Z wielbłądów na Boeingi

Olbrzymie pieniądze i prawo szariatu - z tym większości Polaków kojarzą się kraje Zatoki Perskiej. A jak naprawdę wygląda życie w tym rejonie świata? O tym, w rozmowie w Malwiną Wrotniak, autorką książki "Tam mieszkam. Życie Polaków za granicą", opowiadają Aneta i Andrzej - dwójka Polaków mieszkających w Katarze.

Być na katarskim ślubie albo w katarskim domu na tak zwanej henna party to dla obcokrajowca poważne i rzadkie wyróżnienie. Zapracowała na nie Aneta - mieszkanka Dohy, a zawodowo jedyna Polka pracująca w największym banku Kataru.

Reklama

Ta, która jeszcze parę lat wcześniej emigracji w ogóle nie miała w planach. Ta, która już po przenosinach za granicę odliczała dni do powrotu nad Wisłę. - Przyznaję, że na początku mierzyłam czas do każdego wyjazdu z Kataru. Ale potem przestawiłam swoje myślenie i dzisiaj lubię to miejsce - mówi.

Andrzej pojawił się w Katarze wcześniej, jak zdradza - właściwie w wyniku zimnej matematycznej kalkulacji. Chociaż śmieją się, że do Dohy sprowadził ich Excel, teraz próbują głęboko chłonąć doznania w miejscu, w którym przyszło im żyć. Wykształceni i obyci ze światem, są częścią Polonii, o której sami mówią "wyjątkowa", bo tworzące ją osoby nie stanowią dla siebie konkurencji, nie boją się pomagać innym, doceniają i szanują miejsce, w którym są.

Jak mówią tutejsi obcokrajowcy, Katar zmienia. Przyzwyczaja do dobrobytu i wygody. Jest lotniczym oknem na świat i furtką do poznania dziesiątków egzotycznych kultur. Myli się jednak ten, kto sądzi, że w katarskim słońcu można się wygrzewać bez końca. Żeby zostać w tym kraju na dłużej niż wczasy, trzeba znaleźć sobie sponsora. Sponsorem Andrzeja jest jego pracodawca, sponsorem Anety - Andrzej. Jeśli sponsor pozwoli, można zostać. Jeśli pozwoli, będzie można wyjechać.

Kraje regionu Zatoki Perskiej wzbudzają żywe zainteresowanie, najczęściej albo ze względu na ogromne bogactwo, albo właśnie z powodu podporządkowania prawu szariatu. Religia muzułmańska mocno wpływa na życie niemuzułmanina z Europy w tym kraju?

Aneta: -  Religia wyznacza w Katarze rytm życia, w tym również życia biznesowego. Na samym początku dla obcokrajowca z innego kręgu kulturowego jest czymś zupełnie nowym i wymaga dużej otwartości, tolerancji oraz chęci nauki, żeby tę odmienną dla nas religię zrozumieć.

Andrzej:  - Ale dodajmy, że jest też spora grupa ekspatów, którzy nie chcą zrozumieć lokalnych zasad i ci ludzie bez tej wiedzy też tu funkcjonują, czasem nawet bardzo dobrze. Dziwią się na przykład, że ktoś musi wyjść się pomodlić w trakcie spotkania biznesowego, mimo że właśnie omawiany jest istotny temat.

Aneta: -  Powodem tej niewiedzy czasami jest ignorancja, a czasami lokalne środowisko, w którym ekspaci pracują. My z Andrzejem jesteśmy zatrudnieni w firmach państwowych, katarskich, więc powinniśmy znać i respektować zasady lokalnej religii i obyczajowości. Ale w stolicy Kataru działa też wiele firm i korporacji międzynarodowych i niektórzy z naszych znajomych w ogóle nie współpracują z Katarczykami czy muzułmanami, przez co religia aż tak głęboko nie wchodzi w ich życie. My natomiast szanujemy tutejsze obyczaje i rozumiemy, jak należy się zachowywać w różnych sytuacjach, także w pracy.

A jak należy?

Aneta: - Pierwsza kwestia dotyczy modlitw - odbywają się pięć razy dziennie, z czego dwie przypadają na godziny pracy.

Andrzej: -  Chyba że jest się w pracy dłużej, to nawet trzy razy. Aneta: Wiemy, że w porze modlitw nie powinno się organizować spotkań, bo po pierwsze, niewiele osób na nie przyjdzie, a po drugie, jest to niestosowne. Skąd wiemy, kiedy są modlitwy, skoro ich pora codziennie się zmienia, w zależności od wschodu i zachodu słońca? Z kilku źródeł. Po pierwsze, większość telefonów, które się kupuje na Bliskim Wschodzie, ma wbudowaną specjalną aplikację, taki "modlitwobudzik". W momencie gdy nadchodzi czas modlitwy, w open space’ach, gdzie pracujemy, nagle uruchamia się kilka telefonów, z których każdy śpiewa werset z Koranu, nawołując na modlitwę. U mnie w biurze są jeszcze dodatkowe nawoływania muezzinów z trzech sąsiednich meczetów. Jest to naprawdę mocny sygnał i trudno go nie usłyszeć.

(...)

Co się dzieje po sygnale?

Aneta: -  Muzułmanie mają około dwudziestu minut od nawoływania na rozpoczęcie modlitwy. W dużych firmach, tak jak u Andrzeja, meczet biurowy znajduje się w wydzielonym miejscu, osobny dla kobiet, osobny dla mężczyzn. Ja natomiast pracuję w mniejszym budynku i tutaj koledzy zamieniają salę konferencyjną na tymczasowe miejsce modlitwy, której przewodzi jeden z nich, pełniący funkcję imama. Koleżanki dla odmiany korzystają z pokoju, w którym stoją drukarki i skanery.

(...)

To wszystko jednak, mimo że was otacza, bezpośrednio was nie dotyczy?

Aneta: - Religia czy raczej muzułmańska obyczajowość wpływa na przykład na to, jak należy poruszać się windą w pracy. Kiedy w windzie jest kilka kobiet, mężczyzna - zarówno muzułmanin, jak i niemuzułmanin - nie powinien do niej wsiadać.

Andrzej: -  Dostaliśmy nawet w pracy oficjalne wytyczne z instrukcją, że w podobnych sytuacjach należy zaczekać na kolejny przejazd. Jeden z kolegów Katarczyków opowiadał historię o tym, jak w centrum handlowym wsiadł do windy, którą jechały dwie Saudyjki. Kobiety te czuły się bardzo niekomfortowo w jego towarzystwie i jedna z nich uderzyła go z całej siły torebką [śmiech]. Od tego momentu ten kolega zawsze czeka na windę, w której nie jadą kobiety. Warto dostosowywać się do takich lokalnych zasad, bo choć wiele osób ma do nich zdrowy dystans, to zawsze można natrafić na kogoś, kto nasze zachowanie odbierze jako atak na swoją prywatność.

Aneta: - Miałam taką sytuację całkiem niedawno podczas obiadu i nie przewidziałam jej, mimo że mieszkamy w tym kraju już dość długo. W wielu firmowych stołówkach kobiety i mężczyźni Katarczycy zazwyczaj jedzą posiłki osobno. Ja jadam i z koleżankami Katarkami, i z kolegami - zarówno muzułmanami, jak i niemuzułmanami. Któregoś dnia przysiadłam się do grupy kolegów muzułmanów, po czym, jak nigdy wcześniej, nastała krępująca cisza. Jak się później okazało, w tym gronie znalazł się nowy kolega, Katarczyk. Cisza trwała nadal, a ja nie miałam pojęcia, co się stało. Sytuację uratował znajomy Sudańczyk, który zaproponował, żebym się z nim przesiadła do innego stolika, gdzie moglibyśmy spokojnie porozmawiać. Dowiedziałam się, że ten nowy, nieznany mi katarski kolega był człowiekiem bardzo religijnym. Powinnam była to rozpoznać po jego krótszej szacie (thobe) - miał odsłonięte kostki nóg - i długiej brodzie. Jako mężczyzna głęboko wierzący nie powinien przebywać w mniejszej niż określona odległości od kobiety. Przysiadając się do stolika, znalazłam się zbyt blisko niego, przez co w sposób nieświadomy naruszyłam jego zasady. Teraz już wiem, jak w takich sytuacjach należy się zachować.


Wspomniałaś o ubiorze. To klasyka gatunku w dyskusjach o krajach muzułmańskich, szczególnie w odniesieniu do kobiet.

Aneta: -  Tradycyjny strój katarski dla kobiety to czarna abaja i szejla - chusta na głowę zakrywająca włosy, ale niezakrywająca twarzy. Ale zdarzają się też koleżanki, które mają zakrytą również twarz - nikabem - tak że widać tylko ich piękne, idealnie umalowane oczy. Na początku może to budzić zdziwienie wśród obcokrajowców. W takim stroju też pracują w biurze. Nie jest łatwo zapamiętać, a później rozpoznać taką kobietę i niewiele potrzeba, żeby popełnić faux pas. Pamiętam, że kiedyś nie pozdrowiłam na korytarzu w pracy mojej znajomej zakrytej nikabem - ona zatrzymała się, podniosła do góry nikab, odsłaniając twarz, i powiedziała konspiracyjnym szeptem: "To ja, Fatma - nie poznajesz mnie?".

Taki zupełnie zakrywający ciało ubiór nie wynika jednak z religii, ale jest już kwestią obyczajów i wpływu rodziny - najczęściej męża albo ojca. Zgodnie z zasadami islamu kobieta ma wyglądać przyzwoicie, ale nie musi zakrywać twarzy ani nakładać rękawiczek, jak to robią niektóre kobiety w Katarze.

Ileś osób myśli w tej chwili: "Biedne Katarki"...

Aneta: -  Z komentarzy niektórych znajomych odwiedzających nas w Katarze też przebija współczucie dla tych wyglądających na zniewolone kobiet w abajach. Tyle że one wcale nie są biedne - zarówno czarne stroje, które noszą kobiety, jak i śnieżnobiałe, zawsze idealnie wyprasowane thobe i ghutry, które zakładają mężczyźni, to prawdziwa rewia mody. Na rynek krajów Zatoki Perskiej szyją najwięksi projektanci, a ich stroje mogą kosztować nawet kilka tysięcy dolarów. Te ubrania to piękne materiały, bogate zdobienia i hafty, kamienie szlachetne, do tego oczywiście bardzo drogie buty i luksusowa biżuteria. Kobiety wyglądają w takim stroju dostojnie i elegancko. Poruszają się przy tym z niezwykłą gracją i zawsze z wysoko podniesioną głową.

 Mam wrażenie, że mają o wiele wyższe poczucie własnej wartości niż niejedna Europejka. Niedawna kolekcja zaprojektowana przez Dolce & Gabbana na rynek Bliskiego Wschodu była tak niezwykła, że chętnie mogłabym nosić taką abaję jako wyjątkowo elegancki płaszcz. Katarki zresztą postrzegają często abaję jako płaszcz, a nie ubiór, który je ogranicza. Uważają też, że ma pewne plusy: jedna z młodszych koleżanek z pracy mówi do mnie któregoś dnia rano, że wstała zbyt późno, żeby zdążyć się ubrać. Pytam: "Jak to nie miałaś czasu się ubrać?". Na co ona odsłania abaję, a pod spodem... piżama [śmiech].
(...)

Zdążyliście pewnie zobaczyć też inne kraje nad Zatoką Perską. Dla wielu osób stanowią egzotyczną, ale jednolitą grupę. Wy widzicie to pewnie inaczej?

Aneta: -  Tak. Jesteśmy nawet w stanie odróżnić, z jakiego kraju w tym regionie pochodzi dana osoba - po tym, jak mężczyzna wiąże ghutrę, a kobieta szejlę, po tym, jakie mężczyźni mają nakrycia głowy czy układ kołnierzyka na swoim śnieżnobiałym stroju.

Jak dużo wiedzieliście wcześniej, przed przeprowadzką?

Aneta: - Może pięć procent tego, co wiemy dzisiaj. Wydawało nam się wtedy, że Katar to taki Dubaj w mikroskali. Później się okazało, że do Dubaju stąd jest bardzo daleko.


To znaczy?

Aneta:- Katar dzieli od Dubaju dwadzieścia lat transformacji i dosyć duża przepaść mentalna. Kiedyś wyobrażałam sobie, że stolica Kataru to miejsce, które ma ambicje stać się drugim Dubajem, w sensie urbanistyki i rozmachu. Tutejsze władze jednak oficjalnie doszły do wniosku, że drugim Dubajem być nie chcą i że w duchu nowej strategii rozwoju Kataru będą zmierzać w trzech kierunkach - stawiając na sport, edukację i sztukę.

Andrzej: - Inwestycje w te kierunki nie zawsze przynoszą zadowalające efekty. Sport zamienił się w kupowanie zawodników za duże pieniądze, edukacja to przecież proces, który potrwa latami, a sztuka co prawda jest, ale większości Katarczyków nie bardzo interesuje...

Aneta: -  ...w przeciwieństwie do nas. Chętnie korzystamy z dostępu do koncertów muzyki klasycznej (na przykład orkiestry symfonicznej BBC, światowej sławy muzyków jak Daniel Barenboim czy Krzysztof Penderecki), koncertów w dohańskiej filii nowojorskiego Jazz Lincoln Center oraz wystaw twórców sztuki współczesnej (na przykład Damiena Hirsta), do których w Europie stalibyśmy w długich kolejkach.

Andrzej: -  Doha okazała się więc "małym, spokojnym miasteczkiem", bardzo atrakcyjnym i przyjaznym dla ludzi, którzy cenią sobie życie rodzinne. Aneta: Jeśli porównywać się do Dubaju, od osób, które pracowały i tu, i tam, wiemy, że w stolicy Kataru można więcej zaoszczędzić - tu po prostu nie ma aż tylu aktywności i wydarzeń, co w Emiratach Arabskich. Aczkolwiek na "małomiasteczkową" nudę w wolnym czasie nigdy nie narzekamy - nasze życie towarzyskie chyba nigdy w Polsce nie kwitło tak mocno, jak kwitnie w Katarze.

(...)


Tutejsze nierówności społeczne, ale też inna mentalność, system pracy, wreszcie inszallah nie grożą zbyt szybkim przesytem? Spodziewacie się, że opinia o pięciu latach, po których trzeba odpocząć od arabskiej kultury, może być prawdą?

Andrzej: -  Wiele udogodnień w Katarze pozwala łatwiej żyć, ale po jakimś czasie na pewno pojawia się przesyt tą odmienną kulturą i tęsknota za europejską "normalnością", swobodą, za demokracją, zielenią, lasem, górami, przyrodą i spacerami po mieście. Pięć lat to w skali naszego życia długi czas, w którym wiele się zmienia, co także daje do myślenia.

Aneta: - Człowiek zdaje sobie też chyba sprawę, że żyje tu w trochę nierealnym świecie dobrobytu i luksusu stworzonego na potrzeby głównie rodowitych Katarczyków, a prawdziwe życie toczy się gdzieś obok - i ono nie czeka na nas. Być może to prawdziwe życie, jakim żyliśmy wcześniej, trochę przegapiamy.

Andrzej: -  Jesteśmy świadomi, że zainwestowaliśmy w ten kraj już trzy i pół roku swojego życia. Stworzyliśmy sobie tutaj dom, wspaniałe przyjaźnie i zebraliśmy niezwykłe doświadczenia. Ale był to też czas, którego nikt nam nie wróci. I dlatego staramy się, żeby był jak najlepiej wykorzystany. A Katar daje takie możliwości. Czy i kiedy zapragniemy wrócić na dobre do normalnego, europejskiego lub polskiego świata? Czas pokaże...

Tekst jest fragmentem książki "Tam Mieszkam. Życie Polaków za granicą" autorstwa Malwiny Wrotniak. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Marginesy. 

materiały prasowe

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje