Reklama

Reklama

Matki, które mogą wszystko

Nie szukają powodów, lecz znajdują sposoby. Kiedy życie sprawia, że nie mogą iść drogą, którą wybrały, decydują się na inną. Nie złamały ich ani śmierć, ani choroba. Wiedzą, że będzie dobrze i zrobią wszystko, by tak było.

Dzisiaj, w Dzień Matki, warto przypomnieć historię niezwykłych kobiet - a przede wszystkim - niezwykłych mam.

Reklama

Świadome rodzicielstwo 

Z Luizą o macierzyństwie można rozmawiać godzinami. Jest w końcu mamą trzech chłopców - 11-letniego Olka, 9-letniego Mateusza i 3-letniego Adama. Wie, co to świadome rodzicielstwo, stara się dać każdemu dziecku wedle jego potrzeb.

Najstarszy syn przyszedł kiedyś do niej i zapytał, dlaczego widzi tylko trud i sukcesy Mateusza.

- Cieszę się, że mi to powiedział, bo nie jest tak, że potrzeby jednego z nich są ważniejsze, a drugiego mniej ważne. W przypadku Mateusza ciągle pojawiają się jakieś trudności, wynikające z jego wady genetycznej, dużo jest też problemów medycznych - opowiada Luiza. - Umówiłam się z Olkiem: jeżeli jest mu źle, coś go gryzie, zawsze znajdę czas tylko dla niego. Zapytał mnie wtedy: "Mamo, czy ty wszystkich nas kochasz tak samo?". Odpowiedziałam, że tak. To, że poświęcam więcej czasu Mateuszowi, nie świadczy o tym, że jego kocham bardziej. On po prostu tego wymaga, bo jest chory, ale moje uczucia do was są takie same - tłumaczyłam najstarszemu synowi.  

Czy wiedziała wcześniej? 

Gdy Luiza była w drugiej ciąży, prowadziło ją dwóch lekarzy. Chciała zapobiec wszelkim problemom, jakie wystąpiły w pierwszej ciąży. Żaden z nich nie zaproponował jej badań prenatalnych. A ona intuicyjne czuła, że coś jest nie tak, czuła, że dziecko słabiej kopie. Na wszelkie jej sugestie lekarze odpowiadali, że przy drugiej ciąży jest się bardziej zmęczoną, że pewnie za dużo pracuje. - Ignorowali moje obawy - wspomina Luiza.

- A potem pomyślałam sobie, że może mają rację. Pamiętam, jak w drugim trymestrze tak bardzo się niepokoiłam, że mąż umówił mnie na USG do lekarki prowadzącej. Pani doktor powiedziała, że wszystko jest w porządku, że serduszko ładnie pracuje. Mateusz urodził się z poważną wadą serca. Profesor, który widział noworodka zapytał wprost, czy w ciąży prowadził ją jakiś lekarz, bo to jest niemożliwe, żeby taką wadę serca przeoczono. Przynieśli mu więc całą dokumentację medyczną. To jednak nie wszystko, o czym mieli się dowiedzieć świeżo upieczeni rodzice drugiej pociechy. Lekarz poinformował ich, że na 99 procent jest pewny, że Mateusz ma zespół Downa. Zrobił to w sposób bardzo dyskretny. Poprosił, aby z sali wyszły inne osoby.  

- Po cesarce byłam bardzo zmęczona, przepłakałam całą noc, bo było mi żal Mateusza. Ale jestem takim typem, że trudności mobilizują mnie do działania - opowiada. - Dopóki byłam w szpitalu, zastanawiałam się, jak to wszystko zorganizować. Położna, która się mną opiekowała, dała mi nazwisko lekarki, która ma dziecko z zespołem Downa i ono jest fantastycznie prowadzone. Powiedziała mi, żebym porozmawiała z nią, jakie kroki podjąć, by nie tracić czasu - wspomina.

Operacja to początek

Pierwsze kroki Luiza skierowała do pani pediatry, która znała jej rodzinę. Lekarka zaszczepiła w niej wiarę w Mateusza, mówiła, żeby się nie bać, że ona zna już dorosłe osoby z zespołem Downa, że jest dużo możliwości. Gdy zrobiła badania wstępne, stwierdziła, że chłopczyk ma bardzo mało cech fenotypowych. - Najwięcej zawdzięczam pani pediatrze, bo to był najtrudniejszy dla mnie moment - mówi mama Mateusza.

- Pokazała nam, że Mateusz jest przede wszystkim naszym synem. Potem skontaktowałam się z panią doktor, która miała córkę z zespołem Downa. Nigdy jej nie widziałam, przez telefon rozmawiałyśmy półtorej godziny. To była druga osoba, która tak bardzo mi pomogła. Lekarka powiedziała też, żeby pamiętać, że nie pokona się pewnych ograniczeń. Tak samo jest w populacji zdrowych ludzi, w której jest część geniuszy i ludzi ocierających się o normę intelektualną. Bardziej jednak stawiała na optymizm. Mateuszek miał operację w drugim miesiącu życia. Operował go prof. Edward Malec, światowej sławy kardiochirurg i wyjątkowy człowiek. Malutki pacjent, mimo szwów, podłączonych rurek, już w trzeciej dobie po operacji wrócił do piersi mamy i był karmiony naturalnie.

Dowiedz się więcej na temat: macierzyństwo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje