Bronisław Cieślak: Tylko nie kultowy!

Rola porucznika Sławomira Borewicza zapewniła mu telewizyjną nieśmiertelność, ale ma do niej wielki dystans. Prawie etnograf, dziennikarz, aktor, poseł, showman, wreszcie – emeryt. Z dużą dawką autoironii.

"Siedzę na wsi i patrzę na postępującą jesień, także na tę swoją. Lubię taką piosenkę Maryli Rodowicz: »Choć to życia, psia mać, popołudnie, jest cudnie, jest cudnie«", mówi SHOW Bronisław Cieślak (74).

Reklama

Trochę dziwi się, że on, aktor-naturszczyk, gwiazdor zrekonstruowanego właśnie cyfrowo "07 zgłoś się", jest wciąż dla dziennikarzy interesujący. Do serialu podchodzi z ogromnym dystansem i nienawidzi, gdy nazywa się go kultowym ("Bo kultowa to jest w Polsce Matka Boska Częstochowska"). Jeszcze bardziej irytuje go, gdy o Borewiczu mówi się "polski Bond".

"Dziennikarze piszący o »07 zgłoś się« uważają chyba, że to określenie jest nobilitujące i że powinienem być cały happy. A ja, dysponując dobrą pamięcią, muszę powiedzieć, że bylibyśmy ze Szmagierem idiotami, gdybyśmy chcieli w tych przaśnych peerelowskich czasach ścigać się z legendą agenta Jej Królewskiej Mości. 07 to po prostu numer ówczesnego pogotowia milicji, a nie aluzja do Bonda", ironizuje gwiazdor.

Krępujące sceny

Był dziennikarzem (z nieskończonymi studiami etnograficznymi na Uniwersytecie Jagiellońskim), pracował w krakowskim radiu, potem w telewizji. "Mój mistrz genialny, nieżyjący już radiowiec Jacek Stwora, mówił mi, że jeśli chcę się czegoś o życiu dowiedzieć, to mam chodzić nie po plenach KC, tylko po izbach wytrzeźwień, nocnych dyżurach pogotowia, targach i bazarach", wspomina Cieślak. Występy telewizyjne zaowocowały angażem do produkcji "Znaki szczególne", którą obejrzał m.in. Krzysztof Szmagier, przygotowujący się właśnie do pracy nad serialem o milicjancie odbiegającym od stereotypu ówczesnego stróża prawa.

"Szmagier przyjechał do mnie do Krakowa, nie uprzedzając o tej wizycie", wspomina Bronisław Cieślak pierwsze spotkanie z reżyserem. "Zadzwonił do drzwi, pies narobił hałasu, było rano, otworzyłem w piżamie, a on mówi: »Nazywam się Krzysztof Szmagier«. I zamilkł, cały Krzyś", wspominał zmarłego przyjaciela.

Świeżo upieczony aktor zgodził się zagrać Sławomira Borewicza, wykształconego, inteligentnego milicjanta po studiach prawniczych. Praca okazała się wyzwaniem - Cieślak cierpiał podczas scen erotycznych, był niemal sparaliżowany wstydem. Podobały mu się za to teksty, którymi mówili bohaterowie - nie były wydumane, tylko do bólu realistyczne.

"Dialogi były kradzione po prostu. Szmagier nie był tak dobrym scenarzystą, żeby przy biurku, w świetle lampki nocnej wymyślać takie ksywki-odzywki. Kiedy go poznałem, szybko znaleźliśmy płaszczyznę porozumienia, głównie dlatego, że on był wtedy dokumentalistą, choć z fabularnym »Psem Cywilem« za sobą", opowiada aktor i podkreśla, że najbardziej lubił odcinki, w których pokazywany jest klimat brudnej biednej prowincji, melin, spelunek. "Wolałem je, bo w niektórych odcinkach, szczególnie pod koniec, Szmagiera zagryzł snobizm i sprowadzał polonijnych policjantów z Chicago. Morderca, którego grał Marcin Troński, przyjechał z Włoch. Tego nie lubiłem", dodaje.

Autobiografii nie będzie

Serial przyniósł mu sławę, uznanie, kolejne role. Szmagier myślał też o kontynuacji serialu w III RP, już po weryfikacji Borewicza, oczywiście pozytywnej, ale nic z tego nie wyszło. Cieślak zajął się na chwilę polityką, potem występował w serialu "Malanowski i partnerzy", w którym był trochę Borewiczem na emeryturze. Dziś ma dość show- -biznesu. Daje namawiać się na rozmowy, spotkania, ale stanowczo wzbrania się przed napisaniem autobiografii.

"Jestem człowiekiem głęboko na aucie. Namawiają mnie, żebym napisał książkę, ale miażdżąca większość biografii mi się nie podoba, bo jest w nich albo megalomania albo skromnisiostwo. Myślę więc, że odpłynę z tego łez padołu nie napisawszy takiej książki", mówi Cieślak.

Katarzyna Jaraczewska

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje