Jak zrównoważyć życie?

W świecie, w którym na wyciągnięcie ręki możemy mieć praktycznie wszystko, powiedzenie, że mniej znaczy więcej, jeszcze nigdy nie było tak na czasie. Kupujemy za dużo ubrań, jemy za dużo pożywienia, za dużo pracujemy. I, zwykle, nie jesteśmy przez to szczęśliwsi.

Tony niepotrzebnych ubrań

- Kupujcie mniej ubrań. Mniej, ale lepszej jakości. Zdaję sobie sprawę z tego, że ja jestem uprzywilejowana i mnie jest łatwiej coś takiego powiedzieć. Jeżeli czegoś nie potrzebuję, to po prostu to pożyczam - mówiła na londyńskim Fashion Weeku, we wrześniu 2013 roku, Vivienne Westwood. - Zamiast sześciu rzeczy, kupcie jedną, ale taką, która naprawdę wam się podoba - podkreślała ekscentryczna projektantka mody. W myśl powiedzenia: "Kto bogatemu zabroni?" Bo czyż to nie sabotaż własnej kolekcji, pytali dziennikarze. Westwood odparła, że moda jest już dla niej przede wszystkim środkiem do wyrażania manifestów społecznych. 

Reklama

Dziennikarka Lucy Siegle, w 2011 roku obliczyła, że przeciętna kobieta rocznie kupuje ubrania o równowartości kilogramowej połowy swojej wagi, w szafie ma przeciętnie 20 części garderoby, których nigdy nie założy, a jej szafa jest cztery razy większa, niż kobiety w roku 1980. Nietrudno w to uwierzyć, kiedy zdamy sobie sprawę, że duża sieciówka produkuje rocznie około pół miliarda ubrań, a nową kolekcję wprowadza do sklepów średnio co 14 dni.

Siegle obliczyła, że przeciętna Brytyjka wyda na ubrania średnio 134 tys. funtów w ciągu swojego życia. Te i inne odkrycia opublikowała w książce "To Die For: Is Fashion Wearing Out the World?" Obliczenia dziennikarki poparte są badaniami, które przeprowadzili badacze z Uniwersytetu w Cambridge, dotyczyły one m.in. importu tekstyliów.

- Problemem jest fakt, że zasoby naszej planety są ograniczone, z czego bardzo mało osób zdaje sobie sprawę i w ogóle się tym przejmuje. Choćby pól pod uprawę bawełny będzie coraz mniej, a my to eksploatujemy teraz w niewyobrażalnych ilościach. Może warto zastanowić się nad tym, że trzeba produkować mniej, ale lepiej - mówi Maria Huma, z polskiego oddziału Clean Clothes Campaign (CCC), organizacji, która walczy o zmiany w przemyśle odzieżowym.

Lucy Siegle zwraca uwagę na jeszcze jeden bardzo ważny aspekt. O ile do tej pory przeciętna kobieta czerpała dla siebie wzorce z czerwonego dywanu, o tyle równie ważne stały się dla niej stylizacje gwiazd poza oficjalnymi okazjami, czyli te na co dzień. To młyn na wodę dla firm odzieżowych. Kwintesencją tego trendu jest z pewnością rozwinięcie skrótu nazwy firmy Asos - As Seen On Screen.

Etyka na wieszakach

- Ciężko sprowadzać problem ubrań do prostego pytania: "Czy etycznie jest kupować w sieciówce"? - odpowiada Maria Huma. - Staramy się nie mówić konsumentom, co i jak mają kupować, a raczej pokazać alternatywy i to, że można inaczej. Na pewno zwracamy uwagę na fakt, że kupowanie ubrań wiąże się z takimi zagadnieniami, jak: ochrona środowiska, prawa człowieka czy prawa pracownika. Ostatnio bardzo wyraźnie dotarło do konsumentów to, jak powstają ubrania, które sprzedawane są w sieciówkach. Proces ich produkcji jest scentralizowany, one przyjeżdżają do nas z bardzo daleka i tu pojawia się kwestia ekologii. To jest pierwszy krok do tego, żeby się zastanowić, na ile sens mają szybkie zakupy, coś, co określiłabym "szybką modą" - podkreśla działaczka CCC.

Niby wiemy, że "chińszczyzna", że ubrania zostały wyprodukowane w Azji i koszulka za 20 zł niekoniecznie przetrwa kolejne pranie, ale szerokim echem w polskich mediach odbiła się tragedia w Bangladeszu, podczas której zginęło 1138 pracowników, a ponad 2000 zostało rannych w fabryce Rana Plaza. Ubrania w niej szyła firma LPP, właściciel takich marek jak Cropp, Reserved, Mohito czy House.

- Oczywiście, wcześniej dochodziło do incydentów, ale ta tragedia była tak duża, że media nie mogły jej przemilczeć, a i do konsumentów coś dotarło. Za taką sytuację powinny wziąć odpowiedzialność najbogatsze państwa zachodnie i wywierać takie naciski na wielkie korporacje, aby sposób produkcji ubrań, a tym samym sytuacja ludzi, którzy pracują w fabrykach, się zmieniły. Miejsca pracy w fabrykach produkujących dla sieciówek nie są tworzone w sposób zrównoważony, ani sensowny. To jest wyzysk. Państwa, w których lokuje się fabryki dla sieciówek, to często takie, które są na dorobku, często skorumpowane. Już nawet nie chodzi o wskazanie winnego w przypadku tego zawalonego budynku, ale o to, żeby polepszyć warunki pracy w przyszłości - informuje przedstawicielka Clean Clothes Campaign. 

Mniej i lepiej

Przekaz, który idzie od ludzi związanych z modą oraz przedstawicieli NGOs, jest jasny. Warto się zastanowić czy nie lepiej kupować mniej, lepszej jakość i wyprodukowanych, np. w Polsce lub też niedaleko nas, ubrań. Czy nie lepiej kupić jedną rzecz, ale od polskiego, młodego projektanta.

- Kwestie etyczne przy tym zagadnieniu są bardziej skomplikowane, bowiem ludzie w Azji są uzależnieni od tego, że my te ubrania kupujemy. Oni dzięki temu mają pracę. Z drugiej strony, ta praca jest słabo płatna, jest ciężka, no, ale jest - podkreśla Huma.

Na czym skupia się działalność Clean Clothes Campaign? Po pierwsze nacisk i kampanie skierowane do firm.

- Należy zaznaczyć, że nie są to kampanie bojkotujące dane marki. Jeżeli to są kampanie skierowane np. do HM czy Zary, to nie mówimy: ta firma jest zła, a inna jest lepsza. Nasz przekaz jest taki: "Trzeba naciskać na tę firmę, gdyż warto, żeby się poprawiła". Konsumenci, organizacje pozarządowe, mają taką moc i sporo rzeczy na przestrzeni ostatnich 20 lat już się zmieniło na lepsze. Często działania, które podejmujemy, nie wychodzą poza naszą wewnętrzna aktywność, np. rozmowy, mediacje. Ale często też dochodzi do kampanii i wtedy prosimy o pomoc konsumentów. Prosimy o to, żeby wysyłali listy, podpisywali petycje. Inną formą działań są rozmowy ze związkami, pracownikami, poprzez które staramy się wypracować konkretne rozwiązania, porozumienia, międzysektorowe układy - opisuje Maria Huma. - Takim porozumieniem jest np. porozumienie dot. bezpieczeństwa fabryk w Bangladeszu. CCC od początku była bardzo aktywna w tej kwestii, zanim w ogóle miała miejsce słynna tragedia. Przed katastrofą tylko dwie firmy weszły do tego porozumienia, były to Tchibo i THC właściciel marki Tommy Hilfiger. Te firmy widziały problem niebezpiecznych fabryk w Bangladeszu, zanim tragedia się wydarzyła.

Aktywny konsument

Co możemy zrobić? - Nie należy być biernym konsumentem. Namawiamy do podpisywania petycji, do zainteresowania, skąd dana rzecz pochodzi, gdzie została wyprodukowana. Wystarczy zapytać sprzedawcę w sklepie czy wie, w jakich warunkach dana odzież powstała. Można samodzielnie napisać do firmy, danego koncernu. Wbrew temu, co można myśleć, takie działania mają moc i firmy, pod naciskiem, w końcu decydują się na zmiany. Trzeba wybierać odzież, która z dużym prawdopodobieństwem została wyprodukowana z poszanowaniem praw człowieka, praw pracownika. Warto wybierać odzież z oznaczeniami Fair Trade czy z ekologicznej uprawy bawełny. W Polsce jeszcze 4 lata temu nikt o tym nie słyszał - mówi Maria Huma. - Przede wszystkim zalecam ograniczenie kupowania ubrań. Tak naprawdę mamy masy rzeczy, których w gruncie rzeczy nie potrzebujemy. Trzeba kupować mniej rzeczy i lepszej jakości. Warto wybrać coś, co nie musiało przebyć ogromnie długiej drogi do sklepu, coś z miejscowego zakładu odzieżowego, od polskiego projektanta, itd. Warto dać rzeczy drugie życie, poprzez zakupy w second handach.  Warto wybierać firmy, które zwracają uwagę na jakość produkcji i dobro pracownika. Można je znaleźć w bazie Ekonsument.pl/dobrezakupy - dodaje.

Globalne siecówki coraz częściej też podejmują akcje, które mają na celu pokazać ich zaangażowanie w ochronę środowiska i pozytywne zmiany w przemyśle odzieżowym. Na przykład, w siecówce H&M, w ubiegłym roku można było oddawać używane rzeczy, a w zamian dostać bon do wykorzystania w sklepie.

Przejedzony świat

We współczesnym świecie na równi z problemem głodu i niedożywienia, występuje problem przejedzenia, a co za tym idzie - marnotrawstwa jedzenia. Jak wynika z danych FAO na świecie marnuje się aż 1/3 wyprodukowanej żywności, co idzie w parze z problemem nadwagi i otyłości w krajach rozwiniętych. Szacuje się, że w Wielkiej Brytanii jest już ponad milion osób z BMI pomiędzy 40 a 50, czyli właśnie chorobliwie otyłych. Ponad 30 proc. dzieci na Wyspach cierpi na otyłość. Polska na tle Wielkiej Brytanii wcale nie wypada rewelacyjnie. Już 60 proc. społeczeństwa ma nadwagę lub jest otyła (wyniki badań Instytutu Żywności i Żywienia z czerwca 2012 - przyp. red.). Bardzo szybko gonimy kraje zachodnie w niechlubnych statystykach.

Problem otyłości przyjmuje skalę epidemii. Otyli rodzice wydają na świat dzieci, które borykać się będą z takim samym problemem. Jak wskazują badania WHO, jeden na trzech jedenastolatków w Europie jest otyły. Najwięcej otyłych jedenastolatków mieszka w Grecji, Portugalii, Irlandii i Hiszpanii. 60 proc. z tych dzieci będzie otyłych także w wieku dorosłym. Przyczyn takiej sytuacji należy upatrywać w nieodpowiedniej diecie, bogatej w tłuszcze i cukry oraz braku ruchu.

Walka z nadmiarem

W krajach, w których rząd zajął się szerzeniem edukacji w zakresie odżywiania oraz aktywności fizycznej, udało się zahamować wzrost epidemii otyłości u dzieci. Są to: Francja, Norwegia, Szwajcaria.

Według badania Eco Pulsce Shelton Group (firma koncentruje swoją działalność na zrównoważonym rozwoju), przeprowadzonego w 2012 roku na grupie 1013 Amerykanów, wyodrębniono czynności, z powodu których badani czuli się winni. Na szczycie listy znalazło się marnowanie jedzenia, a na miejscu trzecim marnowanie wody.

- Mamy jak najlepsze intencje. Wypełniamy nasze kosze w supermarkecie zdrowymi wędlinami, owocami i świeżymi warzywami. Mamy wielkie plany na gotowanie w domu przez cały tydzień. Potem okazuje się, że za długo zeszło nam w pracy, a dziecko trzeba odwieźć na kolejne zajęcia, więc w biegu łapiemy kawałek pizzy. Pod koniec tygodnia wyrzucamy zepsute jedzenie z naszej lodówki. To nie znaczy, że powinniśmy wrócić do kupowania niezdrowych mrożonych obiadów. Należy lepiej zaplanować zakupy i spróbować kupować tylko to, czego potrzebujemy i faktycznie zużywać to, co kupiliśmy - czytamy w podsumowaniu raportu.

Szacuje się, że Amerykanie marnują 40 proc. zakupionej żywności, a Brytyjczycy ok. 33 proc.

Tony żywności w koszu

Do głównych przyczyn marnotrawienia jedzenia należą: brak planowania, intensywny tryb życia, zapominalstwo, zbyt dużo jedzenia w lodówce, kompulsywne kupowanie, korzystanie tylko z niewielkiej ilości danego produktu potrzebnego do potrawy (np. łyżeczka przecieru pomidorowego), częstotliwość kupowania (zakupy raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie sprzyjają marnotrawstwu żywności), dokonywanie złych wyborów w sklepie.

Jednak marnotrawienie żywności odbywa się nie tylko w gospodarstwie domowym już po jej zakupie, czyli na końcu łańcucha pokarmowego, ale też w marketach i fabrykach je produkujących. O ile producenci, już od dawna byli zwolnieni z podatku VAT od przekazywanej bankom żywności, o tyle marketom dotychczas o wiele bardziej opłacało się żywność utylizować lub po prostu zostawiać nieopatrznie otwarte śmietniki dla bezdomnych, którzy mogli z nich korzystać. Od października 2013 roku zniesiono VAT na żywność przekazaną na cele dobroczynne. Szacowano, że dzięki temu można zyskać 600 tysięcy ton rocznie dodatkowej żywności do rozdysponowania. Jak wynika z informacji, które podał PAP pod koniec marca 2014 r., z Federacją Polskich Banków Żywności (FPBŻ) w ogólnopolskiej skali jedzeniem dzielą się tylko 2 duże sieci handlowe. - Niestety, większość sklepów nie jest zainteresowana współpracą. Dalej wolą wyrzucać żywność do kosza - mówiła Agnieszka Bielska z FPBŻ.

Na poziomie gospodarstwa domowego, aby uniknąć marnotrawstwa jedzenia, należy lepiej zorganizować lodówkę, nie kupować zbyt dużo na zapas, nie ulegać promocjom, kupować tylko to, co możemy zużyć, starać się wykorzystywać resztki.

Mniej i szczęśliwiej

Joshua Becker to pisarz i bloger, który pisze o tym, jak żyć szczęśliwie, posiadając mniej. Bloga becomingminimalist.com założył w 2008 roku. Wydał cztery książki, które przybliżają czytelnikowi temat prostoty życia. Publikacje książkowe Beckera, w których sprzedaje sekret nieskomplikowanego życia, bez nadmiaru rzeczy materialnych, sprzedały się w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy. Decyzję o zmianie stylu życia podjął w 2008 roku. Jedną z zasad, które bloger i pisarz wyznaje jest: "Own less stuff, live more free" lub "You don't need much money to live rich life".

Joshua Becker o sobie: "Spędziłem większość mojego życia na niekończącym się poszukiwaniu dóbr materialnych. I tak naprawdę nie wierzyłem, że były one kluczem do szczęścia, ale nikt, kto spojrzałby na moją książeczkę czekową, nie pomyślałby w ten sposób. Na szczęście, odbyłem rozmowę z moim sąsiadem, która zmieniła moje życie na zawsze. Natychmiast usunąłem bałagan z naszego domu i życia. W rezultacie okazało się, że rozpoczęliśmy nowe życie, skupione na wartościach, które są dla nas ważne. To podróż, która pokazała mi, że kluczem do obfitego życia jest posiadanie mniej".

Off-line

Britta Steffen to niemiecka pływaczka, która znalazła klucz do zwycięstwa, kierując się nietypowymi, jak na sportowca, zasadami. Robi przerwy, daje sobie czas na relaks, przed zawodami korzysta z prawa do lżejszego treningu, nie odmawia sobie deserów, w ważniejszych kontraktach ma zapisane prawo do popołudniowej drzemki. Kluczem do sukcesu okazało się dla niej mniej stresu i rywalizacji. Przestała postrzegać siebie przez pryzmat wyników sportowych, a pracując z psychologiem poradziła sobie ze strachem przed porażką. Uwolniła się od presji udowadniania sobie i innym swoich możliwości i właśnie wtedy zaczęła osiągać sukcesy (np. podwójne zwycięstwo podczas Igrzysk Olimpijskich w Pekinie). Nie przejmuje się też za bardzo swoim wykluczeniem cyfrowym. E-maile sprawdza po kilku dniach, a komórki zwykle ze sobą nie nosi. Britta po Igrzyskach w Pekinie została okrzyknięta jedną z największych lekkoatletek na świecie.

Przykład niemieckiej pływaczki i jej celowego, samodzielnego wykluczenia się z nieustannego bycia on-line i dostępną, porusza jeden z ważniejszych problemów współczesnego świata, w którym internet, smartfony, nieustanna wymiana informacji za pośrednictwem e-maili, zmieniają sposób naszego myślenia. Jak pisze Ulrich Schnabel w publikacji "Sztuka leniuchowania. O szczęściu nicnierobienia", postęp techniczny ze swoimi różnorodnymi opcjami i możliwościami wyboru, zamiast ułatwiać nam życie, często naraża nas na dodatkowy stres.

- Aż do lat 80. ubiegłego wieku wielość możliwości uważana była przez socjologów za gwarancję szczęśliwego życia. Stopniowo wiara ta uległa erozji Jak pokazała to już w międzyczasie psychologia społeczna, często pożądany okazuje się stan przeciwny: mniej oznacza więcej - pisze Ulrich Schnabel, dając przykład konsumenta, który w sklepie przy zbyt dużym wyborze produktów, wychodzi z niego z poczuciem dyskomfortu, że przeoczył to lepsze wino i bardziej chrupkie czipsy, a do koszyka zapakował te gorsze.

Przeinformowani

Niemiecki dziennikarz wskazuje też na ogromny stres spowodowany przez zalew informacji.

- Wielu ma wrażenie, że dosłownie tonie w potoku informacji, bezradnie męczy się w wirach własnych e-maili, tweetów, feedów i blogów, i nawet na pozornie pewnej wyspie czasu wolnego, nikt nie jest bezpieczny od nieustannego zalewu męczących wiadomości z blackberry i smartfonów. (...) Przeciążenie informacyjne stało się źródłem największego cierpienia społeczeństwa wiedzy. Podczas porannego otwierania swojej skrzynki e-mailowej, niektórzy czują się jak antyczny bohater Syzyf, z największym wysiłkiem opierający się każdego dnia swojemu losowi, którego ciężar nigdy nie staje się lżejszy. Jak tylko człowiekowi udaje się przetrawić jedną górę informacji, skrzynka zapełnia się ponownie i cały wysiłek trzeba rozpoczynać od nowa - pisze Schnabel.

Kluczem do rozwiązania problemu przeciążenia informacyjnego jest reglamentowanie sobie informacji i sztuka wyboru, tak, aby nie utonąć w zalewie wiadomości i newsów. I w tym przypadku mniej oznacza więcej.

Schnabel podaje kilka prostych zasad korzystania z poczty elektronicznej, które pozwolą uniknąć stresu związanego z ciągle przepełniającą się skrzynką, np. dokonanie rozdziału pomiędzy skrzynką zawodową, a prywatną, wydzielenie okresu, kiedy nie czyta się poczty, odbieranie e-maila tylko wtedy, kiedy można się od razu nim zająć, odbieranie wiadomości tylko w określonym czasie. Ulrich Schnabel przytacza też postać Dana Russella, menadżera wysokiego szczebla z IBM, który do każdej wysłanej wiadomości załączał komunikat "Przyłącz się do ruchu Slow-e-Mail! Czytaj swoje e-maile tylko dwa razy dziennie! Odzyskaj czas własnego życia i ponownie naucz się marzyć!".

Anna Chodacka



Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje