Reklama

Reklama

Co siódme dziecko doświadcza przemocy seksualnej

- Nieoficjalne dane mówią, że co siódme dziecko jest wykorzystywane seksualnie. Możemy podejrzewać, że w 21-osobowej klasie trójka dzieci będzie wykorzystana - mówi Aleksandra Żyłkowska, psycholog, psychoterapeuta i edukatorka seksualna.

Monika Szubrycht, Interia.pl: Kiedy ponad rok temu publikowaliśmy w naszym serwisie artykuły dotyczące pedofilii, nikt nie był nimi zainteresowany. Film braci Sekielskich "Tylko nie mów nikomu" otworzył puszkę Pandory. Dzieci są wykorzystywane cały czas. My dopiero teraz się nad tym pochylamy.

Aleksandra Żyłkowska, psycholog, psychoterapeuta, edukator seksualny: - To nam pokazuje trudności związane z tym tematem. Odwołując się do wiedzy psychoterapeutycznej powiem o zjawisku, które określa się jako "halucynowanie negatywne". Wydaje nam się, że jeśli pewne rzeczy do nas nie docierają, nie dzieją się wokół. Dopiero jak jest coś namacalnego, na przykład w formie filmu, wtedy zaczyna to do nas docierać. Ludzi nie interesuje ten temat, bo nie tylko nie mieści im się w głowie, ale też trudno poradzić sobie z emocjami za nim idącymi. Myślę, że film braci Sekielskich miał też bardzo mocny wyraz emocjonalny. Osoby, które doświadczyły przemocy seksualnej poruszyły pewne tabu. Opowiadały ze swojej perspektywy też o tym, co się działo u nich później.

Reklama

Film zawiera sceny konfrontacji ofiar ze sprawcami. Co pani o tym myśli?

- Film pokazuje jedno ze zjawisk, które nazywa się trójkątem bermudzkim traumy. Zawsze jest ofiara i sprawca, ale trójkąt ma też trzeci bok - w tym wypadku autorytet, który zawiódł. Czyli jest to osoba, która się dowiedziała, bo ofiara komuś powiedziała. W filmie była to mama czy żona. I jak ten autorytet zareagował? Mama zbiła dziecko, kiedy się o tym dowiedziała. Matka kojarzy się stereotypowo z obiektem bezpiecznym i kiedy coś się dzieje potwornego dla psychiki, dla ciała, dla myślenia o sobie, mówi się - posługując się tym stereotypem - mamie. Kiedy dziecko zostaje za to ukarane, trudno wyobrazić sobie coś straszniejszego. Dokąd wtedy się udać i czy komuś jeszcze powiedzieć? Myślę, że to może być blokujące.

- A czy konfrontacja jest pomocna? W filmie widać było, jak trudne może to być doświadczenie. Czy oczyszczające czy nie, pomocne czy nie - to jest bardzo indywidualna kwestia. Ważne są emocje, jakie się pojawiają i ważne, żeby nie było w tym wszystkim poczucia winy. Bohaterowie opowiadali, że jeden z księży mówił: "To twoja wina, ty mnie uwiodłeś". To jest wrzucające w poczucie winy.

Da się nakreślić portret psychologiczny pedofila?

- Da się. Poznajemy go po czynach. Mamy tak zwane czyny preferencyjne i zastępcze. 30 proc. z nich występuje w obrębie zaburzeń preferencji seksualnych, a 70 proc. to czyny zastępcze, czyli dziecko jest zamiast, a nie konkretnym obiektem. Wiemy, że najwięcej jest pedofilów uwodzących. Najczęściej chcą zdobyć zaufanie dziecka poprzez różne atrakcje, zabieranie go na wczasy, wakacje, kupowanie tego, co dziecko chce. Niektórzy przeżywają to, jako zakochanie: "Jest jak tata, albo cudowny wujek, którego nigdy nie miałem". Po czym, jak osoba ta widzi, że jest mocne zaufanie, przekracza kolejną granicę w formie wykorzystania seksualnego.

Czyli?

- To jest czynność osoby małoletniej z osobą dorosłą. Czy to jest dotknięcie w kolano, czy masturbowanie się, czy kontakt genitalno-genitalny - to są różne stopnie, ale wszystkie w parasolu wykorzystania seksualnego. Można powiedzieć, że typ, który najczęściej spotykamy w opiniach sądowo-seksuologicznych, jest bardzo uwodzący na różnych etapach życia. Tacy mężczyźni potrafią uwieść też rodziców. To również było widoczne w filmie. Mama nie widziała niczego podejrzanego w tym, że syn jechał z księdzem na wycieczkę. Widać tego typu formę uwodzenia, gdzie wydaje się, że wszystko jest bezpieczne i cudowne. Komu potem dziecko ma powiedzieć, że dzieje się coś złego, jeżeli rodzice widzą i akceptują mężczyznę, który nadużywa swojego autorytetu? 

Czy pedofil zawsze dąży do wykorzystania dziecka seksualnie, czy wystarczą mu fantazje?

- To zależy od typu. Już w 1940 roku Hans Giese opisywał, jak zaburzenia preferencji seksualnych mają tendencję do progresji. Zaczyna się od fantazji, w tym przypadku o dzieciach, kolejnym krokiem mogą być filmu z udziałem dzieci, do tego wprowadza jakieś czynności seksualne - masturbuje się, ogląda. Później może być kolejny krok - ściąganie z internetu dowodu przestępstwa.

Dlaczego "dowodu przestępstwa", a nie "pornografii dziecięcej"?

- Bo to są dowody przestępstwa. Nie powinno się używać zwrotu "pornografia dziecięca". To są dowody przestępstwa, w których są dzieci. Gdy dochodzi do tego etapu i komuś to nie wystarcza, decyduje się na kolejny krok. Wychodzi z domu i patrzy, kręci się wokół miejsc, gdzie są dzieci, albo gdzie mogą być, aż dochodzi do nawiązania relacji. Ta relacja może być na tyle pociągająca, że cały czas rozwija się, aż dochodzi do momentu wykorzystania. Ten proces może trwać krótko, ale może też długo, może też się zatrzymać. Sprawcy czynów preferencyjnych chcą, żeby dziecko ich polubiło, zaufało im, wręcz żeby się zakochało, wtedy idą krok dalej.

- Pamiętam taką sprawę, gdzie dorosły mężczyzna pisał do chłopczyka w taki sposób, że z analizy smsów czy maili można było wysnuć wniosek, że był zakochany - chłopak również. Tam było tak mocne uwiedzenie, że im było trudno tę relację rozsupłać i obydwaj cierpieli. Padały słowa typu: "Ja zawsze będę twój, ty zawsze będziesz mój. Będziemy zawsze razem". Tak mówią do siebie zakochane osoby dorosłe. W stosunku do dziecka to jest uwiedzenie i ma tendencję do progresji. Są tak zwane czyny zastępcze, na przykład mężczyzna współżyje z dzieckiem dlatego, że nie ma kobiety. Psychologia różnicuje te dwa typy sprawców - pierwszy wybierze zawsze dziecko, otoczka może być różna, a zastępczy może wybrać kobietę, ale wybiera czasem dziecko.

Bohaterka książki "Aż do dziś" jest dziewczynką wykorzystywaną przez swojego wujka. Czytelnik nie może momentami uwierzyć, dlaczego nie mówi o tym, co się dzieje. Dlaczego dziecko ukrywa prawdę?

- Trochę przez trójkąt bermudzki, o którym mówiliśmy, dlatego, że autorytet zawiódł. Nie mamy edukacji seksualnej w Polsce i nie wiadomo, jak postępować, gdy ktoś zgłosi taką sytuację. Czasami koleżanka powie koleżance, a ona zareaguje: "Gadasz głupoty! Jak to wujek?" - takie słowa mogą być zamykające. Kiedy mamy do czynienia ze sprawcą uwodzącym, manipulacja jest tak silna, że dziecku może nie przychodzić do głowy, że jest wykorzystywane. Możemy odnieść to do kobiet, które są w związkach przemocowych - kobiet dorosłych, które powinny wiedzieć, jak reagować, a jednak tego nie robią. A co dopiero mają w podobnej sytuacji zrobić dzieci? Czasami też jest tak silne poczucie wstydu, że nie chcą tego ujawniać.

- Osoba skrzywdzona trafia na psychoterapię i dopiero wtedy jest w stanie powiedzieć o tym co się działo. Zgwałcenie można zgłosić do 15 lat od wystąpienia czynu. Czyli gdy dziewczyna miała 15 lat, to do 30. roku życia może zgłosić to przestępstwo. Czasami pacjenci mówią: "Ja się bałam, że nikt mi nie uwierzy", "Po co ja mam komuś zaprzątać głowę", "On jest starszy, on by wygrał". To jest potworny konflikt i nie wiadomo, co zrobić później. Mogą pojawić się kłopoty z odżywianiem, takie jak bulimia, bo w jakiś sposób trzeba sobie poradzić z napięciem, czy inne kłopoty, które się mogą nawarstwiać.

Kobieta jest dorosła, ma swoją rodzinę, może nie chcieć otwierać starych ran. Da się nad tym przejść do porządku dziennego? Nie mówię, że zapomnieć, bo zapomnieć pewnie się nie da...

- Biorąc pod uwagę wiedzę terapeutyczną i to, czym są nasze mechanizmy obronne, można powiedzieć: da się. Jednym z takich mechanizmów obronnych jest wyparcie. Polecam książkę "Ciało pamięta", w której autorka Babette Rothschild, analizując pacjentów po różnych traumatycznych doświadczeniach, opisywała kobietę, która nie wiedząc dlaczego idąc pewną ulicą w mieście, które dobrze znała, czuła niepokój. Szukając przyczyny tej sytuacji i śledząc, co takiego się działo, zauważyła, że na jednej z wystaw jest manekin kobiety w fioletowym płaszczu. Płaszcz spowodował dyskomfort. Po kilku miesiącach pracy psychoterapeutycznej okazało się, że mężczyzna, który ją zgwałcił, miał fioletową koszulę. Nie chodziło o tę ulicę, nie chodziło o to, co się działo w teraźniejszości, bo była bezpieczna. Gdzieś z tyłu głowy kolor fioletowy skojarzył jej się z tym, co było w przeszłości.

- Drugim mechanizmem obronnym jest dysocjacja. Czasami dysocjacja może ratować życie i są sytuacje, gdy coś się dzieje i od tego momentu ktoś nie pamięta na przykład drogi do domu, bo to było tak trudne przeżycie, że woli się od niej odciąć emocjonalnie. My możemy tego nie pamiętać, ale nasze ciało pamięta.

Przypomina mi się scena z filmu "Urodzeni mordercy". Główni bohaterowie przyjeżdżają do domu Mallory i zabijają ojca, który wykorzystywał ją seksualnie. Kiedy chcą zabić matkę ona pyta: "Dlaczego ja?". Córka odpowiada: "Nigdy mnie nie broniłaś". Wiem, że najwięcej nadużyć seksualnych występuje w rodzinach. Dlaczego matki nie reagują? 

- Wszystko zależy od sytuacji. 80 proc. sprawców przestępstw seksualnych to osoby bliskie, które zna ofiara, ktoś z kręgu najbliższych - tata, wujek, dziadek, babcia, ktoś, kto jest w okolicy, kto ma dostęp do dziecka. Rzadko to dzieje się poza domem. Cztery lata temu zajmowałam się badaniem sprawczyń, kobiet. Statystyki z Komendy Głównej Policji pokazywały, że jeżeli kobiety dokonywały nadużyć, był to artykuł 240, chodziło o współudział. Badano sprawy i uznano, że matka nie ochroniła dziecka. Dlaczego tak się dzieje? To mogą być poważne dysfunkcje całego systemu rodzinnego. Są sytuacje, w których kobieta bardzo nie chciała dziecka, nie była na nie nigdy gotowa. Dorośli nie zabezpieczyli się, urodziła się dziewczynka i cały czas była odrzucana przez mamę - gdy chciała się przytulić, była odpychana, nie było żadnej relacji, miłość dziecko miało jedynie ze strony taty. Kobieta była na tyle agresywna, że dla swojego męża również nie była miła, mówiła wprost: "Jak coś chcesz, weź sobie córkę". Te komunikaty można różnie odczytać. W tej rodzinie doszło do tego typu nadużyć. Była za ścianą, podgłaśniała telewizor, a wszystko działo się w pokoju obok.

Ta sytuacja jest ekstremalna...

- Delegowanie dziecka do innej roli się zdarza. W psychoterapii systemowej nazywa się to triagulacją, kiedy dziecko w rodzinie nie jest dzieckiem, a pełni funkcje dorosłego. 

To jest jak parentyfikacja, kiedy dziecko przejmuje obowiązki rodziców?

- Dokładnie tak. Córka pełni rolę dorosłego i potem to w systemie się miesza. Rodzice zdają sobie sprawę, że to jest dziecko, ale tak funkcjonują, że nie widzą tego, że na przykład córka dorasta, nie chcą jej wypuścić z domu. Do nadużyć dochodzi nie tylko w sferze seksualnej i kontaktu genitalno-genitalnego, ale mogą to też być niejednoznaczne spojrzenia, komentarze w stylu: "No, no, ale z ciebie laska". W konkretnym kontekście to może budzić dysonans i na przykład nastolatka zaczyna ubierać się w luźnie swetry, by nie spotkać się z takim komentarzem. To działa na różnych poziomach - może to być słowo bardzo dotkliwe, ale też konkretny wzrok. Pamiętam sytuację, kiedy dziewczyna wychodziła z łazienki, a ojciec zawsze wtedy patrzył na jej biust. Nigdy nie powiedział słowa, a ona się czuła potwornie. 

Co ma zrobić dziecko, które jest w takiej sytuacji? 

- Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to zgłosić się do psychoterapeuty. Za wykorzystaniem nie idzie tylko fakt przekroczenia pewnej granicy, ale też różne kłopoty, które dzieją się w relacjach. Na ile taka osoba będzie później miała myśli: "Czy w związku będę bezpieczna, czy nie". Jeżeli była przekroczona granica na takim poziomie, to później na przykład zdarza się, że taka osoba może być nadużywana w pracy, zostawać po godzinach. Pełno jest osób w pracy, ale tylko ona zostaje. Pełno ludzi ma różne związki, a ta będzie w związku przemocowym. Żeby się nauczyć jak funkcjonować w relacji, jak radzić sobie z emocjami, musi sięgnąć po narzędzia psychoterapeutyczne, bo leki nie stłumią emocji, nie poukładają myśli. Jeżeli jest taka osoba w stanie, może też zgłosić sprawę na policję.

Mówi pani o tym, jak może sobie poradzić z traumą z dzieciństwa osoba dorosła. A co ma zrobić kilkulatek, który doznaje krzywdy?

- Dziecko czasami nie ma się skąd dowiedzieć, że dzieje się coś złego. Nie mamy edukacji seksualnej. Są sytuacje, że ktoś, kto był wykorzystywany, myślał, że tak też się dzieje w innych domach. Że jest inaczej dowiaduje się na zajęciach wychowania do życia w rodzinie, albo w czasie rozmów w wieku nastoletnim usłyszy: "Słuchaj, ale tak się nie robi, jak robi ci tata". Póki nie mamy rozmowy, co jest przekroczeniem granicy, a co jest normą, co nauczyciele, pedagodzy, psychologowie powinni robić w szkołach, trudno odnieść się do tego, co dziecko powinno było zrobić. Warto byłoby wyczulić osoby pracujące z dziećmi na komunikaty z ich strony. Nie można odtwarzać tego trójkąta bermudzkiego traumy - dziecko powie, że w jego domu coś się dzieje, a nauczyciel odpowie: "Daj spokój".

- Jeśli nie mamy edukacji, stawiałabym na otwartość ze strony dzieci. Sama pracuję w szkołach i prowadzę zajęcia psychoedukacyjne i zdarza się, że 9-latki pytają mnie: "Czy mam wysłać tamtemu panu swoje zdjęcia, skoro on tego chce?". W jednej ze szkół dziewczynka otrzymywała zdjęcia od mężczyzny i wysyłała mu swoje, bo nie wiedziała, że to coś nieadekwatnego z jego strony. Okazało się, że w klasie równoległej koleżanka też to robi. Mężczyzna pisał do kilku osób w tej szkole, a jedna z dziewczynek chciała do niego pojechać. Żadna z nich nie widziała zagrożenia, chciały wyrwać się z domu. Dopóki czegoś nie nazwiemy, skąd dzieci mają wiedzieć, co się dzieje? Nieoficjalne dane mówią, że co siódme dziecko jest wykorzystywane seksualnie, chodzi zarówno o kontakt genitalno-genitalny, jak i patrzenie w dwuznaczny sposób, żarty na jego temat, dotykanie. Możemy podejrzewać, że w 21-osobowej klasie trójka dzieci będzie wykorzystana.

Co powinno zaniepokoić rodziców w zachowaniu dziecka? Po czym poznać, że mogło być ofiarą nadużycia?

- To bardzo trudne pytanie. Jeżeli mamy sprawcę uwodzącego, którego spotykamy najczęściej, to rodzina, nawet jak dziecko będzie smutne, może w ogóle nie zauważyć, nie skojarzyć, że chodzi o mężczyznę, który gdzieś to dziecko zabiera, bo przecież jest taki wspaniały. To niekoniecznie musi być ksiądz - może być pan wuefista, ktokolwiek kto wydaje się przyjacielem i kumplem rodziny. Gdy rozmawiam z ofiarami, one się dziwią, że ktoś jest w stanie tak oczarować rodziców. Zastanawiają się, czy to, co robią z tym mężczyzną jest realne czy nie, skoro tata i mama tak dobrze tego pana oceniają. To jest bardzo silny konflikt psychiczny.

- Jeżeli zauważmy u dziecka wycofanie, jeżeli nie chce wychodzić z domu, przestaje interesować się rzeczami, którymi interesowało się do tej pory, jeżeli siedzi przed komputerem, możemy zapytać: "Z kim piszesz?" - nie w formie oskarżeń, bo to zamyka kontakt, tylko zaciekawienia: "Co cię tak interesuje w internecie? Z chęcią zobaczę". To wymaga pewnej relacji, a nie w każdej rodzinie ona jest. Molestowanie może się też ujawniać poprzez myśli i próby samobójcze dziecka: "Nie wiem, o co chodzi, gdzie jestem ja, a gdzie świat. Wszystko mi zagraża, jeżeli mam coś poczuć to tylko ból".

- Pomaga bycie czułym na uwagi innych, a nie każdy rodzic taki jest. Odpowie: "Daj spokój i zajmij się swoimi dziećmi". Co możemy zrobić? Wiem to od mężczyzn, z którymi pracuję, którzy mają takie fantazje i przeróżne trudności preferencji seksualnych. Czerpią wiedzę z rzeczy, które robimy na co dzień. Wydaje nam się, że Facebook, czy Instagram są bezpieczne, a to jest tak potężne źródło wiedzy o dzieciach, zdjęć, że ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Gdzie te zdjęcia krążą, jacy mężczyźni na nie patrzą, gdzie je przesyłają i jak je przerabiają. Nam się wydaje, że wszystko jest takie fajne, ale jest ta druga strona, która odbiera komunikat. Na to powinniśmy zwrócić szczególną uwagę, jeśli jesteśmy rodzicami. Fajnie się pochwalić dzieckiem, ale pytanie - czy na tak szeroką skalę.

- Mamy samochód, z tyłu napisane: "Tosia", "Zosia". To jest świetna informacja o imieniu dziecka dla sprawcy. Jeżeli już znam imię, łatwiej do niego podejdę i zdobędę zaufanie. Nie zdajemy sobie z tego sprawy. Tymczasem taki mężczyzna może podejść do dziecka i powiedzieć: "Chodź Tosia ze mną, jestem twoim wujkiem, pójdziemy po cukierka". Nie musi się tak zacząć, ale może.


Czytaj więcej: O zaostrzeniu kar za wykorzystywanie seksualne dzieci

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: przemoc seksualna

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy