Wanda Rutkiewicz – naznaczona śmiercią

Wanda Rutkiewicz zginęła ponad 25 lat temu pod szczytem Kanczendzongi. Jej ciała nie udało się odnaleźć do dziś. Są tacy, którzy wierzą, że przeszła na drugą stronę masywu i oddała się medytacjom w jednym z tybetańskich klasztorów. Gorącą orędowniczką tej teorii była matka Wandy, która do końca wierzyła, że jej córka żyje.

Dzieciństwo Rutkiewicz przypadło na ciężkie, powojenne czasy. Urodzona w 1943 roku Wanda, wraz z rodzicami i starszym bratem Jurkiem, wyemigrowała do Łańcuta, a później do Wrocławia. Błaszkiewiczowie (nazwisko panieńskie Rutkiewicz) zamieszkali w starym, poniemieckim domu, który wymagał nieustannych napraw i remontów. Niestety, ojciec Wandy, choć był z zawodu inżynierem, nie kwapił się do prac budowlanych. Wolne chwile zapełniał wymyślaniem kolejnych wynalazków i zdobywaniem patentów.

Reklama

Po śmierci najstarszego syna - Jurka, którego zabił wybuch miny - zaczął stopniowo izolować się od rodziny. W scaleniu małżeństwa nie pomagała postawa matki Wandy, Marii Błaszkiewicz. Wychowana w zamożnej litewskiej rodzinie, nie radziła sobie z codziennymi obowiązkami związanymi z prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci. Młodsze rodzeństwo musiała pod swoje skrzydła przyjąć nastoletnia Wanda.

Proces dorastania przyspieszyło również wcześniejsze pójście do szkoły. Rutkiewicz od najmłodszych lat angażowała się w działalność sportową: w podstawówce jeździła na zawody lekkoatletyczne, w liceum natomiast grała w piłkę siatkową i odnosiła na tym polu duże sukcesy (kandydowała nawet do gry w Reprezentacji Polski). Koleżanki i koledzy ze szkolnej ławy podkreślają, że Wanda była raczej skryta i nieśmiała, ale chorobliwie ambitna. Ta cecha towarzyszyć jej będzie w wysokogórskich wspinaczkach i pośrednio doprowadzi do śmierci himalaistki.

Zanim Wanda skończyła 17 lat, była już studentką Wydziału Elektroniki Politechniki Wrocławskiej. Na studiach po raz pierwszy wyjechała w góry, by wspinać się na skałkach położonych w pobliżu Jeleniej Góry. Od razu połknęła bakcyla i od tej pory jej życie zostało podporządkowane nieustannym wyjazdom wspinaczkowym. Zaczęła opuszczać zgrupowania siatkarskie, aż w końcu postawiła wszystko na jedną kartę i została członkiem Klubu Wysokogórskiego we Wrocławiu. Treningi w górach nierzadko były połączone z krótkotrwałymi romansami. Jednak ze świecą szukać mężczyzny, który mógłby dorównać Wandzie kondycją i determinacją. Kiedy słabość kompana wychodziła na jaw, Rutkiewicz natychmiast zmieniała obiekt zainteresowania. W absztyfikantach mogła przebierać zresztą do woli - niezwykła uroda działała na wspinaczy jak magnes.

W 1962 roku Rutkiewicz ukończyła kurs taternicki na Hali Gąsienicowej. W tym czasie zaliczyła niemal wszystkie trudne trasy w Tatrach, wyznaczyła też kilka nowych, m.in. na Koprowym Wierchu. Przez wiele lat pasję udawało się jej łączyć z pracą w Instytucie Automatyki Systemów Energetycznych. Duża wyrozumiałość kierownictwa pozwoliła Wandzie utrzymać stanowisko nawet w okresie wielkich wyprawa na ośmiotysięczniki.

Początek lat 70’ to dla Rutkiewicz dwa przełomy. Pierwszy, z perspektywy czasu ważniejszy, wiązał się z wyprawą w góry wysokie (zdobycie Piku Lenina pod kierunkiem Andrzeja Zawady). Drugi - małżeństwo z warszawskim taternikiem Wojciechem Rutkiewiczem, stracił znaczenie bardzo szybko. Para zmagała się z kryzysami właściwie od samego początku, by ostatecznie rozstać się po kilku miesiącach. Za mąż Wanda wyszła raz jeszcze, raczej z rozsądku, za austriackiego chirurga Helmuta Scharfettera. To dzięki jego starannej opiece mogła wrócić do wspinaczki po otwartym złamaniu kości udowej. Niestety, i tym razem potrzeba niezależności okazała się silniejsza.

W 1972 roku tragicznie zmarł ojciec Wandy. Inżynier Zbigniew Błaszkiewicz został bestialsko zamordowany w Łańcucie. Do zbrodni przyznali się lokatorzy, którym wynajmował pokój w domu rodzinnym. Śmierci ojca i brata okażą się ledwie wierzchołkiem góry lodowej w kontekście tragedii, z jakimi Rutkiewicz będzie musiała zmierzyć się w życiu. W wyprawach wysokogórskich zginie bowiem cała rzesza jej przyjaciół i znajomych. Zdarzy jej się znosić na dół, rozkładające się już, ciało koleżanki. Zdarzy patrzeć na to, jak największa miłość spada w przepaść.

Mowa tu o Kurcie Lyncke, berlińskim neurologu i pasjonacie gór. Był związany z Wandą już w latach 90., planowali ślub. Podczas wspólnej wspinaczki odpadł od ściany Broad Peaku i poleciał w dół. "Nienawidziłam wtedy gór" - komentowała po jego śmierci. Pierwszy raz w życiu zrobiła sobie przerwę od wypraw i wspinania. Przygasła, zapadła się w sobie, by wrócić z szaleńczym pomysłem na "Karawanę do marzeń".

Zanim jednak do tego doszło, Wanda osiągnęła swoje największe sukcesy, dzięki którym zapisała się na stałe w historii polskiego i światowego himalaizmu. 16 października 1978 roku Rutkiewicz (jako pierwsza Europejka i trzecia kobieta na świecie) stanęła na szczycie, mierzącego 8848 metrów, Mount Everestu. Tym dokonaniem zamknęła usta swoim kolegom po fachu, wśród których często panowało przekonanie, że "baby" nie nadają się do wspinaczki. Uprzedziła wszystkich rodaków i jako pierwsza zdobyła "Dach Świata". Rok później Jan Paweł (który został papieżem, gdy Wanda atakowała szczyt Mount Everestu) spotkał się z himalaistką i powiedział: "Dobry Bóg tak chciał, że tego samego dnia weszliśmy tak wysoko".

Rutkiewicz przez większość swojego zawodowego życia, na przekór nastrojom panującym w środowisku, promowała ideę alpinizmu kobiecego. "Chciałam wspinać się z kobietami, brać na siebie odpowiedzialność, a nie być prowadzona na szczyt przez mężczyzn" - mówiła. W 1975 roku zorganizowała wyprawę kobiecą na Gaszerbrumy (o której opowiada film "Temperatura wrzenia"), a w 1982 roku ekspedycję na K2. Podczas tej drugiej, zakończonej niepowodzeniem, zginęła jej przyjaciółka -  Halina Krüger-Syrokomska. Traumatyczne doświadczenia nie przeszkodziły Rutkiewicz w podejmowaniu kolejnych prób zdobycia masywu. Udało jej się wygrać z górą podczas "czarnego lata", kiedy to na K2 zginęło aż 13 himalaistów (m.in. Tadeusz Piotrowski, Wojciech Wróż i Dobrosława Miodowicz-Wolf). Wanda, bez dodatkowego tlenu, weszła na szczyt 23 czerwca, tym samym przechodząc do historii jako pierwsza kobieta i pierwsza Polka, której udało się zdobyć "najtrudniejszą górę świata".

Kiedy nie mogła się wspinać (m.in. po ciężkim wypadku na Elbrusie), próbowała swoich sił w rajdach samochodowych. Nie potrafiła usiedzieć w jednym miejscu. Przez nieustanne zaangażowanie Wandy w organizowanie wypraw, rozpadło się jej drugie małżeństwo. Fizycznie obecna w (wypełnionym zwierzętami) domu męża, duchem była w wysokich górach. W trakcie rekonwalescencji po ciężkim złamaniu, wisiała na telefonie: zamawiała śpiwory, szukała sponsorów.

Początek lat 90. ciężko ją doświadczył. Najpierw tragiczna śmierć ukochanego na Broad Peaku, później (po niemal rocznej przerwie) wyprawa na Annapurnę, która położyła się cieniem na reputacji Rutkiewicz. 21 października 1991 roku szczyt zdobyli Stefko, Wielicki i Pawłowski. Wanda wspinała się razem z nimi, ale od początku było jasne, że nie jest w najlepszej formie. Ostatecznie, dzień później także zaatakowała szczyt. Z ranną nogą, walcząc z bólem, zdobyła go wieczorem i podjęła odważną decyzję o nocnym biwakowaniu poza obozem. Rano raz jeszcze próbowała wejść na wierzchołek, żeby zrobić wyraźne zdjęcia. I właśnie w trakcie tej próby widzieli ją koledzy, którzy poddali w wątpliwość osiągnięcie Wandy. Trudno wyobrazić sobie większą potwarz dla tak wytrawnego i doświadczonego wspinacza. Sprawą zajął się Polski Związek Alpinizmu, który powołał specjalną komisję. Kluczowym dowodem w sprawie były fotografie wykonane przez Rutkiewicz podczas nocnego wejścia. Na ich podstawie orzeczono, że himalaistka zdobyła Annapurnę. Pozostał jednak niesmak.

Ostatni Wandę Rutkiewicz widział Carlos Carsolio - kierownik wyprawy na Kanczendzongę z 1992 roku. Siedziała w śnieżnej dziurze, na wysokości ponad 8200 metrów. Nie miała ze sobą wody, ale deklarowała, że odpocznie i następnego dnia zaatakuje szczyt. Carsolio czekał na Wandę w czwartym obozie, jednak kontakt z himalaistką się urwał. Została uznana za zaginioną, a w 1996 roku, dzięki staraniom brata, za zmarłą.

Przed każdą wyprawą Wanda żegnała się z bliskimi zgodnie z ustalonym rytuałem. Przed Kanczedzongą nie miała czasu nawet dla matki. Maria Błaszkiewicz zdążyła pośpiesznie nakreślić krzyżyk na czole córki. Zabrakło jednak tradycyjnych zapewnień o bezpiecznym powrocie do domu. Rutkiewicz jechała w góry zmęczona, wymizerowana. Koledzy z wyprawy żartobliwie nazywali ją "babcią" - wszyscy widzieli, że jest najwolniejsza, walczy o każdy krok. Zginęła, przegrywając walkę z własnymi ograniczeniami. Kiedy stanęła "Karawana do marzeń", miała 49 lat.

Pisząc artykuł korzystałam przede wszystkim z książki "Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz" Anny Kamińskiej.

Dowiedz się więcej na temat: Wanda Rutkiewicz

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje