Reklama

Reklama

Nie wyjdę na świat i już

Okazało się, maluszek wpasował się w kanał rodny bokiem głowy. Lekarz stwierdził, że musimy zrobić wszystko, aby mała do kanału wchodziła tak, jak powinna, bo inaczej będzie cesarskie cięcie! W tym momencie nic się już dla mnie nie liczyło. Zapomniałam o strachu, chciałam tylko, aby córka urodziła się bez problemów. Lekarz kazał mi zejść z łóżka na podłogę. Między skurczami miałam kręcić biodrami jak przy zabawie w hula-hop, a podczas skurczów kucać przy łóżku i mocno przeć. Nie było to łatwe przy tak silnych bólach. Obecność męża znów okazała się bezcenna, bo to on podnosił mnie z podłogi, gdy nie miałam siły wstać. Z boku sytuacja wyglądała komicznie, gdyż ja parłam w kucki z jednej strony łóżka, a z drugiej strony leżało na podłodze dwóch lekarzy, położna i dwójka studentów. Mieliśmy też mnóstwo gości. Cała "zabawa" trwała 2,5 godziny. Wreszcie ktoś krzyknął, że widać loczek małej, pozwolono mi wreszcie położyć się na łóżku, a po kolejnym skurczu córka była już na świecie. Dzięki temu, że rodziłam w tak niecodzienny sposób, w tej chwili nie wspominam porodu jako traumatycznego przeżycia i wielkiego bólu, tylko jako ciekawe doświadczenie, o którym chętnie opowiadam znajomym.

Reklama

Dwa tygodnie po terminie porodu, zjadłam ostatnią pizzę i zgłosiłam się do szpitala - mówi Magdalena Wiśniowska, mama Kacpra.

W moim przypadku termin porodu stanowił zresztą pojęcie względne, bo każdy z trzech lekarzy, którzy mnie badali, wyznaczył inny. 10 lutego miałam pierwsze wywołanie i spędziłam 8 godzin pod kroplówką. Cóż z tego, skoro mały uparciuch postanowił, że dziś nie wychodzi. Załamałam się. Ile można być w ciąży? 11 lutego ordynator postanowił, że pora na drugie wywołanie, a jeśli nie będzie postępu, na cesarkę. Najpierw się ucieszyłam, że nareszcie zobaczę Kacperka. Zaraz potem przeraziłam się, że będzie boleć. O godz. 10.30 podłączono mi kroplówkę i KTG. W południe dojechał przyszły tatuś i zaczęło się oczekiwanie na synka. Było wesoło, żartowaliśmy sobie z miłą studentką medycyny. Doskwierała mi tylko niewygoda spowodowana siedzeniem w jednej pozycji, bo w każdej innej gubił się Kacperkowy zapis KTG. O 16.00 okazało się, że mam rozwarcie 3,5 cm. Pomyślałam: "Wow, postęp o 1,5 cm po prawie 6 godzinach! Jak tak dalej pójdzie, to będę tu leżeć do rana". Jednak gdy lekarz przebił pęcherz, by przyspieszyć akcję, zaczęło się robić mało ciekawie. Czułam straszny ból w podbrzuszu i miałam wysokie ciśnienie, więc w ciągu kolejnych dwóch godzin w mojej sali zrobił się tłum. Pojawiły się studentki do pomocy, położne wstrzykujące coś do kroplówki, lekarz, który kazał podać dolargan... Odpłynęłam. O 19.30, po badaniu (rozwarcie 4 cm) zapadła decyzja: cesarskie cięcie. Całą operację przespałam. Wyjątkiem był krótki rzut oka na Kacperka. Dziesięć godzin w jednej pozycji, straszny ból, nerwy, płacz... Ale warto było, by zobaczyć naszego upragnionego synka.

Dowiedz się więcej na temat: lekarz | położna | świat

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje