gorszy, ja jestem przekonany o tym, że zmiana na lepsze jest także możliwa.

Możesz powiedzieć coś więcej o roli religii w twoim życiu?

- Jestem praktykującym mormonem, wierzę w Jezusa Chrystusa. Jednakże uważam, że moje książki mają charakter uniwersalny. Mam fanów buddystów w Japonii, Chinach i na Tajwanie. Czytają mnie nawet muzułmanie. I wielu katolików.

Czy to prawda, że twój dziadek miał specjalny dar?

- Tak. To był bardzo uduchowiony człowiek, widziałem jak uzdrawiał ludzi. Możesz w to wierzyć lub nie, ale ja to widziałem. Kiedy byliśmy dziećmi mój brat został porażony prądem, kiedy wspinaliśmy się na drzewo. To było jak wybuch, wypaliło mu dziury w butach. Kiedy mój dziadek go pobłogosławił, ogromne poparzenia na jego dłoniach zniknęły. Po dwóch miesiącach nie było żadnych śladów ani blizn. Widziałem takie rzeczy wielokrotnie. Kiedy miałem 12 lat mój dziadek, pobłogosławił mnie i powiedział, że będę sławny na cały świat, a byłem wtedy tylko małym dzieckiem z biednej rodziny.

Czy uważasz, że pisząc książki kontynuujesz w jakiś sposób pracę swojego dziadka? Że uzdrawiasz ludzi swoimi książkami?

- Tak, myślę że moje książki uzdrawiają. To ciekawe - tworzę obrazy i nie wiem, jak ludzie będą je odbierać. Moja pierwsza książka dla mnie była książką o miłości do własnych dzieci. Nie miałem pojęcia, że dla ludzi, którzy stracili dziecko, ta książka może być czymś uzdrawiającym, niosącym pociechę, więc kiedy zacząłem otrzymywać listy od czytelników, byłem w szoku. Teraz otrzymuję tysiące listów i to mnie już tak nie dziwi. 2 tygodnie temu byłem w Rzymie i pewna czarna kobieta z Chicago podeszła do mnie i powiedziała, że straciła dziecko, ale moja książka jej pomogła, odjęła ból. Spotykam się z tym ciągle. Dla mnie to cud. Najciekawsze były listy od ludzi, którzy chcieli popełnić samobójstwo i nagle moja książka w jakiś cudowny sposób trafiała w ich ręce i wybierali życie. Takich przypadków było sporo.

A zatem wierzysz w cuda?

- Tak. Oczywiście. Widziałem je. Np. z moimi książkami działy się niesamowite rzeczy. Kiedy napisałem pierwszą książkę, wciąż miałem agencję reklamową i pracowało tam trochę ludzi. Część z nich była wierząca ,część nie, ale po pewnym czasie wszyscy wierzyli. Wszyscy. Ponieważ wydarzyły się niesamowite rzeczy. Nie o wszystkich chcę opowiadać, ale wiem, że cuda się zdarzają.

W książce "Dotknąć nieba" powracasz do tematu NDE (doświadczenie śmierci). Dlaczego interesujesz się tym tematem? Czy to dla ciebie dowód życia po śmierci?

- To fascynujący temat. Moja babcia przeżyła śmierć kliniczną. Został stwierdzony zgon i pozostawała w stanie śmierci klinicznej prawie cały dzień.

- Kiedy rozmawia się z ludźmi pracującymi w hospicjach, którzy mają do czynienia z osobami umierającymi, to oni prawie zawsze mówią o postaciach, które pojawiają się w momencie śmierci. Mój teść nie wierzył w Boga, ani życie po śmierci. Kiedy umierał, był całkowicie świadomy i mogliśmy z nim normalnie rozmawiać. Pewnego dnia powiedział "ktoś jest ze mną w pokoju". Wskazywał na miejsce, w którym jest ta postać, ale nie potrafił jej rozpoznać. W tym momencie wiedzieliśmy, że umiera. Cały czas zachowywał jasny umysł i był zaskoczony tym, co widzi. Takie rzeczy zdarzają się na całym świecie, w każdej kulturze. I chociaż zdarzają się bardzo często, nie mówi się o tym. Ja uważam, że powinno się o tym rozmawiać.

- Na początku tej rozmowy powiedziałem, że podróżowanie do innego kraju pozwala zmienić perspektywę i inaczej spojrzeć na świat. To samo dotyczy osób, które przeżyły śmierć kliniczną.

- Ja wrócę do Ameryki i będę opowiadał ludziom o Polsce rzeczy, których nie znajdą w internecie, a o których mogę opowiedzieć, bo tutaj byłem. Osoby, które doznały NDE, także wyruszyły w podróż, powróciły i mogą o tym opowiedzieć. To fascynujące. Nie wierzę we wszystko, co słyszę. Ale niektóre historie są bardzo spójne i warto się z nimi dzielić.

Dowiedz się więcej na temat: Dotknąć nieba | evans | Richard Paul Evans

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje