Trafiłam na ideał mężczyzny

Jak udaje jej się uniknąć nudy po 25 latach związku? Dlaczego w jej życiu tak ważna jest wiara? Gwiazda „Rancza” zdradza też, z jakiego powodu czeka na 50. urodziny.

Niewiele o pani wiadomo. Chyba jest pani dość tajemniczą osobą.

Reklama

Dorota Chotecka: - Tak mówi mój mąż. Faktycznie coś w tym jest. Mam sporo znajomych, ale niewiele osób dopuszczam do tego, jaka jestem naprawdę. Wiele rzeczy o sobie zachowuję tylko dla siebie i Radka. On wie o mnie najwięcej. Jest moim prawdziwym przyjacielem, który o mnie bardzo dba i przed którym niczego nie kryję.

Od ponad 25 lat tworzycie udany związek.

- Chyba trafiłam na drugą połówkę, za co jestem niezwykle wdzięczna losowi. Kiedy słucham koleżanek, które narzekają na mężów, myślę, że mój jest ideałem. Nie chodzi o to, że jest pozbawiony wad, bo ma ich trochę (śmiech). Jednak on potrafi nad nimi pracować. Poza tym jest przyjacielski, kochający, uczciwy, ale też wymagający wobec mnie. To nie są ciepłe kluchy! Naprawdę spotkało mnie w życiu wielkie szczęście i nie wiem, czy w związku z tym mam jeszcze do czegoś prawo. Mąż jest moim partnerem i przyjacielem, ale przede wszystkim największą miłością mojego życia. Im dalej w las, tym mam wrażenie, że bardziej go kocham i widzę, że on mnie też. Odczuwam to na co dzień.

Co panią w nim ujęło?

- Pierwsza rzecz, na którą zwraca się uwagę, to oczywiście wygląd. Radek był i jest bardzo przystojnym mężczyzną. Wysoki, szczupły, także dziś mimo swoich 46 lat jest bardzo atrakcyjny - szpakowaty, postawny i męski. Kiedy byliśmy ostatnio w Mediolanie, podszedł do nas pan i zachwycony Radkiem zapytał, czy nie zechciałby zostać modelem Calvina Kleina! A do tego wszystkiego mój mąż ma wspaniały charakter - jest ciepły i ujmujący. Potrafi słuchać, co dla kobiety jest oczywiście ważne. Nie mam więc czego się czepiać. Bardzo dbamy o swoją miłość, o swoje partnerstwo. Choć też nie jest tak, że spijamy sobie z dzióbków. Czasami się kłócimy.

Jak pielęgnujecie uczucie?

- Nie przekraczamy pewnych granic. Jesteśmy tyle lat razem, że je wyczuwamy. Wiem, kiedy chce mieć czas dla siebie i wtedy mu go daję. I odwrotnie. Ale bardzo lubimy ze sobą przebywać. A kiedy już się na chwilę rozstajemy, to lubimy powroty.

Radosław podoba się kobietom?

- Bardzo! A ja kiedyś byłam z tego powodu potwornie zazdrosna. To dlatego, że kobiety często próbowały go uwieść na moich oczach! Nie wyobraża sobie pani, jak go czarowały. To było nie do wytrzymania dla normalnej partnerki. Kobiety potrafią być bezwzględne i grać ostro. Ale teraz już nie jestem zazdrosna.

Już się za nim nie oglądają?

- A skąd! Jeszcze bardziej, bo z wiekiem nabrał szlachetności. Do tego jest szarmancki, dobrze wychowany. Ale dziś fakt, że Radek tak się podoba, sprawia mi przyjemność. Może to przychodzi z wiekiem? Nie wiem, ale czerpię z tego radość. Jestem go pewna. Nie muszę być więc strasznie zazdrosna, choć taka nutka zazdrości od czasu do czasu też fajnie robi związkowi.

Mąż jest młodszy od pani o cztery lata. Odczuwa pani tę różnicę?

- Nie. Oczywiście mężczyzna później dojrzewa, ale on odkąd pamiętam, miał w sobie tę dojrzałość. Czasem czuję się przy nim jak nastolatka. To piękne.

Lubicie razem pracować?

- Powiem inaczej - w ogóle mi to nie przeszkadza. Kiedy już się to zdarza, idę do pracy jak z kolegą z planu. A na planie po prostu robimy swoje. W pracy nawet go nie zauważam, a już na pewno nie traktuję jak męża. Nagle zamienia się w kolegę z pracy.

Parą jesteście od 25 lat, ale ślub wzięliście 11 lat temu. I teraz początek związku datujecie właśnie na ślub kościelny. Co ten ślub zmienił w waszym związku?

- Dla katolików to jest zasadnicza zmiana. Po ślubie odczułam wielkie bezpieczeństwo. Pamiętam, że na naszym ślubie ksiądz powiedział, że od tej chwili, jeśli będziemy o coś prosić Boga, powinniśmy prosić w imię naszej miłości, a on nas wysłucha. I do tej pory się nie zawiodłam. Czuję, że mam się do kogo zwrócić. W związku różnie bywa, a tu ktoś jeszcze jest z nami. Ktoś, kto to wszystko trzyma.

Związek scala też dziecko. Jaka jest wasza córka?

- Nie mówię o niej bez niej, dlatego powiem tylko tyle, że jest największym skarbem, cudem, który nas spotkał w życiu. Ona zmieniła moje życie. Pozwoliła mi poczuć pełnię człowieczeństwa i pełnię kobiecości.

Wyznała pani kiedyś, że nie od razu czuła instynkt macierzyński.

- Poczułam go w wieku 38 lat (śmiech). Wcześniej wszyscy mi mówili, że powinnam mieć dziecko, ale ja tego nie czułam. Mówię to uczciwie. Nie czułam nawet, że mogłabym być mamą. Podobało mi się moje życie. Ale w pewnym momencie coś się zmieniło. To było po wypadku Radka. Nagle spotkało mnie wielkie nieszczęście i zobaczyłam nasze życie z innej strony. Bezsensowne uganianie się za karierą, rolami, pieniędzmi... Oczywiście to też jest ważne. Ale zdałam sobie sprawę, że w tym wszystkim zabrakło nas. Miałam przed oczyma człowieka, który odchodzi i pomyślałam, że gdyby go zabrakło, to przynajmniej miałabym dziecko. A tak mogę zostać sama. "Co myśmy zrobili", pomyślałam i w tym momencie nagle poczułam instynkt macierzyński. Zrozumiałam, że chcę mieć dziecko. Teraz, natychmiast. Po czym oczywiście się okazało, że to wcale nie jest takie łatwe. Nie od razu udało mi się zajść w ciążę.

Odrzuciliście metodę in vitro ze względu na wiarę?

- Jesteśmy osobami wierzącymi, więc w ogóle do głowy nam to nie przyszło. Nie zastanawiałam się nad taką opcją. Tak bardzo wierzyłam, że zajdę w ciążę i będę miała dziecko, że nawet o tym nie pomyślałam.

Wiara od zawsze była tak ważna w pani życiu?

- Była i jest bardzo ważna. Nie jest tak, że doznałam nagle jakiegoś objawienia. Pochodzę z rodziny katolickiej. Jako małe dziecko bardzo dużo przebywałam z siostrami zakonnymi - chodziłam do nich na obiady. Do tej pory się z nimi przyjaźnię. Dziś zwrócenie się do Boga w trudnych sytuacjach przychodzi mi z łatwością. Mam poczucie, że wtedy to jedyne wyjście. Bo do kogo mam się zwrócić? Nikt mi nie pomoże. To jedyna instancja wyższa, która może mi pomóc. Ale zwracam się do Boga nie tylko z prośbą. Z buntem, z podziękowaniem też. Wiara pomaga. Jestem bardzo wdzięczna za łaskę wiary, bo nie każdy ją ma.

Co pani daje szczęście?

- Wszystko! Nawet jeśli coś mnie nie cieszy, cieszę się, że mnie nie cieszy (śmiech). Chodzi mi o to, że nawet gdy jestem smutna, z czymś się zmagam czy mam chandrę, za chwilę myślę sobie "Boże, jak to dobrze, że ja mam tylko takie głupawe problemy i tylko z nimi się muszę uporać". Takie jest życie, zmagamy się i cieszymy się. Cieszy mnie, że jestem zdrowa, bo reszta jakoś się ułoży, na resztę zapracuję.

Często zdarza się pani płakać? W jakich sytuacjach się to dzieje?

- Oj często, bo jestem płaczek. Radek czasem ma mnie dosyć z tym płaczem. Płaczę z różnych powodów - ze złości, bezradności, ze wzruszenia. Ale to dobry, oczyszczający płacz. Dobrze się potem czuję. Płacz jest potrzebny.

Jak widzi pani swoją karierę za dziesięć lat?

- Kompletnie się nad tym nie zastanawiam. Każdy z aktorów bardzo lubi swoją pracę. I każdy by chciał ten zawód jak najdłużej uprawiać. Jest mi dobrze w tym, co jest. Gram w "Ranczu", jednym z najpopularniejszych seriali, a wcześniej w "Miodowych latach" i "13 posterunku" - same hity! Chyba mam do nich szczęście. Jeśli dostanę propozycję, to się nad nią pochylę, a jeśli nie dostanę, w porządku, mam się czym zająć w międzyczasie. Bo ten zawód taki już jest, że raz propozycja jest, a raz nie. Jest też walka, są układy i koterie, podobasz się albo nie. Wciąż jesteśmy narażeni na ocenę i od nas nic nie zależy. To, czy ktoś nas wybierze, to łut szczęścia. Są aktorki, które mają mężów reżyserów albo producentów. I grają, choć nie chcę tego oceniać. Faktem jest jedno - nie chciałabym teraz zaczynać kariery. Współczuję młodym ludziom. Przebić się przez to wszystko z pewnością nie jest łatwo.

Kiedy pani zaczynała, nie było internetu ani portali plotkarskich. A gwiazd nie wyśmiewano, tylko noszono na rękach.

- Tak było. Dziś nawet te aktorki z najwyższej półki wciąż przypominają o sobie w internecie. Takie są czasy. Tego rodzaju promocja jest wpisana w nasz zawód. Uważam, że wszystko można, tylko warto to wyważyć. Chodzić na bankiety też można, choć ja tego nie robię. Iść gdzieś, bo jest promocja kremu? Szkoda mi czasu. Wydaje mi się też, że warto być odważnym. Bo każdemu zdarzy się zagrać w gorszym filmie czy serialu. Wtedy warto odważnie podnieść czoło i zmierzyć się z tym. Nie ma co udawać, że tego nie było. Bardzo lubię słowo "przepraszam" i go używam.

Jest coś, czego się pani wstydzi, czego żałuje, czego dzisiaj by pani nie zrobiła?

- Na przykład rozbieranej sesji w "Playboyu". To było 20 lat temu. Ktoś mógłby powiedzieć: "Taka wierząca, a to zrobiła". Ale ja niczego nie udawałam. Wtedy chciałam to zrobić. Pozowaliśmy z Radkiem i wydawało nam się to fajne, a teraz oboje uważamy, że to było głupie (śmiech). I głośno o tym mówię. Byliśmy młodzi, więc kwota, którą za to dostaliśmy, bardzo nam się przydała. Ale dziś, z tą mądrością życiową, która teraz mam, wiem, że bym tego już nie zrobiła. Człowiek uczy się na błędach. Ale wyglądałam świetnie. I to bez Photoshopa! 

Jaką kobietą jest pani dzisiaj?

- Jestem kobietą szczęśliwą. Dobrze mi w swojej skórze.

Boi się pani 50. urodzin?

- W ogóle. Mimo że słyszę od koleżanek, że po 50. to to, czy tamto... Nie wierzę. Życie toczy się dalej. Wierzę, że zawodowo wszystko dopiero przede mną. Czekają na mnie superrole. A dla najbliższych i tak jestem najpiękniejsza.

Dba pani o swój wygląd?

- Od dawna. Początkowo powód był taki, że chciałam dobrze wyglądać ze względu na mój zawód. On tego po prostu wymaga. Zdrowe odżywianie, nietycie, bieganie - wszystko to robiłam z myślą o swoim wyglądzie. W tej chwili wygląd jest drugorzędny. Jak pani widzi, mam dobra figurę i zdrową cerę. A widzi mnie pani bez make-upu, w dodatku po czterech godzinach na scenie. I mam prawie 50 lat. Dziś ćwiczę i dobrze się odżywiam przede wszystkim z myślą o zdrowiu. Czuję się świetnie. Stan ducha mam super, a to mi pomaga w funkcjonowaniu, daje radość z drobnych rzeczy. Jestem szczęśliwa tu i teraz.

Często pani ćwiczy?

- Bardzo to lubię. Często ćwiczę z córką. Moje 8-letnie dziecko jest typem sportowca. Surfuje, pływa, biega - jakiego sportu nie spróbuje, świetnie jej wychodzi. Pewnie ma to po tacie, zapalonym piłkarzu. Grał wspaniale. Był nawet głównym pomocnikiem rozgrywającego w drugoligowej Stali Niewiadów. Cała nasza rodzina lubi sport. Mąż zaraził mnie bieganiem. Całą trójką biegamy trzy razy w tygodniu do pół godziny. To marszobieg. Bardzo to lubimy. Co niedzielę też pływamy. Oprócz tego dwa razy w tygodniu chodzę z córką na zumbę. Mieszkamy blisko Otrębus w Podkowie Leśnej, gdzie ma swoją siedzibę zespół Mazowsze. Instruktorzy prowadzą fantastyczne zajęcia taneczne. Balet, taniec ludowy (córka chodzi już cztery lata), no i zumba. Taki taniec połączony z fitnessem to rewelacja. Klara jest jedną z najlepszych, a już na pewno dużo lepsza niż ja, ale nie przejmuję się tym (śmiech).

Ze względu na córkę wzięła pani udział w akcji "Jem drugie śniadanie"? 

- Tak, bo byłam innowatorką w szkole mojej córki, ponieważ jako jedna z pierwszych mam dawałam dziecku cały obiad. Pierwsze i drugie danie plus drugie śniadanie. To spory wysiłek dla rodzica, ale da się. I moja córka zjada wszystko to, co dostaje, z jednego powodu - bo to jest pyszne. Ona potrzebuje energii, bez niej byłaby ospała. Nie chciałabym, żeby jadła bułę, którą owszem, zapcha się, ale która nie dostarczy organizmowi wartości odżywczych. A jeśli zje to, co jej przygotuję, sama mówi, że widzi różnicę. Kupiliśmy jej śmieszne pudełka na lunch. Sama je sobie przyozdobiła. Teraz ma pojemnik z akcji "Jem drugie śniadanie" i wszystkie dzieci z jej szkoły też teraz taki chcą. Cieszę się i jestem dumna z tego, że sporo dzieci się tym zaraziło w szkole. To naprawdę fajna kampania. Jestem szczęśliwa, że akurat do mnie się zwrócono, bo coś takiego od dawna mi chodziło po głowie.

Przygotowywanie tych zdrowych posiłków musi być czasochłonne.

- To nie jest tak, że stoję i gotuję. To jest 15 minut łącznie z obiadem. Ja, tak jak wiele innych mam, nie mam czasu, by spędzać godziny nad garnkami. Można przygotować dobry i wartościowy posiłek w 20 minut. Zapewniam.

A co pani dzisiaj jadła?

Na śniadanie sałatkę owocową. Zawsze tak zaczynam dzień. Dwie godziny później na drugie śniadanie zjadłam chleb żytni, który sama piekę, z sałatą i jajkiem na miękko. Wypiłam zieloną herbatę. Nie piję kawy ani czarnej herbaty. Wie pani, w pewnym wieku człowiek zastanawia się nad tym, co jest ważne w życiu. I dochodzi do wniosku, że jeśli nie będzie zdrowia, to niczego nie będzie. Karierę mogę mieć, pieniądze zarobię, ale zdrowia mi nikt nie da. Warto więc nad tym popracować. Kiedy poukładamy sobie te rzeczy, czerpiemy z życia więcej przyjemności.

Kiedy ostatnio pomyślała pani: "O Boże, ale jestem szczęśliwa"?

- A długo już rozmawiamy? Cały czas jestem szczęśliwa - bo się spotkałyśmy, bo jemy dobre jedzonko, a chwilę wcześniej poczułam się szczęśliwa, bo fajnie mi się pracowało na scenie. Mam teraz próby do spektaklu "Przekręt (nie) doskonały" w teatrze Capitol. Jeszcze wcześniej byłam szczęśliwa, bo odwiozłam Klarę do szkoły i fajnie pogadałyśmy, a potem spotkałam się z jej nauczycielką i kolegami.

Taka radość życia przyszła z wiekiem?

- To życie przynosi. Uważam, że w trudnych życiowych momentach zawsze mamy dwa wyjścia - albo się poddać smutkowi, albo coś z niego wyciągnąć. I ja jestem zwolenniczką tej drugiej opcji. Nawet ze złej rzeczy można wziąć coś dobrego. Nie jest to łatwe, czasem bardzo trudne. Nigdy nie zapomnę wypadku Radka. On walczył wtedy o życie. Było naprawdę ciężko. A jednak gdzieś tam głęboko wierzyłam, że wszystko dobrze się skończy. Bo w takich sytuacjach można się załamać, zbuntować albo iść dalej. Ja wolę iść dalej.

Justyna Kasprzak

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje