Łatwo nie było!

Relacja matka – dziecko to najintymniejsza z rodzinnych więzi. Katarzyna Dowbor, Joanna Żółkowska i Beata Ścibakówna opowiadają nam o swoich sposobach na wychowanie pewnych swej wartości, choć czasem mocno się buntujących młodych ludzi.

Katarzyna Dowbor: Matka to nie kumpel, musi stawiać mur

Reklama

Jestem matką tolerancyjną, pozwalającą na wiele, ale są momenty, kiedy, jak w pokerze, mówię: sprawdzam! I nie spotkał mnie nigdy jakiś większy zawód, rozczarowanie. Wiem, że jeśli moja córka "wnioskuje", aby nie iść następnego dnia do szkoły, to dlatego, że ma akurat bardzo ciekawą wystawę w Zachęcie, kółko filozoficzne albo przygotowuje się właśnie do kolejnej olimpiady.

Moje dzieci są szalenie inteligentne. Odpowiedź: "nie, bo nie", nigdy nie wchodziła więc w grę. Musiałam i nadal muszę "pogimnastykować się" intelektualnie i w swoich odpowiedziach być bardzo racjonalna i precyzyjna. Dyskutowanie z Marysią, która jest laureatką olimpiady filozoficznej, bywa trudne. Coraz częściej przegrywam starcia. Ale nie mam problemu, aby przyznać rację dziecku. Potrafię też moje dzieci przeprosić. I widzę, że dzięki temu one także umieją to robić.

Nie jestem też zwolenniczką prawienia morałów i kazań, wykładania życiowych mądrości. Dzieci nie słuchają, ale przede wszystkim obserwują, co robimy, i to z obserwacji właśnie czerpią wzorce. Kiedyś ktoś mi powiedział: "No co ty, przecież nie będę przepraszać malucha, bo stracę autorytet". Wyznaję przeciwną teorię: stracę autorytet, jeśli nie będzie mnie stać na powiedzenie: "Myliłam się, przepraszam, to ty masz rację". Przyznanie się do błędu nie bije w moje poczucie własnej wartości.

W relacji z moimi dziećmi nie ma tematów tabu. Nie rozumiem, kiedy ludzie mówią: "Ona/on jest za mała/-y na takie rozmowy". Nie ma dzieci za małych na żadną rozmowę, tylko język może być niedostosowany do ich wieku. Kiedy słyszałam tak zwane "trudne pytania", nigdy nie odpowiadałam: "Nie garb się" czy: "Siadaj do lekcji". Starałam się stawiać czoło każdej kwestii. Możemy więc rozmawiać o wszystkim, ale matka to nie kumpel. Nie wyobrażam sobie, aby dzieci poklepywały mnie po plecach.

Stawiam granice. Szczególnie jeśli chodzi o kwestie dotyczące bezpieczeństwa. Bezstresowe wychowanie, kiedy dziecku wolno dosłownie wszystko, to jakaś marketingowa pomyłka. Dzieci potrzebują ram, a ja jestem od tego, aby te ramy wytyczać. Daję oddech, przestrzeń, ale buduję mur, przy którym dzieci mają się zatrzymać. Wychowanie to pryncypia, ale też codzienna gra niuansów. Staram się o tym pamiętać.

Mam w głowie pewien obrazek z przeszłości, który bardzo często do mnie wraca. To były początki mojej drogi zawodowej. Mój syn Maciek miał wtedy może dwa lata. Tamtego dnia nie znalazłam dla niego żadnej opieki, a miałam, tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, bardzo ważne nagranie. Zabrałam więc synka ze sobą. Na planie stres, gwar, pośpiech. Musiałam się skupić i wykonać zadanie. Maciek, jak to małe dziecko, szukał sobie miejsca i zajęcia. Próbował zwrócić na siebie uwagę mamy albo chociaż kogoś z ekipy. I wciąż słyszał: "Maciek, cicho, nagrywamy". Kiedy skończyłam, odwróciłam się i to właśnie tego widoku nie zapomnę nigdy: moje dziecko stało w kąciku z oczami pełnymi łez. Podbiegłam i zapytałam, co się stało, dlaczego płacze. Odpowiedział: "Bo nie wolno mi nic powiedzieć". Serce mi pękło. Pamiętam doskonale tę sytuację, bo się tego wstydzę.

Dziś nie wyobrażam sobie, abym się tak zachowała. Najpierw znajduje się sensowne i ciekawe zajęcia dla dziecka, a dopiero potem można "bawić się" w nagrywanie. Widzę ogromną różnicę między byciem matką dla Maćka i dla Marysi. Kobieta, która rodzi dziecko w młodym wieku, biologicznie jest w idealnym momencie. Natomiast psychicznie ma jeszcze bardzo wiele do zrobienia... Dla Marysi jestem zdecydowanie mądrzejszą matką, mam odwagę przyznać się do tego. Córka wyzwoliła we mnie pokłady spokoju, cierpliwości i chęci oddania się macierzyństwu, poświęcenia się, ale w najlepszym tego słowa znaczeniu. Żałuję, że nie miałam w sobie tej mądrości wcześniej.

Joanna Żółkowska:Dzieci muszą się trochę poturbować

Paulina od zawsze była niepohamowanie ciekawa wszystkiego. A taka ciekawość dziecka zwykle zwiastuje kłopoty. Wciąż musiała coś zobaczyć, czegoś dotknąć, coś sprawdzić i często kończyło się to katastrofą. Miałam przed sobą nie lada wyzwanie - jak poprowadzić przez życie takie ciekawskie dziecko, które wszystkiego musi doświadczyć samodzielnie. Ale nie uważałam, że jest trudnym dzieckiem, choć na pewno z charakterkiem. Wciąż wkładała palce między drzwi, a potem trzeba było ją ratować.

Nigdy nie stosowałam jednak zakazów. Nie zrzędziłam: "Nie wolno, nie rób tak". Nigdy nie prowadziłam polityki nakazów i zakazów. Ale ponieważ wiedziałam, jaki to charakterek, używałam różnych sprytnych sposobów, by ją wychowywać, ale by nie czuła się zdominowana czy zniewolona. Bo chciałam, żeby się rozwijała. A najbardziej - żeby podejmując decyzję, używała rozumu. Przedstawiałam więc możliwe konsekwencje i mówiłam: "Zrób, jak uważasz. To twój wybór". I zwykle wybierała rozsądnie. Pewnie dlatego nigdy nie było między nami sytuacji na ostrzu noża.

Pamiętam, jak kiedyś wybierała się na jakąś imprezę. "Zostanę tam na noc" - oznajmiła. Nie protestowałam. Powiedziałam tylko: "Oczywiście, możesz zostać, tylko wyobraź sobie, jak to będzie, gdy się rano obudzisz w obcym domu. I pomyśl, czy dalej będzie fajnie". Wróciła do domu. Czasami też stosowałam przemoc (śmiech). Bo wysyłałam pod zostawiony adres (a zawsze musiałam znać adres, pod którym bawi się moja córka) taksówkę. Taksówkarz pukał do drzwi: "Panna Holtz do domu". Wtedy nie miała wiele do powiedzenia, więc wsiadała do auta. Ale nie miała mi tego za złe.

Nigdy jednak nie wciskałam nosa w jej sprawy. Dla mnie terytorium prywatne to świętość. Miała chyba siedem lat, gdy zapytała mnie, czy musi mi wszystko mówić. Odpowiedziałam, że każdy człowiek, nawet najmniejszy, ma prawo do kawałka prywatności. I że nie musi mi wszystkiego mówić, ma prawo mieć swoją własną intymną sferę. Chciałabym, żeby mi mówiła tylko wtedy, gdy sama będzie chciała się czymś ze mną podzielić. Zwykle dzieliła się. A ja zawsze trzymałam jej stronę.

Przecież w podstawówce to moje charakterne dziecko wciąż wchodziło w jakiś ostry konflikt! Do upadłego kłóciła się z nauczycielem, który niesprawiedliwie potraktował jakiegoś ucznia. Potrafiła po ostrej wymianie zdań wyjść z klasy, trzaskając drzwiami! Raz nawet przez te "dyskusje" musiała zmienić szkołę. A ja, gdy byłam wzywana do szkoły, zawsze stałam za nią murem. Kiedyś wezwano mnie w dniu wagarowicza, bo część dzieci uciekła z lekcji. Szłam do szkoły i myślałam: "No, Boże, jak ona została i nie uciekła, to ja się zabiję". Na szczęście uciekła.

Wiedziała zawsze, że ma we mnie sprzymierzeńca. To daje dziecku ogromne poczucie bezpieczeństwa. A ono jest najważniejsze. Pamiętam też dwa lata, które były zupełnym koszmarem. Z jednej strony wiedziałam, że kiedyś ten czas minie, ale z drugiej - że muszę przez to przejść. Paulina przekraczała granice, by poznać i stworzyć siebie. Musiała się sprawdzić, jak to jest, a przy okazji wszystkiego spróbować. Kiedyś wyszłam przed dom na papierosa. Nagle obok mnie siada moja 16-letnia córka, wyciąga papierosa i też zaczyna palić. Bezczelnie pod moim nosem. Zaniemówiłam. Potem zaczęłam się śmiać. "Nie bądź głupia - powiedziałam. - Ja palę bez sensu, po prostu kiedyś zaczęłam i nie potrafię skończyć. Ale marzę o tym, żeby nie palić". Dodałam jeszcze, że jeśli chce się tak męczyć jak ja, to niech pali. Poprosiłam, by popatrzyła na mnie jak na ofiarę nałogu. Nie trwało długo to jej palenie.

Oczywiście, bałam się o nią cały czas, ale szczęśliwie przeszłyśmy czas "buntu na pokładzie". Intuicyjnie czułam, że jest potrzebny. Niedawno przeczytałam, że charakter kształtuje się właśnie w buncie. Że jest on dziecku potrzebny i trzeba na niego pozwolić. Ważne jest tylko, by pilnować bezpieczeństwa. Bywały i wielkie awantury. Z trzaskaniem drzwiami. Ja również trzaskałam i demonstrowałam, że jestem tak samo bezradna, jak ona w tym wszystkim. Chciałam, żeby czuła, ile mnie kosztuje to, co robi.

Nigdy nie bałam się kłótni. Takie chwile konfliktowe są bardzo dobre, bo pokazują, jak nam na sobie zależy. Są zawsze z powodu miłości i troski. Zresztą te nasze awantury nigdy nie trwały długo. Paulina też wiedziała, że jeśli mówię "nie", to kosztuje mnie to wystarczająco dużo, bo raczej na wszystko pozwalałam. Że nie mówię tego po to, by pokazać, kto tu rządzi, ale dlatego, że to ważne dla jej bezpieczeństwa.

Czasem się mimo wszystko upierała. Co wtedy mogłam zrobić? Wariowałam, ale nie miałam wyboru. Bo przecież zawsze powtarzałam jej, że ma być wolną, myślącą samodzielnie osobą. Uważam, że trzeba pozwalać dzieciom na popełnianie ich własnych błędów. Muszą się trochę poturbować, bo tylko w ten sposób czegoś się nauczą, przez doświadczenie. Trzeba tylko mądrze asekurować. Gdy skacze na bungee głową w dół, jednak rozłożyć siatkę. Uważam też, że z ludzi ciekawych świata, z charakterem wyrastają ciekawe osobowości. Mądra matka więc tych cech w swoim dziecku nie zabija.

Beata Ścibakówna: Dojrzewanie to walka o niezależność

Dwa lata temu przyszła do mnie Helena i powiedziała, że chce być wolontariuszką w więzieniu. Dziwny pomysł jak na czternastolatkę! Wiedziałam, że w szkole, do której chodzi Helena, pracuje pani Marina, która zajmuje się pomaganiem potrzebującym: opiekuje się uchodźcami, angażuje się w różne akcje pomocy. Okazało się, że tym razem pani Marina zapytała uczniów, kto chce chodzić w soboty do więzienia, żeby bawić się z dziećmi, które przychodzą odwiedzić swoich ojców i czekają na widzenie. Miałam mieszane uczucia, mąż uważał, że to nie jest miejsce dla nastolatki. A Helenka się uparła: "Chcę tam pójść".

Pierwszy raz zawiozłam ją na Rakowiecką, pod więzienie. Pani Marina już czekała z kilkoma dziewczynkami, które też zgłosiły się do pomocy. Zobaczyłam, jak za moją córką zatrzaskują się więzienne drzwi, a po dwóch godzinach odzyskałam dziecko. "One nawet nie mają kredek w tej świetlicy" - opowiadała ze łzami w oczach. Pojechałyśmy więc od razu kupić trochę rzeczy. Potem Helena w każdą sobotę chodziła do tego więzienia. Na święta dziewczyny przygotowały imprezę z robieniem ozdób na choinkę, zabawami i Mikołajem, który rozdawał prezenty. Dziś widzę, że te soboty sprawiły, że doceniła świat, w którym żyje, a nam pokazała, że jest wrażliwa na los innych oraz że... potrafi postawić na swoim.

Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, że ma zdecydowanie własne zdanie, kiedy wybierała gimnazjum. Helena od razu wiedziała, do którego chce iść. Sprawdziła, wypytała, zbadała i poszła na egzamin, wiedząc, że chce zdawać maturę międzynarodową. To duża dojrzałość jak na dziecko. Ale też ciężko czasem znieść taki upór.

W tym roku oznajmiła na przykład, że na ferie zimowe nigdzie nie wyjeżdża, bo chce odpocząć, wyspać się, poleżeć w łóżku, przeczytać zaległe książki, obejrzeć ulubione seriale, czyli robić to wszystko, na co nie ma czasu w roku szkolnym. Żałowałam, bo w poprzednie lata jeździła podczas ferii na obozy narciarskie. Nie pomogły przekonywania. "Nie namówisz mnie" - powiedziała stanowczo. Musiałam ustąpić.

Cieszę się, że moje dziecko ma własne zdanie, choć czasem nie jest to łatwe. Cenię to jej "nie", bo wiem, że jeśli dziś umie się przeciwstawić i zawalczyć o swoje, to będąc dorosłą kobietą, nie pozwoli sobą manipulować. Pozwalam jej na własne wybory. Również na popełnianie błędów, bo na nich człowiek uczy się najlepiej. Oczywiście ostrzegam, radzę, ale nie narzucam, zostawiam możliwość wyboru. Choć nieraz potem chciałam powiedzieć: "A nie mówiłam?". Przypominam sobie wtedy, jak sama tego nie lubiłam w młodości, więc powstrzymuję się. W miarę możliwości (śmiech).

Rozumiem, że dziś wypada i można robić więcej rzeczy niż w czasach, kiedy ja byłam młodą dziewczyną. Raz Helena pomalowała paznokcie na czarno i ruszyła do szkoły. "Dokąd się wybierasz z tymi paznokciami?" - zapytałam. Kazałam jej to zmyć. W moich czasach to było nie do pomyślenia! Wyleciałabym ze szkoły. W końcu ustąpiłam, bo zobaczyłam, że jej koleżanki też malują na ciemno paznokcie. Inne czasy.

Bywają oczywiście momenty, kiedy między nami jest zero porozumienia. Na szczęście rzadko. Wrzeszczy, krzyczy, trzaska drzwiami, a za chwilę przychodzi i mówi: "Mamo, czy mogłabyś mi zaparzyć miętę?". Jakby nic się wcześniej nie stało. Ktoś powiedział, że okres buntu to taki czas, kiedy córka chciałaby zabić matkę, a matka córkę. To walka o niezależność, o swój "kawałek podłogi". Na szczęście mam sprawdzoną informację - to mija!

Weronika Zdunowska, Beata Biały

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje