Kto jest moim wrogiem?

Podobno nie ma miłości bez zazdrości... Kłopot zaczyna się, gdy uczucie to staje się chorobliwe...

Z przyjemnością popatrzyłam na tego chłopaka. Był u mnie w zakładzie już trzeci raz, widocznie mu się spodobało, jak obcinam.

Reklama

- Tym razem woli pan całkiem na krótko czy z grzywką? - uśmiechnęłam się do niego w lustrze.

- Pani na pewno świetnie mnie ostrzyże, pani Jolu. Ostatnio było rewelacyjnie. Aż szkoda, że włosy odrastają. Chociaż dzięki temu mam okazję tu przychodzić - odpowiedział. Już miałam ładnie podziękować, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i wszedł Waldek. Jak zwykle ze skwaszoną miną. Pochyliłam się więc obojętnie nad głową klienta. Mój mąż to zazdrośnik jakich mało. Gdyby zauważył, że jestem miła dla tego chłopaka, wypominałby mi to w nieskończoność. Nieważne, że chłopak mógłby być moim synem.

- Listy do ciebie przyszły - odparł i rzucił na stolik stertę kopert, po czym rozsiadł się wygodnie na krześle. Powinien być u siebie w warsztacie samochodowym i czekać na klientów.

- Nie otworzysz tych listów? - spytał.

- A bo tam jest co ważnego! - prychnęłam - Pewnie same rachunki.

- Już gotowe... I co? Dobrze? - zwróciłam się do klienta.

- Znakomicie, pani Jolu. Dziękuję bardzo, już płacę...

Po wyjściu chłopaka padło pytanie, którego mogłam się spodziewać tak jak tego, że słońce wstanie rano.

- To wy już jesteście po imieniu? - warknął Waldek.

- Boże! - jęknęłam. - Człowiek przychodzi tu trzeci raz, jest zadowolony, płaci, nawet mamę i narzeczoną przysłał na strzyżenie...

- Ma narzeczoną? - ucieszył się Waldek - To dobrze! W takim razie nie głupstwa mu w głowie!

Westchnęłam i otworzyłam pierwszy list. Lęk ścisnął mnie za gardło. Już czwarty raz dostawałam coś takiego... Starałam się zachować spokój, bo gdyby Waldek się dowiedział... Nie dałby mi spokoju. "Uważaj! Mam cię na oku. Śledzę każdy twój krok. Nie podoba mi się twój zakład. Nie podoba mi się to, co robisz. Lepiej uważaj, zanim będzie za późno!", przeczytałam.

- Coś się stało? - Waldek powoli przerzucał gazetę.

- Nie, nic - podniosłam się i szybko włożyłam list do kieszeni fryzjerskiego fartucha.

- Muszę pójść na zaplecze... Zapomniałam przynieść czyste ręczniki.

W biurze schowałam list wraz z pozostałymi anonimami. Na razie nie wiedziałam, co zrobić. "To na pewno konkurencja chce mnie zastraszyć!" , pomyślałam. "Co za dranie". Odetchnęłam, przygładziłam włosy i wróciłam do męża. Na szczęście pojawiły się dwie panie do farbowania, więc poszedł sobie i nie pytał już o nic. Chciałabym móc mu powiedzieć o tych pogróżkach, ale się bałam. Wiedziałam, że zaraz wymyśliłby sobie, że to pewnie grozi mi jakiś wielbiciel albo, nie daj Boże, były kochanek. "Najlepszy sposób to udać, że nic mnie to nie obchodzi", pomyślałam. Łatwo jest powiedzieć, ale trudniej żyć ze świadomością, że ktoś tak źle ci życzy. Od momentu, gdy zaczęłam dostawać listy, gorzej spałam, śniły mi się koszmary, straciłam apetyt. Starałam się jednak nic po sobie nie pokazywać. Niestety, moja strategia całkiem zawiodła. Pod koniec tygodnia dostałam kolejny list. Tym razem już z konkretnymi pogróżkami. "Jak się nie wyniesiesz, ten zakład zniknie z powierzchni ziemi". To nie były przelewki. Postanowiłam pokazać list Iwonce. Była młoda, ale dość rozsądna. To, że ona się przestraszyła, naprawdę mnie przeraziło.

- Szefowo, trzeba koniecznie iść z tym na policję! - powiedziała. - Przecież ktoś nam grozi!

- Na policję? Ale co ona nam pomoże? Obstawę nam da, czy co?

- A jak nam ktoś wysadzi zakład albo go spali? - przekonywała mnie Iwonka. - Potem ludzie będą mieli pretensje, że nic szefowa nie powiedziała. Będzie jakieś wielkie nieszczęście i kto za to odpowie?

Nie byłam do końca przekonana, czy ona ma rację. Najgorsze, że nie mogłam się w tej sprawie poradzić własnego męża. Życie by mi zamienił w prawdziwe piekło. Poprosiłam Iwonkę, żeby mi dała czas do poniedziałku.

- Zastanowię się i sama pójdę na policję, dobrze? Jednak gdy następnego dnia skręciłam w uliczkę prowadzącą do mojego salonu, nogi się pode mną ugięły. Wszystkie szyby były powybijane! Co do jednej! A przed wejściem już stała policja. Nawet nie musiałam ich wzywać.

- Wcześnie rano ktoś te szyby wybił! - zeznawała pani Marysia, mieszkająca nad zakładem.

- O! Idzie pani Jola, właścicielka zakładu - zakomunikowała pani Maria.

- Pani pozwoli z nami... - poprosił policjant. Nie miałam wyjścia - od razu powiedziałam im o tych listach i nawet je im pokazałam. Nie byli zachwyceni.

- Dlaczego nie przyszła pani do nas z tym od razu? - spytał jeden z nich - Może by nie doszło do tego wandalizmu... Może nawet groziło pani coś gorszego! Nie pomyślała pani o tym?

- Czy ma pani jakichś wrogów? Podejrzewa pani kogoś? - spytał drugi.

- Jakich ja mogę mieć wrogów? Tu mnie wszyscy lubią, znamy się od lat, wcześniej zakład prowadziła moja mama, potem robiłyśmy to wspólnie, a od ośmiu lat sama kieruję interesem. Może to ktoś z konkurencji? - popatrzyłam bezradnie raz na jednego, raz na drugiego funkcjonariusza.

- A jest tu jakaś? - zainteresował się policjant.

- Na sąsiedniej ulicy otworzyli nowy salon.

- Sprawdzimy to, proszę się nie martwić i czekać na informacje - stwierdzili i pojechali. Musiałam szybko znaleźć szklarza i wprawić szyby. Już nie mogłam dłużej milczeć. Zadzwoniłam do Waldka. Dzięki Bogu, nie robił wielkich problemów.

- Nic się nie martw, Jolu, ja to załatwię - obiecał, bardzo przejęty.

- Ty jedź do domu, a ja pojadę po szklarza. Musisz odpocząć, kochanie, może zrób sobie parę dni wolnego. Pomógł mi, to prawda. Ale już wieczorem zdałam sobie sprawę, że ten, kto wybił szyby, oddał Waldkowi wielką przysługę. Mąż miał wreszcie doskonały argument, aby zatrzymać mnie w domu.

- Martwię się o ciebie, kochanie - przekonywał mnie. - Powinnaś na razie zamknąć zakład. Po co ci te stresy?

- Jak to zamknąć? - złapałam się za głowę. - Przecież to przynosi straty.

- Gdy będzie nieczynny przez jakiś czas, to nic się nie stanie. A mnie przydałaby się pomoc w warsztacie, głównie przy papierkowej robocie. Moglibyśmy całe dnie spędzać razem, jak kiedyś. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

- Nie ma mowy! - powiedziałam stanowczo. - Myślałam, że mogę od ciebie oczekiwać pomocy - powiedziałam poważnie.

- Zwłaszcza w tej trudnej sytuacji. Ale trudno, skoro uważasz inaczej, sama sobie z tym poradzę. Nie zamknę zakładu, jest dla mnie drugim domem. Waldek nic na to nie powiedział, odwrócił się na pięcie i poszedł do garażu. Jak zawsze obrażony. Mogłam się tego spodziewać! Szklarz wprawił szyby, zrobiłyśmy z Iwonką porządek i znów zaczęłam pracę. Wszystko wróciło do normy. Minął tydzień, potem drugi, a ja nie dostałam żadnego anonimu. "Może ten ktoś, kto chciał mnie zastraszyć, zobaczył, jaka jestem harda i dał spokój? A może szykuje mi jakąś niezbyt przyjemną niespodziankę?", myślałam. Dlatego byłam bardzo zaskoczona, gdy policja wezwała mnie na komendę. Udało im się wykryć sprawcę!

- Kto to był? - pytałam zaciekawiona. - Jak dorwę drania, to mnie popamięta!

- Proszę spojrzeć na to zdjęcie... - policjant podsunął mi trochę rozmazaną fotografię mężczyzny, który zamierzał się kamieniem w moje okna! Sylwetka była mi znajoma, ale nie widziałam twarzy. Pokręciłam głową.

- Nie poznaję... Kto zrobił te zdjęcia?

- Jakiś dzieciak. Siedział w nocy przy komputerze, a usłyszał hałas, wyjrzał przez okno. I zrobił te zdjęcia.

Policjant położył przede mną kolejne zdjęcie. Aż mnie zatkało.

- To Waldek... Mój mąż... - wyszeptałam. - Co on tam robi?

- To właśnie on wybił szyby w pani zakładzie - policjant zebrał zdjęcia do teczki. - Już się do tego przyznał. Aresztowaliśmy go dziś rano.

- Niemożliwe!!! - krzyknęłam.

- To nie wszystko, proszę pani. Miał w garażu przygotowaną benzynę w kanistrach. Chciał dzisiaj w nocy spalić zakład... Dobrze, że udało się go zatrzymać. Przecież mogli ucierpieć pani sąsiedzi... Myślałam, że oszaleję. Waldek? Był marudny, zazdrosny. Fakt, ostatnio w ogóle się nam nie układało... Nagle wszystko zaczęło mi się układać w logiczną całość. Był do tego zdolny!

- Napisał też te listy, prawda? - spytałam.

- Przykro mi. Tak, do tego też się przyznał - potwierdził policjant. - Myślę, że jeżeli pani z nim porozmawia, to sama pani zrozumie, że... no cóż... nie jest z nim chyba najlepiej... Jeszcze sporo czasu upłynęło, zanim zrozumiałam, że Waldek jest po prostu chory... Z zazdrości. Na początku odwiedzałam go w areszcie, ale za nic nie chciał przyznać, że zrobił źle. Moim zdaniem, popadał w coraz większy obłęd. Pojęłam, że działo się tak już od jakiegoś czasu, tyle że ja nic nie zauważyłam.

- To twoja wina! - zarzucał mi ciągle. - Prosiłem, żebyś przestała pracować! Chciałem, żebyś siedziała w domu! Dlaczego mnie nie posłuchałaś? A teraz na pewno się cieszysz, razem ze swoim kochankiem. Myślisz, że jestem głupi, że nic nie wiem?! - wymyślał mi.

Nie dało się już z nim dojść do porozumienia. Postanowiłam się rozwieść. Trwało to prawie rok, ale w końcu udało mi się odzyskać wolność, choć opłaciłam to upokorzeniami i cierpieniem. Podczas ostatnich rozpraw Waldek jawnie okazywał mi swoją niechęć, wręcz nienawiść. Za zastraszanie mnie i zniszczenie mienia dostał wyrok w zawieszeniu. Ale nadal przychodził do mojego zakładu i nic nie mogłam z tym zrobić. Ciągłe wzywanie policji nic nie dawało, nie mogli go aresztować, a takie burdy tylko odstraszały klientów. Dopóki nic mi nie robił, mógł sobie przychodzić, a ja na sam jego widok dostawałam dreszczy. Musiałam więc podjąć niełatwą decyzję i zmienić całe swoje dotychczasowe życie. Sprzedałam zakład i mieszkanie po mamie. Wyjechałam z rodzinnego miasta, zostawiając dorobek swojego życia i przyjaciół. Teraz jestem bezpieczna, a to najważniejsze. Czasem tylko jest mi przykro, że patologiczna zazdrość zniszczyła moje małżeństwo...

Jola Sz., 35 lat

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje