Reklama

Reklama

Liczy się miłość

Romantyk, ale również facet, który nie boi się wyzwań. Jeszcze niedawno trochę buntownik, który uciekał na samotne wyprawy. Dziś chciałby jak najszybciej założyć rodzinę.

SHOW: - Niedawno wzbudziłeś duże zainteresowanie, przychodząc na galę Telekamer w towarzystwie pięknej kobiety. Opowiesz nam o Elizie?

Andrzej Młynarczyk: - Spotykamy się od niedawna, dopiero się poznajemy. Na razie jest dobrze. Eliza pracuje i mieszka w Sztokholmie, więc miałem okazję kilka razy ją tam odwiedzić. Ona także często przyjeżdża do Polski. Nie mówię o tym zbyt wiele, bo bardzo szanuję intymność, która tworzy się między dwojgiem ludzi. Zwłaszcza kiedy dopiero się poznali i nie zdecydowali się jeszcze na otwarte życie publiczne... Na razie staramy się robić to w sposób bardzo wyważony. Myślę, że na zbudowanie relacji, która mogłaby zaowocować małżeństwem, potrzeba dużo czasu. Jednocześnie wiem, że tego czasu mam coraz mniej.

Reklama

Podobno kiedy się dowiedziałeś, że wracasz do programu "Celebrity Splash", byłeś już w samolocie lecącym do USA?

- Rzeczywiście tak było. Dostawałem wiadomości od produkcji programu, kiedy już leciałem do Ameryki. Pierwszą otrzymałem w trakcie międzylądowania - okazało się, że Maciek Dowbor wycofał się z programu. Produkcja pytała mnie, czy chciałbym wrócić do show. Następnie, już w Nowym Jorku, dostałem esemesa, że jednak nic z tego nie wyjdzie. Kilka godzin później siedziałem już w samolocie i leciałem do Polski, bo okazało się, że jednak wracam (śmiech).

Odpadłeś w pierwszym odcinku. Czułeś się rozczarowany?

- To był bardzo emocjonujący występ i duży stres. Moja grupa nie tylko startowała jako pierwsza, ale była także uważana za bardzo silną. Skok, który ćwiczyłem, miał być wykonywany z pięciu metrów, ale dwa dni wcześniej podjęliśmy decyzję, że będę skakał z siedmiu i pół. Kiedy zobaczyłem siebie na ekranie, wiedziałem, że to nie jest ten skok, który chciałem zobaczyć. Trochę mi było szkoda pracy, którą włożyłem w treningi.

Może powinieneś się skupić raczej na samym show, tak jak to zrobił Adam Kraśko?

- O tym wtedy nie pomyślałem. Okazuje się, że to jest bardzo ważne w tego typu programach z publicznością. Dlatego w drugim odcinku już się inaczej przygotowywałem do skoku. Byłem spokojniejszy, potrafiłem się skupić mimo rytmu walących bębenków i świateł. Takich emocji nie ma w teatrze czy w filmie. Owacje, które dostają uczestnicy, można porównać chyba tylko do koncertu rockowego.

Element rywalizacji liczy się dla ciebie? Bardzo chcesz wygrać?

- Oczywiście, że chcę wygrać. To naturalne, ale u mnie nie jest to jakaś determinacja czy zaciętość. Ten program opiera się przecież na rywalizacji sportowej. Wiem, że jeżeli świetnie wykonam skoki, to automatycznie będę faworytem do zwycięstwa.

Skąd u ciebie takie zamiłowanie do sportów ekstremalnych? Wspinasz się, skaczesz ze spadochronem, jeździsz na motocyklu.

- Skoki ze spadochronem były moim konikiem, ale już z nich zrezygnowałem. Po prostu nie mam potrzeby ich dłużej trenować. Myślę, że zamiłowanie to takich ryzykownych dyscyplin bierze się z potrzeby ciągłego sprawdzania siebie i swoich możliwości.

Może to rodzaj uzależnienia od adrenaliny?

- U mnie to jest raczej uzależnienie od radości życia. Jeżeli bycie szczęśliwym, kochającym, zachwycającym się każdym dniem, jest jakimś rodzajem szaleństwa, to zgadzam się - jestem od tego uzależniony. Nie uważam, że moje podejście jest jakimś rodzajem chłopięcej naiwności. Dorosły facet też musi mieć ideały i do nich dążyć. Na szczęście wciąż mam w sobie dziecięcą ufność. Nie uważam, żeby to było czymś złym. 

Odejdźmy trochę od duchowości. Na basenie zaprezentowałeś doskonałą sylwetkę. Dużo nad sobą pracujesz?

- (Śmiech) Zawsze uważałem, że trzeba się dużo ruszać i to już od wczesnej młodości. Oczywiście predyspozycje i geny też mają znaczenie. Zawsze dużo biegałem, jeździłem na rowerze, wspinałem się na skałki. Sportowego bakcyla złapałem bardzo wcześnie. Do dzisiaj staram się każdy weekend spędzać na powietrzu. Siłownia interesuje mnie zdecydowanie mniej.

Przyznaj, masz odrobinę narcystyczną osobowość?

- Nie ma zdrowego narcyzmu. Dla mnie jest to zdecydowanie anomalia osobowości, nie widzę w tym nic dobrego.

Złościsz się, kiedy wytykają ci podobieństwo do Michała Żebrowskiego?

- Zawsze mnie to "niby podobieństwo" bawiło. Sam nigdy go nie zauważyłem. Przyznaję, zdarzyło się, że ktoś mnie z Michałem pomylił. To było zabawne. Pomyślałem nawet, że może dobrym pomysłem byłoby zagranie kiedyś braci. Nie wiem tylko, co Michał o tym sądzi. Ja widzę tutaj potencjał na niezłą farsę.

Masz talent komediowy?

- Wiele osób twierdzi, że tak. Ale objawia się on chyba bardziej w życiu prywatnym niż w zawodowym. Na przykład podczas wywiadów jestem o wiele bardziej zachowawczy niż w prawdziwym życiu. Już w szkole teatralnej komediowe sceny bardzo dobrze mi wychodziły. Chciałbym się sprawdzić w takim właśnie repertuarze i powygłupiać także na dużym ekranie. Udało mi się to w "Koniu trojańskim". Mam z tego powodu dużą frajdę.

Kino sensacyjne cię nie pociąga?

- O dobre kino sensacyjne w naszym kraju jest trudno. A mamy świetne tradycje: wystarczy przypomnieć porucznika Borewicza czy Wielkiego Szu. W Polsce ciężko jest o scenariusz, który nie byłby oparty na faktach albo nie był hiperrealistyczny. Przecież nie wszystko musi być podane wprost, można się czasami pobawić konwencjami, tak jak np. w moim ulubionym "Leonie Zawodowcu". Ale nie chcę narzekać na polskie kino, tak naprawdę jestem jego wielkim fanem.

Uważasz, że twój potencjał nie został jeszcze w pełni wykorzystany?

- Może dlatego, że na chwilę się z filmu wycofałem. Zrobiłem to świadomie, bo nie chciałem uczestniczyć w świecie show-biznesu. Wszystko, co się wokół mnie wtedy działo, uważałem za zbyt głośne, niepotrzebne. Nie do końca umiałem się w tym odnaleźć. Nie miałem zbyt dużego ciśnienia na natychmiastową karierę, cały czas miałem poczucie, że jeszcze się w swoim życiu nagram. Pewnie straciłem kilka ciekawych ról, ale wtedy jeszcze nie byłem na nie gotowy.

Czujesz się produktem show-biznesowym?

- Zdecydowanie staram się tak siebie nie postrzegać. Ale z drugiej strony słyszę: "Andrzej, powinieneś się bardziej otworzyć, dla kariery trzeba czasem pójść na kompromis". Zdarza się, że czasem biorę projekty, z którymi nie zawsze jest mi po drodze, ale dzięki temu można np. zrobić coś pożytecznego.

Zaczynałeś nieźle, bo u samego Andrzeja Wajdy w "Katyniu". Mało aktorów ma szansę na taki debiut.

- To był tylko epizod, w dodatku został jeszcze okrojony podczas montażu. Ale z panem Andrzejem Wajdą miałem fajną przygodę. Spotkaliśmy się w pociągu jadącym z Krakowa do Warszawy, a tego dnia były akurat imieniny Andrzeja, więc poszliśmy do Warsu i tam jedząc i pijąc, spędziliśmy miło czas. To był jeden z moich najfajniejszych wieczorów imieninowych.

Spróbuj wyobrazić sobie siebie za pięć lat. Kim wtedy będziesz?

- Gram w świetnych filmach, mam cudowną rodzinę, żonę oraz dzieci. Jestem stabilniejszy emocjonalnie i robię też rzeczy nie do końca związane z aktorstwem, bo równie mocno pociąga mnie także architektura. Wiem, że jeżeli prywatnie się nie zrealizuję, to sukces zawodowy nie będzie smakował tak samo. Najważniejsza jest bowiem relacja z drugim człowiekiem. W tym zakresie zdaję się na intuicję. Słucham jej i chociaż czasami zdarza mi się z nią przekomarzać, to ostatecznie ona się nie myli.

Oskar Maya

Show

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje