Nie poddawaj się, zanim zdarzy się cud

​Ta rodzina potrzebowała pomocy. Lekarze bezradnie rozkładali ręce.

- Proszę umieścić syna w zakładzie - radzili.

Reklama

Rodzina odmówiła. Johnsowie wprowadzili się do mojego rodzinnego miasta, Ravenny w stanie Ohio, w 1969 roku. Chodziłam wtedy do ósmej klasy. Pewna kobieta z naszego kościoła dowiedziała się, że potrzebują wsparcia. Postanowiła znaleźć w mojej katolickiej szkole podstawowej grupę, która im pomoże. Zabrała więc mnie i moje szkolne koleżanki do domu Johnsonów.

Diane Plough była wrażliwa i chciała nas nauczyć, jak służyć innym. A my już i tak w jeden niedzielny poranek w miesiącu od szóstej rano do południa piekłyśmy w kościele pączki, żeby sprzedać je później na kiermaszu. Czy to było za mało? Diane chciała, żebyśmy pomagały Tommy’emu. Chłopiec był niedorozwinięty umysłowo i fizycznie. Miałyśmy spędzać z nim sobotnie popołudnia i go "trenować". Ćwiczenia należało wykonywać dwa razy dziennie w kilka osób. Diane przyprowadziła do Johnsów naszą piątkę.

Na początku nienawidziłam tam chodzić. To była ciężka praca, która nie przynosiła żadnych efektów. A przynajmniej żadnych widocznych efektów. Ale lubiłam Diane. Była ładna, miała płomiennorude włosy i traktowała nas jak młode kobiety, a nie dzieci z podstawówki.

Każdej soboty spędzałyśmy w piwnicy Tommy’ego długie godziny, usiłując go zmusić, by przeczołgał się przez konstrukcję ustawioną na podłodze. To był tunel zrobiony z drewna, ograniczony na górze plecionką ze sznurka, żeby chłopiec nie wydostał się na zewnątrz. Musiałyśmy go nakłonić, żeby przebył całą długość tunelu. Nie znosił tego. My też. Jęczał, stękał i szarpał za sznurki, wplątywał się w nie i walczył z nami, kiedy go uwalniałyśmy.

Piwnica wyglądała jak sala do fizjoterapii. Stały w niej różne przyrządy do ćwiczeń i rozciągania. Tommy musiał trenować rano i wieczorem. Robiło się to w pięć osób: po jednej przypadało na każdą kończynę, a ostatnia trzymała mu głowę i obracała ją na boki. Tommy leżał na stole, a my miałyśmy poruszać w odpowiednim momencie jego rękami i nogami. Wyglądało to tak, jakbyśmy uczyły go pływać w powietrzu. Żadna z nas nie chciała stać przy głowie. Tommy ślinił się, pluł i łapał nas za włosy. Musiałyśmy uważać, żeby nie zbliżyć palców do jego ust, bo mógł ugryźć. Tak przynajmniej słyszałyśmy. Potraktowałyśmy to ostrzeżenie poważnie.

Miałyśmy po trzynaście lat, a Tommy był dwa lata starszy. Wydawał się znacznie młodszy, kiedy szarpał nas za włosy, chrząkał i wymachiwał rękami i nogami. Nic nie potrafił zrobić samodzielnie, nawet usiąść, raczkować czy jeść. Ten morderczy trening na pewno był bolesny, ale musiałyśmy pomóc mu ćwiczyć mięśnie, żeby nie zanikły. Walczył z nami przy każdym ruchu.

Tommy był chudy i miał krótkie czarne włosy. Nie potrafił mówić. Umiał tylko chrząkać, płakać, śmiać się i wyć jak zwierzę. Miał dużo siły, więc trudno było poruszać rękami i nogami Tommy’ego wbrew jego woli. I on się męczył, i my. Jedyną nagrodą był dla nas koniec każdej sesji, kiedy wiedział, że już nie będziemy go męczyć. Wtedy rozluźniał się, uśmiechał i zaczynał śmiać. Wyglądał na zachwyconego naszym towarzystwem.

Przez cały ten czas nie widziałam, żeby zrobił jakiekolwiek postępy. Nic się nie zmieniało. Ale chodziłyśmy tam co tydzień, bo Diane dostrzegała w nim coś, co nam umykało.

"Jaki to ma sens?", zastanawiałam się, ale nigdy na głos. Stan Tommy’ego nie mógł się poprawić. I nie poprawił się. Nie w okresie, w którym ja z nim ćwiczyłam. Ale to doświadczenie nauczyło mnie pomagać innym. W szkole średniej, kilka lat po tym, jak przestałam ćwiczyć z Tommym, trafiłam jako wolontariuszka do Szkoły Happy Day dla dzieci dotkniętych wieloma upośledzeniami. Uczyłam dzieciaki, które musiały chodzić w kaskach, jak wymawiać litery alfabetu. Nigdy nie zapomnę chwili, kiedy zauważyłam młodego mężczyznę stojącego na drugim końcu korytarza. Wyglądał znajomo. To był Tommy.

On nie tylko stał.

On chodził. Nie mogłam w to uwierzyć.

Zdarzył się cud. Ja się poddałam, ale inni wolontariusze walczyli dalej.

Ostatecznie Tommy chodził tylko przez rok. Później zwichnął stawy biodrowe. Rodzice nie chcieli narażać go na operacje, które nie dawały gwarancji wyleczenia.Od tamtej pory porusza się na wózku inwalidzkim. Ma pięćdziesiąt lat i mieszka w domu opieki. Jego mama, Jean, codziennie go odwiedza. Tata zmarł kilka lat temu.

Jean nadal nie jest pewna, ile rozumie jej syn, ale mówi, że Tommy ma wbudowany zegar - bo wie, kiedy mama ma go odwiedzić, i denerwuje się, gdy nie przychodzi na czas. Na jej widok zaczyna się śmiać. Jean bawi się z nim zabawkami, które świecą i wydają dźwięki. Uwielbia, kiedy zadowolony nuci pod nosem.

Dopiero kilkadziesiąt lat po tym, jak pierwszy raz pojawiłam się w domu Jean, poznałam historię jej życia. Opowiedziała mi, że ich pierwsze dziecko zmarło trzy dni po urodzeniu. Potem pojawił się Tommy. W okresie okołoporodowym musiało dojść do niedotlenienia mózgu chłopca. Dopiero po sześciu miesiącach, kiedy przestał się prawidłowo rozwijać, rodzice dowiedzieli się, że jest w dużym stopniu upośledzony psychicznie i umysłowo.

Na początku Jean była rozgoryczona. Ale mąż pocieszał ją słowami: "Tommy nie wie, że jest inny". Dużo się modlili. A potem stracili kolejne dziecko - syna, który mając dziewięć lat, zmarł na ospę wietrzną. Mają jednego zdrowego syna, Davida.

Dla Jean cudem nie było to, że Tommy zaczął chodzić. Cud polegał na tym, że mógł nawiązać kontakt z tymi wszystkimi ludźmi, którzy przez lata przychodzili mu pomagać. Został częścią wspaniałej, życzliwej wspólnoty. Nie tkwił samotny w domu czy placówce opiekuńczej. Zyskał przyjaciół, którzy codziennie go odwiedzali. I jego rodzina również.

 - Poznałam dzięki niemu tylu miłych ludzi - powiedziała mi Jean. - To mój aniołek. Nadał kształt całemu mojemu życiu.

Mojemu także. Tommy nauczył mnie pomagać innym. To dzięki niemu zostałam wolontariuszką w Happy Day School, pomagałam podczas akcji krwiodawstwa, uczestniczyłam w programach pomocy humanitarnej Amerykańskiego Czerwonego Krzyża i należałam do ochotniczego zespołu ratunkowego Uniwersytetu Kent State.

Tommy nadał też kształt życiu Diane - dostrzegła w nim coś, czego ja nie widziałam.

 - Miał w sobie jakąś iskrę - powiedziała mi. - Myślę, że mógłby zaskoczyć nas wszystkich.

Kiedy Tommy chwytał ją za włosy, żeby się nimi pobawić, myślała: "Wiem, że tam jesteś".

Dzięki niemu odnalazła swoją życiową filozofię.

 - Nie jestem tu dla siebie - wyjaśniła. - Jestem tu dla innych. Pomagamy sobie nawzajem.

Tommy nauczył nas wszystkich, żeby nigdy się nie poddawać.

Nie możesz się poddać, zanim nie zdarzy się cud - być może niejeden.

Felietony z książki Reginy Brett Jesteś cudem. 50 lekcji, jak uczynić niemożliwe możliwym, wydanej przez Insignis Media, Kraków 2013 w przekładzie Olgi Siary.

materiały promocyjne
Dowiedz się więcej na temat: kobieta

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje