Dorota Chotecka-Pazura: W małżeństwie najpiękniejsza jest codzienność

Życie dzieli na beztroskie, przed ślubem i na to po ślubie. Z Radosławem Pazurą są razem od 25 lat, ale najważniejsze dla niej jest 12 lat małżeństwa.

"Moje życie może się wydawać nudne. Nie budzimy sensacji, nie mamy kochanków, nie wystawiamy za drzwi walizek, nie rozwodzimy się. Kogo takie życie interesuje?" - tłumaczy aktorka, którą widzowie pokochali za rolę Więcławskiej w serialu "Ranczo".

Reklama

Dziś co trzecie małżeństwo się rozpada. W dużych miastach, takich jak Łódź czy Warszawa - co drugie.

Dorota Chotecka-Pazura: - Myślę, że ludzie mają łatwość w podejmowaniu decyzji o rozstaniu. "Nie podoba się? To do widzenia" - tak zwykle jest, gdy pojawiają się problemy. Dawniej zepsutą pralkę się naprawiało, dziś kupuje się nową. Tak samo jest ze związkami - przestają dobrze funkcjonować, wchodzimy w nowe. Jest zresztą większe przyzwolenie społeczne na rozwody. Kiedyś były wstydliwą sprawą, dziecko z rozbitego domu czuło się gorsze, dziś rozwód to norma.

Co daje formalny związek?

- Po ślubie trudniej jest podjąć decyzję: "Mam dość, odchodzę". W małżeństwie takie postanowienie wymaga większego zastanowienia. Bo nie tylko przysięgaliśmy sobie miłość, wierność, uczciwość, i że cię nie opuszczę..., ale zrobiliśmy to przed Bogiem i ludźmi. To poważna sprawa. I zanim się rozstaniemy, spróbujmy coś naprawić. Łatwo się rozejść, ale co potem? Wprawdzie w sytuacji kryzysowej mamy dwa wyjścia - próbować naprawy lub odejść i budować coś nowego. Ale to nowe powstaje zawsze na ruinach. Bo po rozstaniu człowiek jest psychicznie zrujnowany.

A gdy w związku są problemy...

- Ale to są problemy, które rozwiązuję z osobą, którą kocham, z którą dzielę życie. My się w tych kłopotach wzajemnie wspieramy. Nie zamieniłabym tego życia na takie bez żadnych trudności, ale bez Radka. Od czasu ślubu jesteśmy razem we wszystkim.

Zrzuciłaś suknię ślubną i... już było inaczej?

- Wcześniej byłam ja i on, osobne byty, każde robiło swoją karierę, każde miało swoje konto. Jak budowaliśmy dom, to trochę za moje, trochę za jego, i myślałam: "Jakby co, to się podzieli". I przez lata czułam, że coś jest nie tak, że coś nie gra. Nie miałam tej pewności, że jestem jedną, jedyną, że to na zawsze. A potem Radek miał wypadek, jego życie było zagrożone i nagle zrozumiałam, że nie mogę go stracić i zapragnęłam ślubu. Wtedy poczułam, że już nie ma "ja" i "on", tylko jesteśmy "my". Wszystko stało się proste i jasne. Nawet nie myślałam, że będę szczęśliwa, myśląc - "my". Od tego momentu wszystko zaczęło się lepiej układać. Potem, wielokrotnie czułam, że jesteśmy razem zarówno na dobre, jak i na złe. Oczywiście nasze życie nie jest nieprzerwanym pasmem szczęścia. Wiadomo, zdarzają się gorsze dni, jakieś problemy, czasem się o coś pokłócimy, ale nigdy nie pomyśleliśmy, że to mogłoby zagrozić naszemu związkowi. Trzeba po prostu coś naprawić, coś, co jest złe, co się popsuło. Co się zmieniło po ślubie? Myślę, że za męża czy żonę jest się odpowiedzialnym inaczej niż za człowieka, z którym się mieszka bez ślubu.

Pierwszy telefon, gdy masz kłopot...

- Każdy telefon - czy z powodu radości, czy kłopotu - najpierw jest do niego.

Wasza miłość sprawdziła się w obliczu śmierci. To wtedy zdałaś sobie sprawę z tego, że to prawdziwe uczucie?

- Miałam mgliste pojęcie o miłości, o związku, o tym, co bym chciała w życiu, a czego nie. Wypadek Radka uświadomił mi, jak bardzo go kocham i czego tak naprawdę w życiu chcę. Cieszę się, że w porę się ocknęłam. Myślę, że powołanie do małżeństwa jest najpiękniejszym, jakie zostało stworzone. Tak, jak powołanie do macierzyństwa.

Długo staraliście się o Klarę - to była prawdziwa lekcja pokory i cierpliwości.

-  I jestem bardzo dumna z tego, że się nie poddaliśmy. Klara (8 l.) jest drugą, po Radku, miłością mojego życia, wytęsknioną, upragnioną. Długo na nią czekaliśmy. Pamiętam, jak kiedyś przyszedł moment zwątpienia. Wtedy przypomniały mi się słowa, które zaprzyjaźniony ksiądz Piotr powiedział podczas kazania na naszym ślubie: "Od momentu, kiedy macie ślub kościelny, z czymkolwiek zwrócicie się do pana Boga w imię waszej miłości, zostanie spełnione". I tak się stało.

A codzienność jak wygląda?

- Ta codzienność jest najpiękniejsza. Bo wspólna.

Czyli razem gotujecie obiad i robicie konfitury?

- Bez przesady. Radek nie gotuje obiadów, bo nie umie. I niech nie gotuje. Ale rzeczywiście lubimy razem smażyć konfitury, robić weki. To nawet nie chodzi o wspólne zamykanie słoików, tylko o ten czas, który spędzamy razem. Prace w kuchni są tylko pretekstem do przebywania ze sobą. Bo to chwila na rozmowę, dzielenie się wątpliwościami, czy opowieściami, co przyniósł dzień. Celebrujemy wspólne chwile. Niektórym może wydawać się to nudne, bo coraz częściej aktorzy wybierają pokazywanie się na czerwonym dywanie, a my wolimy wspólne życie w naszej kuchni. Ale dla mnie właśnie na tym polega prawdziwe szczęście. Tak można pokazać prawdziwą miłość.

W domu jest wyraźny podział obowiązków? Kto zajmuje się ogrodem, a kto na siebie bierze pranie?

- W naszej rodzinie jest dość tradycyjny podział ról na męskie i żeńskie. Ja gotuję i lubię to. Radek robi więcej rzeczy technicznych w domu, naprawia, wymienia, odnawia.

I nigdy się nie kłócicie?

Ależ oczywiście, że się kłócimy. Mamy przecież różne charaktery, swoje wady, inne oczekiwania.

W czym tkwi siła waszego związku?

- Ktoś by powiedział, że trafiłam na swoją połówkę. I tak jest, trochę mi się w życiu udało. Nieskromnie powiem, że Radkowi chyba też (śmiech). A tak na poważnie, pracujemy nad naszym związkiem. Zawsze zwracam uwagę na to, co czuje i myśli Radek. Wyzbyliśmy się egoizmu. Dużo rozmawiamy, jesteśmy na siebie uważni. Czasem ludzie nie rozmawiają ze sobą miesiącami, bo są pochłonięci codziennością, wciąż są w biegu. A potem chcą w jeden tydzień wakacji nadrobić stracony czas. "Odpoczniemy, pobędziemy razem, wszystko się ułoży" - mówią. Rzadko się to udaje. Na atmosferę i bliskość na wakacjach trzeba pracować przez cały rok. Tego nie zbuduje się podczas jednej kolacji. Trzeba ze sobą być.

Powiedziałaś, że tobie się udało. To jak wybrać dobrze faceta na całe życie? Przystojny, bogaty...

- Nie wiem (śmiech). Wygląd miał drugorzędne znaczenie, choć to miłe, że trafił mi się przystojny, utalentowany aktor, któremu, w dodatku, czas służy. Na pewno nie szukałam bogatego, bo pieniądze nie miały dla mnie znaczenia. Wprawdzie mama mówiła: "Tylko nie zakochaj się w jakimś gołodupcu", ale mnie trafił się dokładnie taki (śmiech). Na pewno szukałam mężczyzny odpowiedzialnego, przy którym będę się czuła bezpieczna. I Radek od początku był takim facetem. Zauroczył mnie. Resztę jego zalet pokazało potem życie. Kiedy stawiało nas przed różnymi wyzwaniami, mogliśmy przekonać się, kim jesteśmy. Czasem mówi się, że kobieta zmienia mężczyznę. Może i zmienia, ale nie do końca. Według psychologów na to, jacy jesteśmy, ma wpływ pięć najbliższych osób. Ludzie, którzy nas otaczają, ze swoimi cechami, w pewnym stopniu tworzą nas. Jak przeanalizujesz, z kim spędzasz najwięcej czasu, wiesz, jaka jesteś i jaki masz charakter. Ja dużo czasu spędzam z Radkiem, on ze mną, więc chyba mamy wpływ na siebie.

Prawdziwy facet to taki, który...

- To ważne, by dawał kobiecie poczucie bezpieczeństwa. Ale nie mogę powiedzieć, że to taki, który, symbolicznie, zabije jelonka i przyniesie do domu. Chyba nie potrafię określić, co to znaczy prawdziwy facet. Może dlatego, że myśląc o mężczyźnie, widzę związek. A tu ważne są cechy obojga, fajnie żeby się uzupełniały. Dlatego cieszę się, że my jesteśmy różni.

Czasem różnice mogą być wybuchowe. Co cię wkurza w Radku?

- Chyba rzeczy, które mnie kiedyś wkurzały, teraz coraz częściej wzruszają lub śmieszą. Ostatnio nawet Klarcia powiedziała, że niektóre cechy taty są śmieszne. Choćby to, że nie ma podzielności uwagi. Kiedyś mnie to złościło. Myślałam: "Jak można się skupiać tylko na jednej rzeczy? A co z resztą?" Bo ja jednocześnie: gotuję zupę, rozmawiam przez telefon, wstawiam pranie i jeszcze zerkam na Klarę. Dla Radka byłoby to niemożliwe. On nawet podczas rozmowy, gdy musi się skupić, nie pije herbaty.

A czym cię wzrusza?

- Swoją dobrocią, cierpliwością, mądrością i ogromną wiedzą. Wzrusza mnie tym, że pomaga ludziom. Ale myślę, że to jedno wynika z drugiego. I myślę też, że mam szczęście, bo mogę przebywać z kimś takim. Od niego promieniuje takie dobro i ciepło, że lubię się w nim czasem ogrzać.

Czego w związku boisz się najbardziej?

- Niczego się nie boję. Myślę, że gdybym nie była żoną, pewnie bym się wielu rzeczy obawiała.

A tego, że kiedyś ta piękna miłość pryśnie jak bańka mydlana?

- Nie. Może to wynika z dużego poczucia wartości, które nie pojawiło się samo. Mam już prawie 50 lat i trochę w życiu przeszłam, zrozumiałam, poczułam. I wiem, że jestem bardzo wartościowym człowiekiem. Kiedy to zrozumiałam, odszedł strach przed porzuceniem. W ogóle nie mam w sobie strachu. Czasem niepokój. O dziecko, o jutro. Ale nie ma we mnie strachu. Może to kwestia zaufania Bogu. Jak masz wiarę, wszystko staje się proste. Bo wiesz, że wiele rzeczy nie zależy od ciebie. I że wszystko się kiedyś kończy. Więc po co się szarpać?

Chodziło mi o to, czy nie boisz się, że pewnego dnia Radek straci dla kogoś głowę albo ty, niespodziewanie, zakochasz się w kimś.

- Nigdy o tym nie myślałam. Jestem nas bardzo pewna. Łączy nas miłość, przysięga i to, że chcemy być razem. Oczywiście każdy ma wolną wolę i może odejść, ale nie ma we mnie tego lęku. Bo wiemy, kim jesteśmy i co moglibyśmy stracić. Jest nam ze sobą dobrze, a nawet z każdym rokiem coraz lepiej.

Jesteście 12 lat małżeństwem, a razem - 25. Kawał czasu...

- Wiem, że budzimy w ludziach miłe uczucia. Szanują nas za to, jak żyjemy. Często podchodzą do nas młode osoby i dziękują nam, że tacy jesteśmy. Bo nie dziękują tylko za ciekawą rolę, ale mamy u nich jakieś dodatkowe bonusy za życie, jakie prowadzimy.

I nie nudzi cię takie proste, przewidywalne życie? Ten sam mąż, rola w serialu, konfitury... Nie masz czasem ochoty na jakieś szaleństwo?

- Tylko w pracy. W domu nie potrzebuję fajerwerków. Zresztą Radek często mnie zaskakuje. Potrafi powiedzieć rano: "Jedziemy na kawę?" I jedziemy. A potem okazuje się, że miał na myśli kawę gdzieś w Trójmieście. Dziecko ze szkoły odbiera niania, a my jedziemy nad morze, żeby przy szumie fal wypić filiżankę pysznej kawy. Nie wiem, czy komuś by się chciało. A nam się chce.

Beata Biały


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje