Reklama

Reklama

Moja nowa filozofia

Uwielbiam gości. Lubię ich rozpieszczać. Czuję się za nich odpowiedzialna. W gruncie rzeczy wciąż jestem tą samą Basią - harcerką z Jaworzna, która organizowała życie całego zastępu - mówi Basia Trzetrzelewska.

Przejmuje inicjatywę od pierwszej chwili. Wiesza w szafie mój przemoczony płaszcz i nalewa herbatę do porcelanowej filiżanki. Basia pyta, czy podoba mi się Londyn i jak do niej trafiłem. Uważnie słucha, gdy mówię, że w ulewnym deszczu zgubiłem drogę i musiałem prosić o pomoc młodego Hindusa, by podrzucił mnie swoją rowerową rikszą. Z troską pyta, czy zjem jeszcze jeden kawałek ciasta. Czy tak zachowuje się gwiazda, której nazwisko, głos i charakterystyczną grzywkę znają ludzie na całym świecie?

- Uwielbiam gości. Lubię ich rozpieszczać. Czuję się za nich odpowiedzialna. W gruncie rzeczy wciąż jestem tą samą Basią - harcerką z Jaworzna, która organizowała życie całego zastępu i śpiewająco zdobywała kolejne sprawności - uśmiecha się piosenkarka.

Reklama

It´s that girl again (to znów ta dziewczyna)

- Od zawsze byłam przedsiębiorcza i zdyscyplinowana. To cecha po ojcu - mówi Basia. Jej rodzice byli tzw. prywatną inicjatywą. Prowadzili cukiernię w Jaworznie.

- Gdyby mój tata żył w dzisiejszych czasach, byłby pewnie bogaty i szczęśliwy. W latach 60. prowadzenie własnej firmy wymagało heroizmu i stalowych nerwów - tłumaczy. Basia wspomina, jak po szkole pomagała mamie sprzedawać ciastka i lody. Czasem w sklepie pojawiał się urzędnik z inspekcji handlowej i liczył, ile gałek lodów sprzedały. Potem zawsze fiskus nakładał na cukiernię rujnujące "domiary".

Ojciec był absolutnym legalistą. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że można oszukać wrogą mu administrację i ocalić chociaż część pieniędzy. Wieczorami dopadał go stres. Wtedy zaglądał do kieliszka.

- Jak większość ludzi w tamtych trudnych czasach - kwituje Trzetrzelewska. Dla czwórki dzieci bywał bardzo surowy. Sporo wymagał. - Bardzo dobrze się uczyłam - mówi artystka. - Zależało mi na tym, by ojciec mnie pochwalił. Wiedział, że mam predyspozycje do nauk ścisłych. Chciał, żebym została lekarzem. Ale ja marzyłam o tym, by śpiewać...

Basia miała 15 lat, gdy na przeglądzie piosenki harcerskiej wypatrzył ją menedżer najpopularniejszego polskiego girlsbandu Alibabki. - Boże! Jak ja uwielbiałam ten zespół! - wykrzykuje Trzetrzelewska z entuzjazmem. - Znasz piosenki "Grajmy sobie w zielone" czy "Kwiat jednej nocy"? Musisz to znać! Coś pięknego!

Ale ojciec nie chciał nawet słyszeć o tym, by jego nastoletnia córka rzuciła szkołę i została szansonistką. - Dopiero gdy skończyłam liceum, udało mi się go ubłagać, by pozwolił mi wyjechać z Alibabkami na dwumiesięczne tournee. To miała być przygoda wakacyjna. Dwa miesiące przeciągnęły się do półtora roku - śmieje się Basia i znów dolewa mi herbaty.

Everybody´s on the move (wszyscy są w ruchu)

- Z Polski wyjechałam z miłości - mówi otwarcie Basia. Ale najpierw było krótkie małżeństwo, którego owocem jest Mikołaj, syn piosenkarki. Jeszcze w Warszawie poznała Johna - idealistę, który chciał żyć, zajmując się dziećmi z rozbitych rodzin. Razem wyjechali najpierw do USA, gdzie Basia śpiewała w polonijnym klubie.

- Nie byłam szczęśliwa w Chicago - wspomina wokalistka. - Nie potrafiłam się tam zaaklimatyzować. Pojawiły się wprawdzie jakieś ciekawe perspektywy: kilku muzyków namawiało mnie, żeby wraz z nimi założyć zespół, ale ja za bardzo tęskniłam za bliskimi, którzy pozostali w Polsce. Gdy po pół roku przenieśliśmy się do Londynu, odetchnęłam z ulgą. Sama świadomość, że od kraju nie dzieli mnie już ocean, wystarczyła, żebym poczuła się lepiej.

Ale pierwsze lata w Anglii to - jak Basia przyznaje - najtrudniejszy okres w jej życiu. - Odwiedziła mnie kiedyś mama i załamała ręce. Mieszkaliśmy z Johnem w fatalnych warunkach. Oboje byliśmy na zasiłku dla bezrobotnych. Dorabiałam, nagrywając za grosze piosenki amatorów w podrzędnych studiach. Przez kilka lat nie kupiłam sobie niczego nowego. Wszystkie ubrania miałam z second-handów. Czy cierpiałam z tego powodu? Daj spokój! - Basia zdecydowanym ruchem odgarnia grzywkę. - Przecież jestem harcerką!

If not now, then when? (jeśli nie teraz, to kiedy?)

Momentem przełomowym w życiu Basi Trzetrzelewskiej było spotkanie z Dannym White´em, pianistą i założycielem formacji Matt Bianco.

- Znalazłam w gazecie ogłoszenie: "Zespół szuka wokalistki". Problem polegał na tym, że nie miałam wtedy żadnego porządnego nagrania, żeby im pokazać, jak śpiewam. A szef tamtej formacji, gdy o tym się dowiedział, nie chciał się ze mną spotkać - wspomina. Basia poszła więc do studia i nagrała piosenkę, "bardzo ambitną" - jak pamięta - z repertuaru Chaki Khan.

Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że inżynierem dźwięku w tym studio był członek zespołu Danny´ego. I to on właśnie przekonał szefa, żeby Polka zaczęła z nimi śpiewać.

- Basia do dziś mi to wypomina - śmieje się Danny White, gdy pytam go o początek przyjaźni z polską piosenkarką. - Nie byłem pewny, czy ona pasuje do naszego zespołu. Tak bardzo różniła się od naszej poprzedniej wokalistki. Ale wkrótce zakochałem się w jej głosie.

Prawdę mówiąc, nie tylko w głosie... - Swoją pierwszą piosenkę "Time & Tide" napisałam o naszej niespełnionej miłości. Oboje byliśmy wtedy w innych związkach. Zabawne, że w Ameryce ta piosenka robi furorę na ślubach. Czy nikt nie wsłuchuje się w teksty? - pyta Basia.

Gdy płyta "Time & Tide" pojawiła się w sklepach, Basia i Danny byli już parą. Ale na sukces zawodowy trzeba było jeszcze poczekać.

- W Anglii nasz album zaklasyfikowano jako "muzykę niekomercyjną", co było równoznaczne z wyrokiem śmierci. Na szczęście tym "niekomercyjnym" brzmieniem zachwycili się Francuzi. Potem ktoś zawiózł naszą płytę do USA i tam znalazła się w kategorii "współczesna muzyka jazzowa". A akurat taki kierunek zaczynał być w modzie. Nasze piosenki nadawały małe, prężne stacje radiowe. Po roku od premiery płyty i sukcesach zagranicznych dostrzeżono nas w Anglii. Zaczęliśmy robić karierę.

Winners (Zwycięzcy)

Koniec lat 80. i początek 90. to czas wytężonej pracy. Trzy płyty, niezliczona liczba koncertów na kilku kontynentach. Oddani fani nie tylko w Europie i Ameryce, ale nawet w Japonii. - Na pewno mogłabym osiągnąć jeszcze więcej, gdybym czuła głód sławy - przyznaje piosenkarka. - Ale moje piosenki rodzą się w bólach, są rodzajem autoterapii. Niech cię nie zwodzą wesołe, skoczne melodie. Wsłuchaj się w treść.

Najgorsze jest to, że nigdy nie miałam dobrego zdania o własnej muzykalności i talencie literackim. Chyba zbyt wysoko zawiesiłam sobie poprzeczkę: muzycznie moim idolem był Stevie Wonder. Kochałam teksty piosenek Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego z Kabaretu Starszych Panów. Takie wzorce deprymują. Na szczęście był Danny, który stał się aniołem stróżem mojej kariery. Codziennie przypominał mi, że mam pisać. Wierzył w mój talent i dodawał mi otuchy, mobilizował do pracy. Podrzucał mi świetne podkłady muzyczne, do których piosenki same się układały.

Związek dwojga muzyków pracujących w jednym zespole przetrwał zaledwie dwa lata, ale rozstali się bez walki i wzajemnych oskarżeń. Basia nawet zaśpiewała "Ave Maria" na ślubie Danny´ego. Przyjaźnią się dalej i - co równie ważne - wciąż razem pracują. - Codziennie od 28 lat zastanawiam się, jakim jestem szczęściarzem. Pracuję i przyjaźnię się z niezwykłą kobietą, która we wszystko, co robi, wkłada serce i dodaje szczyptę magii. Choć już nie jesteśmy parą, nie mogę sobie wyobrazić życia bez niej - mówi stanowczo Danny White.

They know nothing about us (Oni nic o nas nie wiedzą)

- Wszyscy myślą, że piosenka o parze kochającej się na przekór potępiającemu ich światu to historia mojej miłości z obecnym partnerem - Kevinem. A to wcale nie o nas! Owszem, gdy zaczęłam się spotykać z pochodzącym z Jamajki czarnoskórym trębaczem zespołu Simply Red, usłyszałam ostrzeżenia, że zostanie to w Polsce źle odebrane. Ale nigdy się tym nie przejęłam. I miałam rację - mówi z błyskiem w oku.

Przed pierwszą wspólną wizytą w Jaworznie piosenkarka z ciężkim sercem ostrzegła partnera, że jej ojczyzna to kraj, w którym tolerancja dla odmienności wygląda nieco inaczej niż w wielokulturowej Wielkiej Brytanii. Ale Kevin machnął tylko ręką: "Basia, jestem synem brytyjskiego oficera, w młodości wciąż się przenosiłem z kraju do kraju. Nic mnie nie zaskoczy". Za to zaskoczona, pozytywnie, była Basia. Bo Kevin błyskawicznie się w Polsce zaaklimatyzował.

- Jest fanem naszej kuchni i stylu życia - mówi wokalistka, uśmiechając się szeroko. - Tego niekończącego się biesiadowania, trzech obiadów z rzędu, szerokiego gestu, wspólnego śpiewania przy kieliszku czegoś mocniejszego... Wiesz, jak wygląda typowe angielskie wesele? To obiad, po którym jeśli chcesz wypić drinka, to musisz za niego w barze zapłacić. W Polsce to na szczęście nie do pomyślenia. A moje obawy co do małego stopnia tolerancji w naszym kraju były przesadzone. Kevin sam chodzi na zakupy. Moi znajomi go uwielbiają. Wszystko jest w porządku.

Basia nakłada mi na talerzyk kolejny kawałek tarty cytrynowej i z ożywieniem wspomina fantastyczną Wigilię w rodzinnym Jaworznie. Była cała rodzina z Polski, Kevin z rodzicami, jej dorosły syn Mikołaj z żoną - pochodzącą z Hongkongu studentką sztuk pięknych May Lan. Goście ze wszystkich stron świata zgodnie śpiewali polskie kolędy.

There´s a tear (oto łza)

Po trzech płytach, które wyszły niemal jedna po drugiej, Basia zwolniła tempo. W następnych latach wydała jeszcze dwa albumy, na których w większości znalazły się znane już wcześniej piosenki. - Próbowałam utrzymać rozpęd, ale powoli traciłam ochotę do pracy - przyznaje Trzetrzelewska. - Co nie znaczy, że spoczęłam na laurach. Gościnnie śpiewałam na płytach innych wykonawców, nagrywałam jakieś reklamówki, ale nie miałam siły na nic ponad to.

- Żeby Basia mogła tworzyć, musi być szczęśliwa. A w tamtym czasie umarło kilka bardzo bliskich jej osób - mówi Marta Bem, przyjaciółka piosenkarki. - Kiedy Basia jest smutna, zamyka się w pokoju, zaciąga zasłony. Na wszystko reaguje bardzo emocjonalnie.

- Po śmierci mamy wpadłam w depresję, a w takim stanie człowiek widzi wszystko w czarnych barwach - Basia milknie na dłuższą chwilę. Wstaje od stołu. Przynosi sobie świeżą herbatę i "po angielsku" dolewa do niej odrobinę mleka. - Kevin nie zauważył, że się zmieniłam - mówi, opanowując emocje. - Był ze mną na co dzień, a depresja postępowała krok za krokiem. Unikałam spotkań towarzyskich, nie chciałam pomocy.

Z tego stanu wyrwał ją telefon od wypróbowanego przyjaciela. Danny zorientował się, o co chodzi, i niemal ją zmusił, by skorzystała z pomocy psychologa. Równie ważne okazało się ponowne wejście do studia.

- Nie miałam ochoty na nową płytę, ale jak Danny się uprze, to nie ma mocnych - wzdycha wokalistka. Po wydaniu albumu zespół Matt Bianco ruszył w trasę koncertową.

- To była najlepsza terapia - mówi Basia. - Po koncertach podchodzili ludzie i mówili, że mnie kochają, pytali o nowe utwory. Uwierzyłam, że mogę być komuś potrzebna. Złapałam wiatr w żagle i entuzjazm do pracy. W mojej głowie myśli zaczęły się układać w teksty piosenek.

Amelki śmiech

Cały czas coś zapisuje. Ma mnóstwo notesików, które notorycznie gubi i odnajduje. Na karteczkach, serwetkach pisze strzępki podsłuchanych rozmów. Potem przegląda notatki i z nich układa piosenki.

- Staram się zgodnie z radą Johna Lennona pisać najprościej, jak się da, żeby każdy miał szansę zrozumieć, o co chodzi. Kupuję tomiki poezji. Pracuję nad stylem - mówi Basia.

- Ona ciągle coś pisze - potwierdza Marta Bem. - Wysyła setki pocztówek. Pamięta o urodzinach, imieninach, egzaminach dzieci. Po spotkaniu zawsze wysyła mi kartkę z podziękowaniem za poświęcony czas.

Basia Trzetrzelewska zwierza się, że przynajmniej raz w miesiącu odwiedza przyjaciół i rodzinę w Polsce. Dzięki temu emigracja mniej boli. A ostatnio doszedł kolejny ważny powód: Amelka. Kim jest osoba, której poświęciła piosenkę na swojej najnowszej płycie?

- To wnuczka mojej siostry. Gdy pisałam "Amelki śmiech", miała kilka miesięcy. Teraz to już dwuletnia panna i jest oczkiem w głowie całej rodziny - uśmiecha się piosenkarka. - Oczywiście chciałabym sama zostać babcią, ale to w rodzinie temat drażliwy. Nie mogę przecież naciskać na syna. W każdym razie Amelka uświadomiła mi, że są w życiu rzeczy naprawdę ważne. Dziś patrzę na świat z optymizmem i staram się dostrzegać w ludziach wyłącznie dobre cechy. To moja nowa filozofia życiowa.

Wszystkie śródtytuły pochodzą z najnowszej płyty Basi Trzetrzelewskiej "It´s That Girl Again".

Sergiusz Pinkwart

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje