Lubię kobiety pewne siebie

Niezwykle utalentowany aktorsko i muzycznie. Inteligentny, ciepły, wrażliwy. Fan kobiecego piękna. Jakub Tolak opowiada o swojej pracy, pasjach, kobietach i... zdradzie!

Rozpoczęła się wiosna. Masz jakieś wiosenne postanowienia?

Reklama

Jakub Tolak: Nie mam stricte wiosennych postanowień, ponieważ według mnie czarowanie rzeczywistości momentami na postanowienia typu nowy rok, bądź właśnie wiosna, niewiele zmienia. I tak wszystko jest zależne od naszej woli, wytrwałości czy innych cech wymaganych do osiągnięcia danego celu. Moje postanowienia nie łączą się więc z datą, a raczej ze stanem ducha. Wiosna powoduje chęć zjednoczenia z naturą, "rozkwitnięcia", więc ja także mam ochotę spędzać dużo czasu na powietrzu po tej przydługiej zimie.

Zagrałeś w wielu filmach, jednak chyba najgłębiej zapadłeś w pamięci rolą Daniela Rossa w serialu Klan. Zawsze marzyłeś o aktorstwie?

Zawsze byłem dość kreatywnym i niesubordynowanym typem. Byłem i jestem dość krnąbrny. Ja po prostu miałem mnóstwo pomysłów, w szkole zawsze rozmawiałem na lekcjach. Generalnie niezbyt pasowałem do wizji wzorowego ucznia, choć problemów z nauką nie miałem. Zawsze chciałem robić coś, co dawałoby możliwość kreacji, oraz poczucie wolności: rysowałem, chodziłem do szkoły muzycznej. Aktorstwo zdarzyło się niejako przy okazji, gdy miałem 10 lat. Zagrałem w teatrze telewizji i wtedy połknąłem bakcyla. Ale nigdy nie wystarczało mi tylko aktorstwo.

Na czym, Twoim zdaniem, polega fenomen popularności Klanu?

Jeśli rzeczywiście istnieje taki fenomen, to wydaje mi się, że to nie jest do końca zasługa samego serialu, a wynik natury odbiorców. Ludzie, szczególnie Polacy, mają dość silną potrzebę posiadania takich codziennych "zaczepów", elementów niezmiennych, które dają im poczucie bezpieczeństwa, ułudę tego, że życie jest przewidywalne, a my możemy być pewni jutra. Uważam, że nie możemy być pewni niczego, a życie jest całkowicie przypadkowe i chaotyczne. "Klan" wpisuje się w codzienność. Gdyby (a tak się na pewno w końcu stanie) zniknął z ramówki, widzowie mieliby lukę w planie dnia, poczuliby się niepewnie.

Ale spokojnie, na jego miejsce za chwilę wskoczyłby inny serial, który by tę lukę zapełnił. Po drugie, serial typu "zwykła, polska rodzina" spełnia naturalną potrzebę istoty ludzkiej do "podglądactwa", obserwowania zza firanki podwórka sąsiada. Ludzie porównują się do bohaterów. Gdy bohaterowie cierpią, daje to ukojenie, bo "nie jesteśmy sami w swojej szarej codzienności", itd. Popularność serialu wynika z tego, jakie psychologiczne potrzeby widzów spełnia.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z tym serialem?

Zwyczajnie, jak to bywa, poszedłem na casting i wybrano właśnie mnie. Strasznie dawno to było...

Który aktor z planu serialu był Ci najbliższy?

Nie należę do osób które nazbyt "przyklejają się" do innych. Ale na pewno jedną z osób, które cenię jest Izabela Trojanowska. Na początku bardzo mi pomagała, w serialu grała moją mamę i może trochę udzieliło się jej to w rzeczywistości. Bardzo we mnie wierzyła i nadal wierzy, za co dziękuję. Z kolei na planie filmu "Francuski numer" poznałem Jana Frycza, który grał mojego tatę. Było to dla mnie bardzo ważne spotkanie. Nie dość, iż miałem okazję przyjrzeć się pracy wybitnego aktora, to jeszcze poznałem go jako świetnego człowieka, otwartego na sugestie młodszych kolegów po fachu.

Co sprawia Ci największą przyjemność przy pracy nad filmem, a co najbardziej denerwuje, drażni?

Myślę, że przyjemność sprawia mi po prostu granie, szukanie w sobie, poznawanie siebie i ludzkiej natury. To jest dla mnie sedno tego zawodu. Ale należy pamiętać, że na finalny obraz składa się wiele czynników. Jeśli np. scena jest źle napisana, to ciężko będzie stworzyć z niej "dzieło", bo widz podświadomie wyczuje nieprawdę. Jeśli scena jest źle zmontowana, to cały nastrój i tempo zniknie, a widz się znudzi. W pracy nad filmem (jak również w innych przypadkach pracy zespołowej) drażni mnie niechlujstwo jednostki psujące wynik pracy całego zespołu, oraz arogancja początkujących. Film to przecież praca "w teamie" i każdy członek ekipy powinien mieć tego świadomość. Aktor jest tylko taką karoserią kryjącą mechanizm. Jeśli samochód źle działa, ma kiepski silnik, to karoseria, nawet najpiękniejsza, nie ma żadnej wartości. Ale z drugiej strony, to przede wszystkim aktorzy są wystawieni na krytykę widzów, bo to aktorzy pokazują swoje twarze. Na szczęście wzrasta świadomość polskiego odbiorcy i ludzie zaczynają rozumieć, że różni specjaliści są odpowiedzialni za różne elementy produkcji. Jeśli każdy się będzie starał i każdy będzie pracował na swoim miejscu, w zgodzie z powołaniem, to jestem pewny, że możemy mieć kino na światowym poziomie. To nie jest tylko kwestia pieniędzy.

Czy przeżywasz te same emocje, co postacie przez ciebie grane?

Tak, staram się znaleźć w sobie rodzaj emocji, które towarzyszą danej postaci. Przywołuję podobne zdarzenia ze swojego życia i myślę co wtedy mną powodowało, szukam sedna, pochodzenia emocji. Dlatego do tego zawodu bardzo potrzebna jest umiejętność obserwacji i poznania siebie, czyli autoanalizy. Można to robić intuicyjnie, ale wydaje mi się, że nieświadomy swojej emocjonalności człowiek nie znalazłby się jako aktor. W prawdziwym, twórczym wydaniu, to dziwna, płynna praca, w której materią jest ludzka dusza i emocje. Łatwo w niej zadrapać własny mózg. Bywa boleśnie...

Porozmawiajmy troszkę o kobietach. Jesteś ich wielkim fanem?

Jestem fanem, owszem, chociażby ze względów estetycznych. Ale to nie wystarczy żeby mnie zainteresować. Mimo to, przychylam się do wypowiedzi George'a Carlina, amerykańskiego komika: "Jeśli Bóg istnieje to musi być facetem. Żadna kobieta by tej roboty tak nie spieprzyła?". Kobiety w swojej naturze są zbyt pociągające, żeby nie być ich fanem.

Jakie zatem kobiety lubisz najbardziej?

Charakter odgrywa dla mnie najważniejszą rolę. Piękno kobiety to spójna całość ciała i duszy. Piękne, acz puste kobiety nie są ciekawe, nie stanowią wyzwania, a więc nie są interesujące. Powiedzmy to szczerze, zwierzę zwane człowiekiem jest ciekawskie i fascynują je rzeczy nieoczywiste, intrygujące. Nie ma łatwo. To, że jest się pięknym mnie nie wystarcza. Lubię kobiety pewne siebie, świadome siebie, mające coś do powiedzenia, odważne w wyrażaniu swojego zdania. Inteligentna rozmowa, to najlepszy afrodyzjak. Bardzo sexy jest również, gdy kobieta potrafi docenić piękno innej kobiety, bo to świadczy o jej pewności siebie. A jeśli do tego dojdzie piękno zewnętrzne, to zbliżamy się do ideału. Myślę, że podobne podejście miałbym do mężczyzn, gdybym był kobietą. Jest w tym pewien uniwersalizm.

Blondynka, brunetka, ruda, niska, wysoka...? Wygląd zewnętrzny odgrywa istotną rolę w twoim przypadku?

Oczywiście, że odgrywa, ale nie dlatego, że uczepiłem się jakiegoś koloru włosów, tylko dlatego, że jestem wzrokowcem. Jak podobno większość facetów. Piękne kobiece ciało to jak prezent gwiazdkowy. Chce się odpakować, ale z drugiej strony aż szkoda, bo wyobraźnia spełnia tu ogromną rolę. Dlatego kobiety świadome tego, pogrywają sobie z naszą męską wyobraźnią przy użyciu stroju. To niesłychanie sexy. Ale nie chodzi oczywiście o proste epatowanie atrybutami kobiecości, tylko o widoczną świadomość własnej seksualności. To potrafią kobiety inteligentne.

Co stanowi kluczową różnicę pomiędzy kobietą a mężczyzną?

Od jakiegoś czasu obserwuję ciekawe zmiany zachodzące w psychice płci. Pewne cechy się ujednolicają (np. mężczyźni stają się bardziej uczuciowi i emocjonalni), inne wyjaskrawiają. Mimo to wydaje mi się, że nie uciekniemy od tego jak ewoluował nasz gatunek i pewne cechy, bez względu na to jak kultura będzie je nazywać, pozostaną niezmienne. Oczywiście dopóki nie zmieni tego dalsza ewolucja. Mężczyźni idąc na polowanie potrzebowali działania zespołowego, nie mogli być drobiazgowi, ponieważ to oznaczało śmierć. Szybkie komunikaty i szybkie decyzje były niezbędne. Kobiety pozostając w osadzie musiały rozwinąć komunikację werbalną i nauczyć się pewnej przebiegłości w kontaktach, przede wszystkim po to, aby wyeliminować rywalki w walce o najlepszego samca. Samce z kolei miały naturalną potrzebę zdobycia wielu samic. Konotację tych cech z naszą rzeczywistością należy dopowiedzieć sobie samemu...

Jesteś romantykiem? Scenariusz na najbardziej romantyczną randkę...?

Ja wiem, że kobiety podobno lubią romantycznych mężczyzn, ale dlaczego to zwykle niegrzeczni, niezależni chłopcy dostają najfajniejsze dziewczyny? Myślę, że sam romantyzm, wzięty z filmów- łzawy, banalny romantyzm, jest po prostu nudny, a szczególnie już dla pięknych kobiet które przywykły do codziennej adoracji. Moim zdaniem, w fazie uwodzenia romantyzm należy dozować, powoli, zostawić go na deser, gdy kobieta już "połknie haczyk". Ale musi to być romantyzm prawdziwy, niewydumany. Romantyzm niestety nosi w sobie takie niebezpieczeństwo banału. Według mnie powinien wynikać z naturalnej potrzeby, a nie "bo tak się powinno". Inaczej zamienia się w naiwne cliche. Dla kobiety którą kocham, uwielbiam być romantyczny, bo romantyzm to jest otwartość na uczucie i wtedy właśnie stanowi naturalną potrzebę.

Przepis na randkę? No właśnie tu wchodzimy w takie stereotypowe odpowiedzi typu: "kolacja, z winem, świecami i kwiaty". Jasne, to jest miłe, ale romantyzm to poryw uczuć, a więc najbardziej romantyczna randka według mnie to taka, która nosi w sobie cechy spontaniczności i odpowiada na potrzeby drugiej osoby. To świadczy o tym, że jej słuchamy. Dla niektórych więc będzie to piękna kolacja, dla innych spacer pod rozgwieżdżonym niebem?

Komunikacja jest podstawą dobrego związku, lecz facetowi często trudno jest zrozumieć ciągle gadającą kobietę. Panie nagminnie skarżą się na facetów, że nie potrafią słuchać i nie mają bladego pojęcia, co się do nich mówi. Dlaczego tak się dzieje?

Wydaje mi się, że nie jest do końca tak, że faceci nie potrafią słuchać. Faceci po prostu nie zawsze mają ochotę słuchać, szczególnie kiedy są zaabsorbowani czymś innym. Kobiety mają inną percepcję rzeczywistości, bardziej podzielną uwagę, mogą robić parę rzeczy równocześnie. Mężczyźni wolą skupić się na jednej rzeczy w danej chwili. Jeśli wtedy ktoś ich rozprasza, raczej ich rozdrażni, niż trafi do ich świadomości. Druga sprawa, to kwestia stażu związku. Po pewnym czasie tracimy po prostu część atencji do partnera. Nie ma się co okłamywać, że całe życie z takim samym skupieniem będziemy się wzajemnie słuchać. Jeśli ktoś przyzwyczaił się do tego, iż partner zawsze był na skinienie, będzie miał z tym problem. Wydaje mi się również, że w Polsce wciąż pokutuje syndrom twardego, nieugiętego faceta, oraz kultywacja różnic między płciami. Wrażliwy facet to "mięczak" i "lamus", a więc chłopcy, słuchając i obserwując swoich ojców ("mężczyzna nie płacze, bądź twardy"), stają się niewrażliwi na emocje swoje i partnerki. Jest to zupełne pomieszanie pojęć i mylenie męskości z prymitywnym betonem emocjonalnym. Wydaje mi się więc, że ewentualny problem komunikacyjny leży po obu stronach.

Czego nigdy nie wybaczyłbyś partnerce swojego życia?

To zależy od partnerki, naszego układu i przekonań. Ale mimo, iż wydaje mi się, że zdrada byłaby dla mnie ciężka do przełknięcia, mam wrażenie, że mógłbym ją wybaczyć. Dużo zależałoby od powodu tej zdrady. Bo sam fakt niewierności jest objawem jakiegoś problemu w związku, jego wynikiem. Jeśli związek mimo to miałby przyszłość, mógłbym podjąć się próby zrozumienia drugiej strony.

Plany na najbliższą przyszłość?

Przede wszystkim nie stracić ciekawości świata i potrzeby wrażeń. Uwielbiam mieć świadomość mnogości możliwości, które daje nam życie. Chciałbym również rozwijać się dalej muzycznie, bo dla mnie to właśnie muzyka jest najpiękniejszą ze sztuk. Posiada wyjątkową cechę bezpośredniego wpływania na emocje ludzi, bez użycia materialnej części naszej rzeczywistości. Możliwe, że to właśnie dlatego, iż sama nie ma fizycznej formy, więc porusza się w tej samej sferze co nasze uczucia?!

Rozmawiała: Ilona Adamska

Dowiedz się więcej na temat: aktor | piękno | rzeczy | słuchać | świadomość | emocje | wiosna | Jakub Tolak | romantyzm

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje