Tak się wkręcam

Versace, Calvin Klein, Karl Lagerfeld, Chanel, Christian Dior, Prada, Yves Saint Laurent, Louis Vuitton, Givenchy czy Jean Paul Gaultier - pracowała z czołówką projektantów. Teraz, po kilku latach przerwy, wraca do światowej ekstraklasy modelek. "W Polsce mam gębę trudnej modelki, ewidentnej fuksiary, która ma tyle szmalu, że wszystko sobie załatwiła, kupiła i teraz się wkręca" - zdradza Małgosia Bela.

Łukasz Maciejewski, Machina: Małgosiu, wróciłaś do światowej ekstraklasy modelek.

Reklama

Małgorzata Bela: To był przypadek, jak prawie wszystko, co mnie dotąd spotykało w życiu. Jakiś rok temu poleciałam do Los Angeles, żeby spotkać się z agentami filmowymi, którzy mogliby mi pomóc zorganizować się aktorsko w Stanach, ale żeby do nich dotrzeć, musiałam użyć swoich kontaktów z przeszłości. Z czasów, kiedy byłam modelką.

"Byłam" modelką?

No tak, oczywiście. Urodziłam dziecko, zagrałam w dwóch filmach, poza tym jestem już, jak na modelkę, staruszką: mam 29 lat, dlatego byłam pewna, że ta zabawa to naprawdę czas przeszły. Dokonany.

Tymczasem...

W Nowym Jorku natychmiast zaproponowano mi, żebym wróciła do zawodu. Znajomy fotograf w pół godziny zrobił mi pierwszą od kilku lat sesję, która na pniu została sprzedana. Od tego momentu się zaczęło. I trwa. Wierz mi - w modelingu naprawdę bardzo wiele zależy od menagementu. Od tego, w jaki sposób się ciebie wymyśli albo komu zaproponuje. Rynek dziewczyn jest naprawdę potężny. Mnie wypromowano od nowa w dosyć przewrotny sposób. Zamiast fotograficznego portfolio, dołączono płytę DVD z fragmentami filmów. Agencje dowiedziały się, że Bela jest teraz bardzo zajęta, gra w filmach, ale od czasu do czasu może łaskawie się zgodzić na sesję zdjęciową. Ale tylko w najlepszych pismach, u najważniejszych projektantów. A jeżeli ktoś jest mniej osiągalny, to ceni się go bardziej.

Podziałało. Już od kilku miesięcy próbowałem się z Tobą umówić na ten wywiad. Nie było łatwo, ciągle gdzieś kursujesz: Stany, Anglia, Szwecja, Afryka...

Nie wierzyłam, że to chwyci. Myślałam, że ten zawód już mnie po prostu nie interesuje. Avedon umarł, z większością pozostałych fotografów już pracowałam i jakoś nie miałam ochoty na dalszy ciąg. A jednak patent z demówkami na DVD zamiast klasycznego portfolio świetnie się sprawdził.

No i teraz jesteś przed Kate Moss.

Nie, to przesada. Kate Moss ma inne sposoby, żeby się wypromować. Jest dyżurną skandalistką. To też działa.

Twoja kariera...

Weź to proszę w cudzysłów. Traktuję to jako pracę. Czasami nawet ciężką. Przez dłuższy czas wydawało mi się, że to jakieś żarty. Uśmiecham się, ktoś mnie fotografuje. I jeszcze mi za to płacą.

Odniosłaś sukces jakby kuchennymi drzwiami. Od razu salon, bez przedpokoju. Ominęły Cię splendory w rodzaju sesji w "Vivie" czy kanapy u Wojewódzkiego. Myślę, że mało ludzi w Polsce wie o Twoim powrocie na szczyt.

No i super, po co mają wiedzieć? Rzeczywiście, wybacz to porównanie, ale moje zawodowe doświadczenia przypominają trochę casus "Pianisty" Polańskiego albo "Nikifora" Krauze.

W Polsce, także za rolę w "Ono", dostałam potężne lanie, a na świecie jest jednak zupełnie inaczej. Pamiętam, że moja pierwsza sesja w Polsce została uznana przez profesjonalistów za kompletną pomyłkę. Uznali, że się nie nadaję.

W Nowym Jorku zaistniałaś momentalnie.

Trafiłam na odpowiednie osoby, w odpowiednim momencie. Tam są naprawdę świetni specjaliści, wyszukujący nowe twarze. Potrafili zobaczyć mnie zupełnie inaczej. Ja im się nawet dziwię: przyjechała taka bida z Polski, fatalnie ubrana, źle uczesana, z toną makijażu na twarzy. Nie interesowało ich zupełnie, jak wyglądam na castingu, tylko jak będę wyglądała, na sesji.

Kim chciałaś być jako dziewczynka?

Chciałam być aktorką, ale mama pozbawiła mnie złudzeń, mówiąc, że jestem za wysoka i mam wadę wymowy.

Mnie w dzieciństwie moda kojarzyła się z pismem "Wykroje i wzory", na podstawie których mama dziergała swetry, i z pozującą w nich Małgorzatą Niemen.

Pamiętam, pamiętam. Mnie też modelki kojarzyły się wtedy z Małgorzatą Niemen, jeżeli z kimkolwiek się kojarzyły.

Ale już w drugiej połowie lat 80. modelki stały się celebrieties, ikonami popkultury.

Naomi Campbell, Linda Evangelista, Cindy Crawford, wszystkie wystąpiły w wideoclipie "Freedom 90" George'a Michaela. Znałam ich twarze, ale bardziej interesowali mnie ich narzeczeni, sławni aktorzy albo piosenkarze. Pamiętasz clip do "November Rain" Guns'N'Roses?

Axl Rose się tam żenił.

Z modelką, Stephanie Seymour. Trochę jej zazdrościłam. Ale to był świat z innej planety. Nieszczególnie mnie interesował, a już zupełnie nie wyobrażałam sobie siebie w takim kontekście. Nie miałam takich marzeń. Byłam kujonem, nie chodziłam na imprezy. Do dzisiaj mi to zresztą zostało.

Dla dziewczyn, marzących o karierze modelki jesteś autorytetem.

Myślę, że one są jednak dużo bardziej świadome ode mnie. Wiedzą, że to nie tylko sława i piękne stroje, ale dobre pieniądze, szansa na efektowny start życiowy. Tymczasem ja byłam kompletnie zielona. Nie uwierzysz, ale nie miałam pojęcia, że na tym można w ogóle zarobić. Rodzice też się tym nie interesowali. Poleciałam do Nowego Jorku, natychmiast pojawiły się świetne propozycje, ale ja bardziej martwiłam się, co będzie z moimi studiami. Byłam wtedy na drugim roku anglistyki, ale już z ukończoną szkołą muzyczną drugiego stopnia w klasie fortepianu. A tutaj nagle, z dnia na dzień, otworzył się cały świat. Przez dłuższy czas wstydziłam się powiedzieć rodzicom, że pracuję i że zarabiam. No bo co to była za praca?

Przecież to musi być męczące. Pokazy, wielogodzinne sesje.

Bardziej męczące są podróże. Kiedy ma się, jak w moim przypadku, małe dziecko, to już nie jest to taka wielka frajda.

Zwiedzasz te wszystkie kraje?

Prawie nie ma szans. Sesja, hotel, bilet, lotnisko.

Cały wywiad przeczytasz w najnowszym numerze miesięcznika

Machina
Dowiedz się więcej na temat: modelki

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje