Caryca pragnie miłości

Seksoholiczka czy poszukująca miłości kobieta? Krwiożercza imperatorowa czy wytrawny polityk? Bezwzględna monarchini czy miłościwa pani? O tym, jaka naprawdę była caryca Katarzyna Wielka, opowiada Ewa Stachniak, autorka książki "Cesarzowa nocy".

Aleksandra Suława: Lubi pani Katarzynę Wielką?

Ewa Stachniak: - Teraz już tak.

Reklama

A wcześniej? Zanim uczyniła ją pani bohaterką swoich powieści?

 - Miałam z nią problem. Z jednej strony niewiele o niej wiedziałam, a z drugiej - czułam do niej silną niechęć, osadzoną głęboko w naszej historii. Dla mnie - przez lata polskiego dzieciństwa - była carycą, która przyczyniła się do upadku Polski, stłumiła powstanie kościuszkowskie, zabrała nam niepodległość... Trudno jest polubić kogoś, kto reprezentuje imperium, które nas zniszczyło.

Dla nas Katarzyna Wielka jest zwykle kobietą z karykatury, którą wspomina pani w swojej książce: krwiożerczą imperatorką, pochyloną nad rozdartą mapą Polski.

 - Dodajmy - z francuskiej karykatury. W XVIII wieku nie tylko Polska, ale cała Europa pracowała nad stworzeniem upokarzającego obrazu Katarzyny-kobiety. Szczególne zasługi na tym polu odnieśli Francuzi. Chcąc ukarać ją za to, że potępiła rewolucję francuską i próbowała zmontować przeciw niej koalicję, zaczęli rozpuszczać o niej grubiańskie plotki. A ponieważ była kobietą, te ataki miały najczęściej podtekst seksualny.

Katarzyna Wielka Rozwiązła?

 -  Nie różniła się od nas aż tak bardzo. Nie wstydziła się swoich uczuciowych i seksualnych potrzeb. Chciała kochać, chciała mieć partnera.

Wielu partnerów...

 - Była wielokrotną monogamistką. Kolejny romans zaczynał się wtedy, gdy kończył się poprzedni. A zwykle kończył się nie z jej winy. Sałtykow ją porzucił i złamał jej serce, Poniatowski dostał wilczy bilet do Polski, z Orłowem była 11 lat i to on ją zdradzał. Na potęgę! A ona odprawiła go dopiero wtedy, gdy w Pałacu Zimowym zaczęły się awantury z podbijaniem oczu. Z Potiomkinem łączyła ją wielka miłość, do końca życia, ale "dzieliło" podobieństwo charakterów. Zamęczali się zazdrością, przepychankami kto kogo zdominuje, aż wreszcie zdecydowali się na "małżeństwo otwarte" akceptujące osoby trzecie. Był też Aleksander Łanskoj - Saszeńka, po którego przedwczesnej i tragicznej śmierci Katarzyna na pół roku pogrążyła się w depresji. "Ja nie mogę żyć ani godziny bez miłości" - mówiła.

Z mężem, Piotrem III, nie łączyła jej miłość, a mimo to, przez siedem lat była mu wierna. Długo, jak na ówczesne czasy.

 - Długo. A pewnie byłaby wierna jeszcze dłużej, gdyby nie naciski dworu. Pierwszy romans nie był pomysłem Katarzyny, ale jej teściowej, która w niedwuznaczny sposób dała późniejszej carycy do zrozumienia, że najwyższy czas postarać się o syna.

Którego mąż nie mógł spłodzić?

 - Najprawdopodobniej nie. Gdyby był płodny, zapewne miałby jakieś nieślubne dzieci, a nie miał. Pewnie starałby się też pozbyć żony. 

Zamiast, tak jak teściowa, namawiać Katarzynę na romans.

 - Elżbieta Pietrowna dała jej do wyboru dwóch kandydatów: Sergieja Sałtykowa i Lwa Naryszkina. Katarzyna zdecydowała się na Sałtykowa, który był szalenie czarującym mężczyzną i jednocześnie cynicznym uwodzicielem.

Zakochała się?

 - Ona tak, za to on  - absolutnie nie, mimo że młoda Katarzyna była piękna, inteligentna, i spragniona miłości. Dla niego ówczesna Wielka Księżna Rosji była po prostu kolejnym wyzwaniem. Kobietą, która interesowała go dopóty, dopóki jej nie zdobył. Zostawił jej pamiątkę w postaci upragnionego dziedzica, syfilisu i ciężkiego załamania. Dopiero, kiedy Katarzyna podniosła się po tym bolesnym dla niej rozczarowaniu, była gotowa na kolejny romans, tym razem ze Stanisławem Poniatowskim. Ten schemat powtarzał się wielokrotnie. Nie była seksoholiczką.

Jeśli jej romanse nie były objawem seksoholizmu, to może były znakiem czasów? Przecież ani jej matka, ani teściowa nie były wierne swoim mężom...

 - Była kobietą osiemnastego wieku, swobodniejszą i bliższą nam w sprawach serca niż kobiety XIX - wieczne. Nie była pruderyjna, nie utożsamiała cnoty z sentymentalnym zachowaniem bohaterek romantycznych powieści. Nie widzę w takiej postawie niczego szokującego. Na tle XVIII-wiecznej obyczajowości Katarzyna nie wyróżniała się szczególną rozwiązłością. Gdyby nie była carycą, pewnie nikt nie zajmowałby się tym, jak często zmieniają się mężczyźni odwiedzający jej sypialnię, czy tym, o ile są od niej młodsi.

Jeśli Katarzyna tak bardzo chciała być kochana, tak bardzo chciała mieć kogoś u swego boku, to dlaczego nigdy ponownie nie wyszła za mąż? Kandydatów chyba nie brakowało...

 - Kandydatów - nie, ale możliwości politycznych - tak. Po śmierci męża mogłaby wyjść za jakąś koronowaną głowę, ale wtedy musiałaby podzielić się władzą. O małżeństwie z nią marzył Poniatowski, łudził się, że zrobiła go królem po to, by mogli być razem. Choć pisząc do niej do Petersburga z Warszawy, jeszcze przed koronacją, gotów był na każdą rolę u jej boku. Małżeństwo z Katarzyną było też wielkim marzeniem Orłowa...

Oświadczał się?

 - Oczywiście! On od początku zakładał, że Katarzyna powie "tak", a od momentu, gdy urodziło im się dziecko, uznawał to za pewnik. Kiedy okazało się, że z tego planu nic nie wyjdzie, robił jej wyrzuty, obnosił się ze swoją "porażką", swoim "poniżeniem". Katarzyna wiedziała, że małżeństwo z Orłowem byłoby politycznym samobójstwem. Panin, jej doradca, ostrzegał, że "Madame Orłow nie będzie rządziła Rosją." A poza tym Katarzyna z nikim nie chciała się dzielić władzą, więc wolała mieć faworytów.

A Potiomkin, jej wielka miłość?

 - Wielu historyków twierdzi, że wzięli ślub. To było małżeństwo morganatyczne, nie dające mu  żadnych praw do tronu Rosji. Przez całe lata pisali do siebie "mój mężu", "moja żono". Potiomkin był mężczyzną, któremu nie mogła matkować, uczyć go manier czy obracania się w towarzystwie. Nigdy by jej na to nie pozwolił. Byli do siebie podobni: oboje o buntowniczych naturach, oboje w najwyższym stopniu zainteresowani polityką, oboje marzący o zwycięskich podbojach. Nie mogła go zdominować, tak jak dominowała innych faworytów.

W książce cytuje pani jej słowa: "Kiedy oni to robią, to cnota. Kiedy ja to robię, to grzech". Katarzyna dostrzegała ówczesną nierówność ról społecznych?

 - Bolała ją ta nierówność. Powiedziała kiedyś: "Gdybym była mężczyzną, mogłabym o tyle więcej dokonać". Miała przed sobą bariery, których nie mieli mężczyźni. Zamach stanu musiał poczekać, aż urodzi dziecko. Nie mogła przewodzić armii.

Robiła coś, aby to zmienić?

 - Doceniała kompetencje kobiet i nie bała się obsadzać ich na wysokich stanowiskach. Na przykład księżnę Daszkową mianowała dyrektorem Akademii Nauk. W historii Europy to pierwsza kobieta na takim stanowisku. Pierwsza i przez długie lata jedyna. To był gest symboliczny i polityczny zarazem.

Jednym gestem nie zmieni się sytuacji kobiet...

 - Fundowała szpitale dla samotnych matek i porzuconych dzieci. Zapewniała bezpłatne i anonimowe  leczenie chorób wenerycznych. Reformowała, planowała i finansowała edukację kobiet. Instytut w Smolnym jest tu świetnym przykładem. W 1768 roku brytyjski ambasador w Rosji notował po wizycie w szkole: 250 dziewcząt wysoko urodzonych, 350 córek mieszczan i chłopów... na utrzymaniu carycy od 4 do 19 roku życia... studiują języki, arytmetykę, geografię, historię, muzykę, malarstwo, taniec i sztukę zachowania się w towarzystwie... Katarzyna świadomie chciała  wychować nowe pokolenie Rosjan, kierując się logiką: ja wykształcę matki, a one wykształcą swoje dzieci według zasad Oświecenia, w które ja wierzę i które propaguję. To jedyna szansa na trwałe zmiany w świadomości Rosji. 

Zależało jej na nowych pokoleniach.

 - Bardzo. Nie chciała zaakceptować wysokiej śmiertelności zarówno dzieci, jak i matek przy porodzie. Nie chciała się zgodzić na to, że połowa dzieci umierała przed ukończeniem 5. roku życia i że w sierocińcach ten procent sięgał 90. Nie przyjmowała tłumaczeń lekarzy, że "tak po prostu jest", uważała, że medycyna robi zbyt małe postępy. Nie dowierzała - i słusznie - medycznym teoriom swoich czasów.  Reformowała szpitale, przytułki dla niechcianych, porzuconych dzieci. Starała się zrozumieć, jakie są przyczyny tak wysokiej śmiertelności i eliminować je. Wydaje mi się, że gdyby Rosja poszła w wytyczonym przez nią kierunku, mogłaby być o wiele szczęśliwszym krajem, niż jest dzisiaj.

W pani opowieści Katarzyna jawi się jako dobry i mądry władca. Mimo to obawiała się, że poddani zwrócą się przeciwko niej. Bała się rewolucji...

 - Zaczęła się jej bać po wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Kiedy z Paryża zaczęły dochodzić wieści o tym, że wieszano arystokratów na latarniach, że aresztowano, osądzono i stracono króla i królową, zaczęła poważnie obawiać się rozprzestrzenienia się "francuskiej choroby". Lęk przed rewolucją był zresztą obsesją wszystkich ówcześnie panujących rodów. W Rosji był jeszcze silniejszy, gdyż wciąż świeża była pamięć rewolty Pugaczowa. Katarzyna doskonale wiedziała i pamiętała, jakie spustoszenie może wywołać uzbrojony i podżegany do zemsty tłum. Oddziały Pugaczowa szły przez Rosję jak ogień, zostawiając za sobą spaloną ziemię i setki trupów.

Nienawidzili jej tak, jak Francuzi swojego króla?

 - Wręcz przeciwnie, była lubiana, ceniona i szanowana przez swoich poddanych. Katarzyna rządziła ponad 30 lat i były to złote lata w historii Rosji. Tak dobrze i tak mądrze Rosja już nigdy później nie była rządzona. Katarzyna nie bała się gniewu ludu wymierzonego bezpośrednio w nią samą, raczej bała się gniewu, który byłby reakcją na niesprawiedliwości całego systemu władzy.

Była carycą, nie mogła doprowadzić do jego zmiany?

 - Próbowała. Jedną z pierwszych rozważanych przez nią reform było zniesienie pańszczyzny, jednak arystokraci szybko wybili jej to z głowy, grożąc całkowitą odmową poparcia.

Nawet jako caryca musiała nadal walczyć o władzę...

 - Musiała. Rozumiała, że nie może domagać się zmian nierealnych, zbyt drastycznych, zbyt wybiegających w przyszłość. Musiała wypracowywać i umacnić swoją pozycję, posłuch u arystokracji, poważanie.  Robiła to umiejętnie, z dużą dozą politycznego talentu. Jeśli zauważała, że ktoś zdobywa na dworze zbyt duże wpływy, zapraszała do dworskich komitetów doradczych drugą osobę, równie wpływową, ale o przeciwnych poglądach. Uzasadniała to tak: Oni zajmą się swoimi sporami i nie będą mieli czasu montować koalicji przeciwko mnie, a ja będę miała okazję wysłuchać dwóch odmiennych punktów widzenia, zanim podejmę najkorzystniejszą dla Rosji decyzję.

Kochała Rosję, mimo że nie była Rosjanką?

 - Miłość to może nie najlepsze określenie. Katarzyna była niezwykle obowiązkowa i pragmatyczna. Przekładając to na dzisiejsze realia, powiedziałabym tak: Katarzyna została zatrudniona w "przedsiębiorstwie Rosja" na stanowisku głównego menadżera i jej zadaniem było tym przedsiębiorstwem zarządzać. I robiła to najlepiej, jak potrafiła. Tak dobrze, że nawet król Prus miał do niej pretensje o brak sentymentów do kraju, w którym się urodziła i wychowała. Warto przy tym pamiętać, że nasze pojęcie patriotyzmu jest pojęciem XIX-wiecznym. Za czasów Katarzyny i wśród arystokracji przynależność narodowa odgrywała dużo mniejszą rolę. Gdyby księżniczka Anhalt-Zerbst wyszła za mąż za króla Szwecji, co było możliwe, byłaby doskonałą królową Szwecji.

A za króla Polski, co też było możliwe?

 - Czasem żartuję, że przy jej zaangażowaniu, talencie politycznym i poczuciu obowiązku, mogłoby się to skończyć rozbiorami Rosji.

Katarzyna władała Rosją przez ponad 30 lat. Historycy do dziś spierają się, co było przyczyną końca rządów wielkiej carycy: zamach czy wylew.

 - Opowieści o zatrutych ostrzach, zamontowanych w toalecie, i inne upokarzające ją historie to  pomówienia i plotki. Spędziłam dużo czasu nad odtworzeniem medycznej strony przyczyn śmierci Katarzyny. To, że umarła po udarze mózgu, potwierdzają teraz lekarze. Opisane przez pamiętnikarzy i kronikarzy symptomy są tu dość zgodne i według nich możemy stwierdzić, że mniej więcej sześć lat wcześniej Katarzyna zapadła na cukrzycę, która - przy ówczesnym stanie wiedzy medycznej - nie mogła zostać zdiagnozowana. Z tego też powodu była źle leczona. Nadworny lekarz zapisał jej jeden kieliszek słodkiego czerwonego wina dziennie, na wzmocnienie krwi. Jednym z najczęstszych powikłań nieleczonej cukrzycy są skrzepy i mikroudary. Jeden z nich - silniejszy niż poprzednie - spowodował paraliż i śmierć.

Rosjanie po niej płakali?

 - Dwór - tak, ale także poddani w całej Rosji.

A rodzina?

 - Syn jej nienawidził. Po śmierci postanowił obedrzeć matkę ze wszystkiego, łącznie z oficjalnym pogrzebem, co na szczęście szybko wybito mu z głowy. Zmuszony, by oddać jej hołd, kazał wykopać trumnę swojego ojca i pochować go powtórnie, tym razem w jednym grobie z Katarzyną. Proszę sobie wyobrazić kaplicę, a na jej środku ekshumowane szczątki cara, które Piotr każe wszystkim dworzanom poddańczo całować. I tak Katarzyna nie miała własnego pogrzebu, a nawet własnego konduktu żałobnego, bo syn zakazał śpiewania lamentów ku jej pamięci.  A po tym groteskowym i upokarzającym podwójnym pogrzebie Paweł robił wszytko, by pomniejszyć pamięć matki i odwrócić jej polityczne decyzje. Między innymi uwolnił polskich więźniów politycznych, całował rękę Kościuszki, przepraszając za stłumienie insurekcji, obsypał go podarkami, których przyjęcia Kościuszko nie mógł odmówić, by nie narazić mniej znanych więźniów na możliwe szykany ze strony nieobliczalnego cara.

To koniec historii Katarzyny. Pani również kończy swoja przygodę z carycą?

 - Tak, proszę o zwolnienie ze służby, podobnie jak Barbara/Warwara, narratorka "Gry o władzę". W dwóch powieściach przekazałam wszystko, co chciałam przekazać. Mam nadzieję, że choć w części udało mi się pokazać czytelnikom moją Katarzynę. Katarzynę, której nie musimy wierzyć, ale której warto wysłuchać. Zasługuje na to.

 

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje