Reklama

Reklama

Jaka jest wartość świadectwa z czerwonym paskiem?

​Dziesiątki tysięcy udostępnień i tysiące komentarzy. Facebookowy wpis profesora Jakuba Andrzejczaka stał się viralem. Wszystko za sprawą zdroworozsądkowego podejścia do jednego z najważniejszych problemów współczesnej edukacji.

Koniec roku szkolnego to czas, gdy rodzice z dumą prezentują szkolne świadectwa swoich dzieci. Zwykle najwięcej emocji budzą dokumenty opatrzone charakterystycznym czerwonym paskiem. Ta forma wyróżniania zdolnych, ambitnych czy też po prostu wyjątkowo pracowitych dzieci, funkcjonuje od czasów PRL-u. I jak każdy relikt tej epoki, powinno znaleźć swoje miejsce jeśli nie na śmietniku historii, to co najwyżej w muzeum.

W swoim wpisie profesor Adnrzejczak pokazał swoje stare świadectwo szkolne. Zdobyte oceny nie są specjalnie wybitne. Tym obrazkiem naukowiec chce pokazać, że oceny nie mają specjalnego wpływu na przyszłą karierę. Zgadzając się z główną tezą, nie można zapominać o fakcie, że świadectwo z czerwonym paskiem jest przepustką przy rekrutacji do liceum, gdzie liczy się średnia. Przy podwójnych rocznikach jest to szczególnie ważne. 

Reklama

"Przez całą moją edukację w szkole podstawowej i liceum udało mi się zgromadzić dwie książki za konkursy z wiedzy historycznej. Przez całą moją edukację byłem "przeciętniakiem". W siódmej klasie szkoły podstawowej, na moim świadectwie dumnie prezentował się mierny z fizyki." - podkreśla profesor i apeluje, aby doceniać wszystkich uczniów, a nie tylko tych najlepszych.


We wpisie profesora pojawia się też stwierdzenie o tym, że trzeba doceniać dzieci nie tylko za oceny na świadectwie, ale też za inne przymioty. Może to być kreatywność, empatia, koleżeństwo i wiele innych, które nie poddają się ocenie punktowej w skali od 1 do 6. Biorąc pod uwagę, jak duży odzew zdobył ten wpis, można śmiało uznać, że naukowiec trafił w czuły punkt.

W wielu rodzinach ciągle pokutuje model, w którym liczą się tylko oceny. Bywa, że uczeń, który zmaga się z jakimś przedmiotem wraca do domu z dumą, bo dostał z niego upragnioną trojkę, albo czwórkę. Jest szczęśliwy, bo przełamał własne bariery, a w domu słyszy "Czemu nie piątka?". To najlepszy sposób na podcinanie skrzydeł, ambicji i niszczenie poczucia własnej wartości. W końcu, po co się starać, jak nikt tego nie doceni, albo tylko skrytykuje. Na kogo wyrosną tak wychowywane dzieci?

We wpisie czytamy: "Twojego dziecka nie określa żadna ocena szkolna, lecz praca nad sobą i wysiłek, jaki musiało włożyć, by być w miejscu, w którym jest obecnie. Bez znaczenia czy kończy ten rok ze średnią 5,0 czy 3,0. Jego oceny nie określają, kim był, kim jest, ani kim będzie. Życie nie jest olimpiadą, a świat nie jest aulą szkolną. Życiem kierują relacje, emocje i pasje."

Wydaje się, że w codziennym pędzie i wiecznym wartościowaniu każdych osiągnięć, rodzice zdają się o tym zapominać. Nie można odmówić im dobrych intencji, ale tymi jak wiemy wybrukowane jest piekło. Nadmiar rodzicielskich ambicji może i bardzo często jest szkodliwy dla dziecka. Młodzi ludzie muszą mieć czas na rozwijanie swoich pasji i doświadczanie świata. Pozwólmy im na to. 

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: wychowanie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy