"Test" - część II

środa, 30 kwietnia

Reklama

Przestałam uczyć dyrektorów niemieckiego w weeken­dy. Przestałam pisać do Ciebie w weekendy, robić zaku­py w weekendy, czytać książki w weekendy, odwiedzać rodziców w weekendy. W weekendy - dla mnie week­end zaczyna się około szesnastej w piątek - stoję w kolejkach na lotniskach, trzęsę się ze strachu przy każdym starcie i lądowaniu i czytam przewodniki turystyczne, gdy jesteśmy na "wysokości przelotowej". Ale tylko wtedy, gdy nie ma turbulencji. Gdy są, trzymam się kur­czowo siedzenia, zamykam oczy i się modlę. Stewarde­sy to chyba najdurniejsze kobiety świata. Jak można tak poświęcać się dla pieniędzy?!

Kupiłam wielką mapę Europy i powiesiłam ją na ścianie nad kanapą, noszę ze sobą w torebce rozkłady lo­tów sześciu linii lotniczych. Rozkład polskiego LOT-u na piątek wieczorem, sobotę przed południem i niedzielę wieczór znam na pamięć. Gdy wysyłam esemesy do Enrique, to posługuję się wyłącznie numerami lotów. On także zna je na pamięć.

Agnieszko, żyję od dwóch miesięcy w zwariowanym świecie, jego świecie. Inaczej mierzę czas. Zupełnie in­nym kalendarzem. Ostatnio każdy tydzień dla mnie to jak Wielki Tydzień przed Wielką Nocą. W poniedziałki walczę przez cały dzień ze snem i staram się przetrwać zajęcia ze studentami. We wtorki zaczyna mi go brako­wać i do niego wydzwaniam. W środy zaczynam tęsknić za nim i aby sobie z tym poradzić, pracuję do póź­na w nocy. Oprócz tego, że nadrabiam zaległości, mniej tęsknię, to jestem blisko Internetu i mogę pisać do nie­go e-maile. W czwartki wieczorem pakuję walizkę i idę wcześnie spać, aby skrócić czas czekania. Przeważnie je­szcze nie wiem, w jakim mieście w Europie i w jakim hotelu będę zasypiać z nim w nocy z piątku na sobotę. W Wielki Piątek wcześnie rano on przesyła mi kod nu­meru lotu. Późnym popołudniem lub wieczorem jadę taksówką na lotnisko, odbieram bilety, które kazał tam na moje nazwisko wystawić, i "na odwagę" piję whisky z colą w lotniskowym bistro. Potem wsiadam do samo­lotu i zaczynam się bać. Ląduję. Oszołomiona resztkami strachu, alkoholem i podnieceniem uspokajam się do­piero wtedy, gdy siedzę przytulona do niego w samo­chodzie. Opowiada mi o swoim tygodniu, delikatnie ca­łując moje włosy. Potem, w hotelu, rozbiera mnie, pro­wadzi do łazienki i myje i masuje mi głowę. Uwielbiam, gdy siedzimy razem w wannie i on palcami masuje moją głowę. Pierwszy raz kochamy się dopiero po pół­nocy.

W Wielką Sobotę...

środa, 30 lipca

Zwariuję...

Od czterech tygodni Enrique jest w Bostonie, a ja czuję się jak ćpun na odwyku. Gdy słyszę przelatujący nad Krakowem samolot, zaczynam zazdrościć stewardesom, że wybrały swój zawód. Jeszcze trochę, a będę jak ten pies Pawłowa. Gdy przeleci samolot, będę czuła wilgotność pod podbrzuszem.

Pracuję. Wstaję rano, idę do instytutu i wracam do domu, aby spać. Jeśli on nie wróci w ciągu kilku tygo­dni do Europy, to albo naprawdę zwariuje, albo... skoń­czę doktorat przed czasem. Tylko czy ja mogę to zrobić mojemu promotorowi?! Nad kim będzie się wtedy pa­stwił ten bigot na seminariach!?

Chcę mieć ten doktorat. Jak najszybciej. Chcę skoń­czyć pisać, nikomu o tym nie powiedzieć, trzymać goto­wy w szufladzie i mieć tony czasu, czekając na piątki, soboty i niedziele. Poza tym chcę, aby Enrique był ze mnie dumny. Podnieca mnie to, gdy patrzy na mnie z podziwem i jest ze mnie dumny. Nie wiem zbyt wiele o kobietach w jego życiu, ale zrozumiałam, że on jest w stanie pokochać tylko tę, którą podziwia. Opowiadał mi o tylko dwóch ważnych kobietach w swoim życiu. Właśnie tych, które podziwia lub podziwiał.

O swojej matce na cmentarzu Pere Lachaise w Pary­żu. Gdziekolwiek jest, zawsze w rocznicę śmierci matki idzie na jakiś cmentarz i na przypadkowym grobie za­pala znicz i zostawia kwiaty. Agnieszko, gdy będziesz następnym razem w Paryżu, koniecznie odwiedź cmen­tarz Pere Lachaise! Tam jest więcej życia niż na Champs Elysees. I o wiele mniej ludzi.

O Adrienne opowiedział mi w Kopenhadze. Tam spędzaliśmy jego urodziny i tam odebrał od niej telefon z życzeniami. Szefowa agencji rządowej, tak jak on ab­solwentka Harvardu, najpiękniejsza dziewczyna na ich roku. Powtarzała mu, że go kocha do momentu, gdy nadarzyła się okazja -wżenienia się w ropę naftową z Teksasu. Gdy mówił o niej, wyczuwałam w jego gło­sie podziw i rozżalenie jednocześnie. Rozżalenie zmieszane z podziwem jest niebezpieczne. Chciałabym, aby ona do niego już nigdy nie dzwoniła... Nigdy!

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje