Piotr Głowacki: Widzę siebie w roli Bonda

Żartuje, że mógłby zagrać agenta 007, ale wierzymy, że zrobiłby to doskonale. Piotr Głowacki ma na koncie wiele niesamowitych wcieleń. Jaki jest prywatnie?

Czy jest film, w którym aktualnie nie grasz?

Reklama

Piotr Głowacki: - Rzeczywiście sporo ostatnio pracuję, ale nie gram wszędzie. Rocznie powstaje w Polsce około 50 filmów - zapewniam, że nie pojawiam się we wszystkich. Mam jednak szczęście pojawiać się w tych, które są dobrze odbierane przez widzów. W każdym filmie jesteś kompletnie inny.

Niezły z ciebie kameleon!

 - Uwielbiam charakteryzację i kostiumy. To cudowny element mojej pracy i okazja do zabawy. Bardzo lubię tworzyć kolejne odsłony siebie, marzyć i urzeczywistniać je.

Kiedyś opowiadałeś w wywiadzie, że w dniu ślubu byłeś łysy i szczupły, ale już z podróży poślubnej wracałeś jako brzuchaty wąsacz.

 - (śmiech) Tak, to było dość skrajne. Musiałem błyskawicznie zmienić się do roli w "Hiszpance". To była prawdziwa frajda.

Jak na te ciągłe zmiany reaguje twoja żona Agnieszka?

  - Kiedy wracam z planu do domu, uśmiecha się i pyta: "Jak było?". Kiedyś żartowała, że wyszła za przystojnego faceta, ale którejś nocy obudziła się obok łysego brzydala. Tak, ale czasem korzysta też na tym, że muszę się zmienić w przystojniaka.

Oboje jesteście aktorami, więc często w wywiadach pytają was o rywalizację w związku.

  - To prawda. Chociaż uważam, że rywalizacja w wypadku aktorskiej pary jest podobna do tej między rodzeństwem, które musi walczyć o uwagę rodziców. Dla aktorów rolę rodziców grają widzowie. Aktor, wychodząc na scenę czy stając przed kamerą, ma za zadanie koncentrować ich uwagę. Ale my z Agnieszką w tej walce nie stoimy naprzeciw siebie, tylko się wspieramy. Może jest nam łatwiej, bo się kochamy?

Twoja żona zajmuje się głównie dubbingiem.

 - Jest jedną z najlepszych dubbingowych aktorek w naszym kraju. Widziałem ją kilka razy przy pracy. Robi to oszałamiające wrażenie. Jeśli rozpuścisz wici wśród nastolatek, to będą wiedziały o kim mowa, bo Agnieszka jest np. głosem Zendayi - jednej z głównych aktorek Disneya. Kiedy się spotykamy z naszymi małymi kuzynkami i Agnieszka opowiada o tym, czym się zajmuje, prowadzi to do zabawnych sytuacji. Bardzo trudno jest udowodnić koleżankom, że ta osoba, z którą masz selfie, to twoja ciocia i do tego "głos" ich idolki. Ale są sposoby, zapewniam cię.

Małżeństwo zmieniło coś w twoim życiu?

  - Tak, połączyło moje życie z drugim człowiekiem. "Nie są więc już dwojgiem ludzi, lecz jednym ciałem!". Podchodzimy do tego serio.

Co pomyślałeś, kiedy po raz pierwszy zobaczyłeś Agnieszkę?

  - "Fajna laska, fajnie się z nią gada". Byłem wtedy na studiach, stąd ta językowa nonszalancja. To była miłość od pierwszego wejrzenia? Tamto spotkanie doprowadziło nas do dzisiaj, więc... tak (śmiech).

Romantyk?

  - Tak, jeśli romantyzm rozumiemy jako pełen ironii, metafizyczny stosunek do świata.

Tak rozumie go twój bohater w filmie "Słaba płeć?". Grasz tam czarny charakter.

  - Powiedziałbym, że brązowy (śmiech). Ryszard jest po prostu kreatywnym, ambitnym, elastycznym facetem.

Film opowiada o pokoleniu współczesnych 30- latków, dla których liczy się głównie kariera.

 - To jest świat, w którym wszyscy żyjemy. Czasami siadamy z żoną przed komputerem i robimy sobie youtube’owe wspominki. Oglądamy to, co nas fascynowało w dzieciństwie i młodości. Przedwczoraj wzięło nas na czołówki i fragmenty seriali z lat 90. i zobaczyliśmy, że dziś realizujemy w Polsce wizję świata, którą nam wtedy pokazywano. Marzyliśmy i dążyliśmy do tego, co widzieliśmy w serialach "Beverly Hills 90210", "Na wariackich papierach", "Mac- Gyver", "Murphy Brown" czy "Pełna chata". To był niedościgniony wzór amerykańskiego kapitalizmu. Korporacje, domy towarowe, gadżety, nowoczesny wystrój wnętrz - u nas tego wszystkiego nie było. Dziś nasz świat dogonił tamten. Nasze wnętrza też już niczym się nie różnią od wnętrz, które kiedyś z takim zachwytem obserwowaliśmy. To dlatego ten korpoświat mnie nie przeraża. Bo korporacja sama w sobie jest kwintesencją rzeczywistości. Obserwując ją, widzimy w pigułce system, w którym żyjemy.

Twój bohater robi karierę na skróty. Ty długo walczyłeś, by zostać aktorem. Nie poddałeś się, gdy nie dostawałeś się do szkoły, a jednocześnie zawsze podkreślałeś, że wierzysz w przeznaczenie. To się nie gryzie? Nie uznałeś, że skoro cię nie przyjęli, jest to znak?

  - Ja po prostu wierzę, że rzeczywistość nas woła. Nie byłem w stanie zaplanować momentu narodzin, więc wierzę w to, że planowanie czegokolwiek innego ma podobny sens.

Ale zaplanowałeś, że zostaniesz aktorem.

 - Dałem sobie szansę.

Jak widzisz swoją przyszłość? Kogo grasz?

  - Bonda, Jamesa Bonda! (śmiech)

Bierzesz udział w zagranicznych castingach?

 - Zdarza się, że dostaję zaproszenie na takie spotkanie. Ostatnio otrzymałem propozycję pracy przy filmie o Marii Curie Skłodowskiej. Udało się i zagrałem Einsteina. W międzynarodowej produkcji zagrałem Niemca mówiącego po francusku.

Jak się czułeś w jego skórze?

  - Fantastycznie. Nawet udawanie takiej postaci daje posmak mądrości. Wyobraź sobie przez chwilę być Einsteinem. Odbyłem niesamowitą podróż w czasie. Fabuła filmu osadzona jest w czasie, gdy Einstein jeszcze nie miał Nobla, dopiero stworzył teorię względności. Jeszcze nie cieszył się wielkim uznaniem. A w życiu Marii Curie był... epizodystą.

Za granicą coraz częściej grają też młodzi polscy aktorzy. Czujesz ich oddech na karku?

  - Od początku im kibicuję. Poznałem ich jeszcze w szkole, z każdym z nich już grałem, cenię ich i lubię. Mieliśmy też parę fajnych prywatnych spotkań. Nie widzę powodu, by rywalizować, zwłaszcza że w pracy działamy razem, gramy do jednej bramki. Im lepiej gra partner, tym lepiej gram ja. To energia naszej wspólnej gry trafia do ludzi. Robert Lewandowski, któremu nikt nie poda piłki, nie strzeli żadnej bramki.

Masz kompleksy?

  - Mam poczucie, że jestem bardzo niedoskonały w stosunku do tego, jaki mógłbym być. Kompleksy stoją na straży tego, by fałszywie rozbuchane ego nie pomyślało, że jest ideałem.

Próżność jest chyba częsta wśród aktorów.

 - Tak, bo kiedy uwierzysz, że te kilka osób pod różnymi nickami wpisujących komentarze to cały internet, a internet to cały świat, łatwo popaść w próżność. Wtedy warto pomyśleć, że w Polsce dostęp do internetu ma 60 proc. ludzi, z czego tylko 30 proc. korzysta z niego codziennie, z nich kulturą interesuje się 10 proc., a z tych tylko co setny jest tak aktywny, żeby doczytać komentowany artykuł do końca, a co dopiero taki komentarz napisać.

Odczuwasz, że podobasz się kobietom?

  - Czasem spotykam się z pozytywną reakcją. Traktuję to jako przyjemny element bycia człowiekiem. Sam spotykam ludzi, z którymi jest mi przyjemnie pobyć. Ale nie wiem, czy o to pytasz.

Pytam, czy kobiety cię podrywają, zaczepiają.

 - To nie, ale spotykam się z pozytywnymi reakcjami kobiet, które kojarzą mnie z ekranu. Patrzą na mnie przez pryzmat moich postaci. I to one im się podobają.

Lekcja, jaką odebrałeś w dzieciństwie?

 - Żeby być ciekawym świata i ludzi. Obserwowałem rodziców i dziadków i widziałem, że oni mieli te dwie cechy. One były motorem ich działań.

Masz autorytet?

 - Świadomość. Byt, który przenika wszystko, który jest poza i ponad czasem. Przybiera różne nazwy.

Jesteś religijny?

  - Wiem, że jest niewidzialne i że działa.

Kiedy ostatnio byłeś z siebie dumny?

 - Przed sekundą (śmiech).

Słyszałam, że miałeś trudną sytuację w programie "Gwiazdy w karetce".

  - To był interesujący projekt. Bardzo jestem ciekaw jego efektów. Zgodziłem się, bo nie musiałem w nim robić niczego innego niż to, czym zazwyczaj się zajmuję, czyli przygotowywanie się do roli. Tym razem była to rola ratownika. Jeździłem, obserwowałem, uczestniczyłem w zdarzeniach, zadawałem pytania. Byłem na kilkunastu wezwaniach. Każde było ciekawe, bo dotyczyło ludzkiego życia. Spotykasz człowieka, który nie widzi dla siebie innej szansy jak wezwanie pomocy. To bardzo mocny moment w życiu. Znajdujesz się nagle obok kogoś, kto myśli o śmierci, nawet jeśli za chwilę ból przechodzi.

Przez to doświadczenie zacząłeś o niej myśleć?

 - Tak, myślę o śmierci. Myślę o niej tak często, jak o swoich narodzinach. Dwie tajemnice z których jednej już doświadczyliśmy, a drugiej na pewno doświadczymy. To będzie chwila z pewnością ciekawa, aczkolwiek nie na tyle, żebym miał chęć ją przyspieszać (śmiech).

Na swoim profilu na Instagramie zamieszczasz sporo zdjęć. Fotografowanie to twoja pasja?

  - Tak, traktuję Instagram jako fotopamiętnik. Cały czas robię mnóstwo zdjęć i nagrań. Lubię uwieczniać chwile. Grałem kiedyś w serbskim filmie z 15-letnią aktorką. Rozmawialiśmy sobie na planie. Powiedziała: "Jak ja żałuję, że nie żyłam w tamtych czasach, kiedy nie było telefonów i internetu". Mówiła o latach 90.! Nagle mnie uderzyło, że dla kogoś lata 90. to są "tamte czasy" (śmiech). Dawno dawno temu, przed początkiem świata. Ja mam 35 lat. Dla dorosłych ludzi mających dziś 18 lat moja młodość to już prehistoria.

Masz już ten wymarzony dom, w którym stanie maszyna do szycia?

  - Domu jeszcze nie ma, wszystko w swoim czasie, pracujemy nad tym (śmiech).

Planujecie już powiększenie rodziny?

 - Ten temat jest... otwarty (śmiech).

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje