Powiem wam o uwodzeniu

Tylko nam dał się namówić na pikantne wyznania. Zdradził, jakie kobiety go pociągają, co dostaje w prezencie od fanek i jak można go uwieść.

U mawiamy się w jednej z warszawskich restauracji. Przed spotkaniem zastanawiam się, czego można spodziewać się po mężczyźnie okrzykniętym mianem najseksowniejszego polskiego aktora. Jaki jest prywatnie? Kiedyś nie lubił wywiadów, uchodził za niedostępnego i zamkniętego w sobie. Ale podczas spotkania okazuje się otwartym i ciepłym człowiekiem z wielkim dystansem do siebie. Żadna "sodówka" nie wchodzi w grę. Z takim samym przejęciem Filip opowiada o swoim nowym spektaklu i o potrawie,którą ostatnio wyczarował dla przyjaciół. Pięknie mówi o mamie i bez skrępowania wymienia swoje wady. Po dwóch godzinach już rozumiem, dlaczego Polki tak za nim szaleją - ten facet to prawdziwy ideał!

Reklama

Justyna Kasprzak: Działa na ciebie metoda "przez żołądek do serca"?

Filip Bobek: - Nie (śmiech).

Czyli romantyczna kolacja nie jest dobrym sposobem, żeby cię uwieść?

- Ależ absolutnie tak! Mam jednak wrażenie, że podczas romantycznej kolacji nie delektujesz się jedzeniem na talerzu, bo wtedy działa coś zupełnie innego (śmiech).

Jakie smaki cię uwodzą?

- Dość skrajne. Te bardzo wytrawne i te bardzo słodkie. Uwielbiam czerwone wino i słodycze. Mam takie momenty, że jem słodycze na śniadanie, obiad i kolację. To jest moja dieta cud. Oczywiście co jakiś czas muszę się z nimi żegnać.

Boisz się przytyć?

- Nawet nie o to chodzi. Jestem już starym człowiekiem i boję się o wyniki badań po takiej "diecie" (śmiech).

Grasz teraz w serialu "2XL", więc nie mogę nie zapytać, czy rozmiar ma znaczenie? (śmiech)

Amerykańscy naukowcy już dawno stwierdzili, że nie, ale boję się odpowiadać na to pytanie. Dla jednych ma znaczenie, dla innych nie. A i tak najważniejsze jest pierwsze wrażenie. Generalnie, wydaje mi się, że w codziennych relacjach ludzie "jedzą oczami". Oceniamy człowieka na pierwszy rzut oka. Na szczęście to się zmienia wraz z wiekiem. Sam staram się dostrzegać coś więcej w innych niż to, co widzę w ciągu pierwszych 20 sekund.

Jakie cechy charakteru sprawiają, że ktoś ci się podoba?

- Zawsze pociągała mnie szczerość. Niewymuszona i niechamska. Lubię ludzi zdecydowanych, konkretnych, którzy wiedzą, czego chcą. Sam chciałbym taki być.

Najseksowniejszy jest mózg?

- Absolutnie! Mózg czyni cuda (śmiech).

Podobno nie jesteś... ...łatwy w obejściu!

- Tak, mam swoje humory. Bywa, że jestem bardzo łagodny, ale choć może tego po mnie nie widać, bywam jak twój najgorszy nauczyciel z liceum. Podobno.

Rzucasz talerzami?

- Aż tak to nie. Raczej zdarza mi się wsiąść do samochodu i wyżyć się na autostradzie. Później, niestety płacę za to mandaty (śmiech).

Co cię denerwuje?

- Prostactwo i chamstwo. To mnie irytuje najbardziej. Bezmyślność - to, że ktoś najpierw mówi, a dopiero potem myśli. Nie lubię też osób, które uważają, że we wszystkim mają rację. Bo nie ma ludzi, którzy wiedzą wszystko!

Kłócisz się z nimi?

- Nie. Taki już jestem, że jeśli ktoś mnie wyjątkowo wkurza podczas rozmowy, po prostu przestaję go słyszeć. Szkoda energii. Na pewnym etapie i w pewnym wieku trzeba umieć odpuszczać.

Co cię cieszy?

- Praca i to, kiedy bliscy chwalą moją kuchnię.I kiedy sam znajdę na mapie Warszawy fajne miejsce, gdzie mogę zjeść coś pysznego albo kupić dobre czerwone wino. Rozczulają mnie zwierzęta i szczęśliwi ludzie, czyli, jak sama widzisz, proste, codzienne, normalne sprawy.

Co ostatnio ugotowałeś?

- Wczoraj na kolacji byli znajomi. Zrobiłem pizzę na bardzo cienkim cieście. Czekałem aż dwie godziny, żeby wyrosło. Ale warto było. Od koleżanki, która jest szefem kuchni w jednej z warszawskich restauracji, usłyszałem: "Stary, nie ściemniam. To jest druga dobra pizza, jaką w życiu jadłam. Pierwszą we Włoszech". Zrobiło mi się miło. Oczywiście podziękowania należą się osobie, która wrzuciła przepis do internetu (śmiech).

Masz popisowe danie?

- Chyba nie. Za to staram się popisowo układać dania na talerzu. Uważam, że "garniturek" jest bardzo ważny. Coś, co wygląda nieestetycznie, nie będzie smakowało tak dobrze, jak proste danie, ale za to pięknie podane. Dotyczy to nawet zwykłej jajecznicy. Zauważyłem, że ochota na gotowanie przychodzi mi wraz z porami roku. Latem gotuję znacznie rzadziej. Wolę wyjść na miasto, posiedzieć na zewnątrz. Wtedy jest trochę inna kultura - wychodzisz, spotykasz się ze znajomymi, jesz poza domem. A kiedy zaczyna się jesień, przychodzi czas zup. Wtedy gotuję i zajadam się kremami z dyni i marchewki.

Programy kulinarne są teraz bardzo trendy. Może powinieneś o tym pomyśleć?

- Hmm, nikt mnie jeszcze nie atakował w tej sprawie. Ale powiem ci, że gdyby ktoś mi zaproponował udział w programie kulinarnym, to mimo, że nie jestem kucharzem, chyba bym się skusił. Fajnie byłoby przeprowadzić jakąś kuchenna rewolucję.

Zmieńmy temat. Podobno chętnie spotykasz się z fankami?

- Tak, oczywiście. Staramy się spotykać regularnie, przynajmniej raz w roku.

Co się dzieje na takim spotkaniu?

- Wszystko! Padają wszystkie możliwe miłe słowa (śmiech). Rozmawiamy, podsumowujemy cały rok. Gadamy o tym, co się wydarzyło i co będzie się działo. Bardzo się cieszę, że ten fanklub istnieje. Jestem im za to wdzięczny.

Jakie to uczucie? Idziesz na spotkanie, na którym czekają dziesiątki zakochanych w tobie dziewczyn.

- Zawsze się stresuję! Podchodzę do drzwi, słyszę, że jest gwarno, one śmieją się, rozmawiają. Otwieram i nagle... cisza! Mówię "cześć!" i znowu cisza. Mówię wtedy: "To chyba wy jednak bardziej się denerwujecie niż ja" (śmiech). No i stres się rozładowuje. To są zawsze bardzo miłe spotkania.

Najdziwniejszy prezent, jaki dostałeś od fanki?

- Hmm, to chyba Biblia... Właściwie to nie ja ją dostałem, tylko mój bohater Marek z "BrzydUli" za złe prowadzenie (śmiech). Były tam podkreślone fragmenty, na które powinienem zwrócić szczególną uwagę. Nie bardzo wiedziałem, co z tym zrobić. Wtedy pomyślałem, że chyba jeszcze nieraz przyjdzie mi tłumaczyć się za bohatera, którego gram.

Kiedy jesteś z siebie dumny?

- Zawsze, kiedy dzwoni moja mama i mówi, że jest ze mnie zadowolona. Kiedy czuję, że ona jest ze mnie dumna, ja też jestem dumny.

Chciałbyś spróbować swoich sił w Hollywood?

- Nie. Stany Zjednoczone są dla mnie kuszące, ale wyłącznie turystycznie. Kusi mnie natomiast próbowanie swoich sił na innych polach.

Masz na myśli fotografię? To dalej twoja pasja?

- Cały czas. Fotografia była i jest moją wielką pasją. Bardzo dużo fotografuję.

Co ci daje satysfakcję?

- Moja praca i właśnie moje pasje. Pracuję teraz nad nowym spektaklem "Kochanie na kredyt". To bardzo aktualne zagadnienie. W końcu kredyt ma dziś większość Polaków.

Kredyt wiąże dziś mocniej niż obrączka...

- Dokładnie (śmiech). Mało tego - myślę nawet, że niejeden kredyt przeżył niejedno małżeństwo. 23 listopada odbędzie się premiera spektaklu w Londynie. Potem w grudniu w Polsce. To będzie komedia z elementami farsy. Wszystkie postacie, z wyjątkiem mojej, są przezabawne! Ja będę najmniej śmieszny. Dominik, którego gram, jest komornikiem. Niestety, nie do końca nadaje się do tej pracy - ma za miękkie serce. W dodatku rzuciła go żona. I to dla innego komornika! Kiedy Dominik pojawia się w domu Anny, jego życie jeszcze bardziej się komplikuje. Zapraszam na premierę!

Po "BrzydUli" i "Prosto w serce" o Bobku ucichło. Miałeś wrażenie, że zniknąłeś?

- Kiedy grałem w "BrzydUli", odczułem, co to znaczy być rozpoznawalnym. To było dość irracjonalne. Nikt mi wcześniej nie powiedział, że tak może być. Długo oswajałem tę sytuację. Dziś wtapiam się w tłum i normalnie funkcjonuję. Jadę metrem i nie czuję się skrępowany. A jeśli chodzi o zainteresowanie mediów, ono zawsze maleje, kiedy seriale schodzą z anteny. Nigdy nie robiłem wokół siebie szumu, zawsze raczej od tego uciekałem. Nawet kiedy paparazzi stali pod moim domem, nie godziłem się na "ustawki". To nie ja. W szkole teatralnej uczyłem się zupełnie innego podejścia do tego zawodu.

Nie uczyli was, jak radzić sobie z popularnością?

- Szkoła nie jest od tego. Z dnia na dzień stałem się popularny i oto nagle siedziałem w domu i czytałem plotki na swój temat! Najpierw się zbuntowałem. Ale w końcu przyjąłem do wiadomości, że tak już musi być. I przestałem się tłumaczyć z plotek. Jeśli chcą, niech piszą. Życie plotki jest zresztą bardzo krótkie.

Komentarze hejterów denerwują?

- Nie czytam ich, bo kompletnie mnie to nie interesuje.

Bardzo pozytywne komentarze ma najnowszy serial z twoim udziałem "2XL".

- Takiego pomysłu na serial jeszcze w Polsce nie było. Ukłon w stronę reżysera Bodo Koxa, który dawał aktorom bardzo dużo luzu podczas pracy na planie. Temat otyłości został potraktowany normalnie, bez zadęcia i moralizowania. Mam poczucie, że dla widzów to też coś nowego.

Takich facetów jak twój filmowy Albert jest teraz sporo...

- Wydawać by się mogło, że on ma wszystko - dom, żonę, dziecko, firmę, pieniądze. Żyje na pewnym poziomie, jeździ świetnym samochodem. A jednak ciągle czuje, że coś mu się nie udaje. Chyba chodzi o to, że on nie wychodzi spod pantofla żony.

Masz satysfakcję z grania, na brak propozycji nie narzekasz, realizujesz pasje. Jesteś chyba w dobrym momencie życia?

- Chyba tak. Mam w planach zrobić kilka fajnych rzeczy. Ale nie mówię o nich, żeby nie zapeszyć!

Praca jest dla ciebie ważna czy najważniejsza? Jesteś pracoholikiem?

- Jest bardzo ważna, ale jednak jest na drugim miejscu. Moi najbliżsi są ważniejsi. Kiedy kładę się spać, nie myślę o kolejnych scenach, o tym, jak je zagram. Myślę o tym, o czym myśli każdy z nas. Marzę, podsumowuję dzień. Może to oznacza, że dojrzewam? W końcu!

To o czym tak marzysz przed zaśnięciem?

- Oprócz tych oczywistych rzeczy, marzę o jednym - żeby zawsze udawało mi się przejechać autostradę bez mandatu! (śmiech)

Dowiedz się więcej na temat: Filip Bobek

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje