Reklama

Reklama

Rodzić po ludzku. Pionierki naturalnych porodów

„W latach 80. na porodówkach panuje pośpiech i rutyna. Nikt nie bierze pod uwagę emocji młodej matki i maleństwa”.

18 lat temu „Olivia” była w gronie pism upominających się o godne traktowanie kobiet rodzących w szpitalach. Jednym z materiałów na ten temat był reportaż Marii Mamczur, opisujący niezwykły, jak na tamte czasy, domowy naturalny poród przyjazny matce i dziecku.

Reklama

Z okazji 18. urodzin razem z naszą reporterką wracamy do tego tematu. Poznajcie historię Doroty Staszewskiej, jednej z pionierek naturalnych porodów, i Marzeny Bieńkowskiej, która rodziła już w zupełnie innej szpitalnej rzeczywistości – otoczona miłością, w asyście męża.

W 1980 roku Dorota Staszewska, młodziutka lekarka, jest w pierwszej ciąży. Jej nauczyciel jogi, Tadeusz Pasek, namawia ją na kontakt ze znanym ginekologiem-położnikiem, profesorem Włodzimierzem Fijałkowskim, który organizuje pierwsze w Polsce szkoły rodzenia.

Profesor uważa, że kobieta może przygotować się do porodu fizycznie i psychicznie. Dzięki treningowi jest w stanie wyeliminować lęk i napięcie, zaburzające jego naturalny przebieg. Dzięki technikom relaksacji i oddechu może zmniejszyć odczucie bólu.

Profesor w prezencie daje Dorocie wydanie francuskiej książki Frédéricka Leboyera „Narodziny bez przemocy”. Ta książka jest dla młodej lekarki objawieniem. Zachwyca ją spojrzenie na poród z punktu widzenia rodzącego się dziecka. Rozumienie złożoności jego emocji.

Już wtedy Dorota wie, że – po pierwsze – przetłumaczy tę książkę na język polski. Po drugie – chce urodzić dziecko tak, by doznało dużo miłości i jak najmniej negatywnych odczuć.

Porodowy koszmar lat 80.

Dorota chodzi do szkoły rodzenia przy Szpitalu Bielańskim. Tam poznaje Ewę Nitecką, z którą potem będzie działać w ruchu na rzecz naturalnych porodów i karmienia piersią. Szkołę prowadzi ciepła i serdeczna Bożena Borys. Dorota zakłada, że Bożena będzie blisko w czasie porodu... Uczy się pilnie, jak dobrze i świadomie urodzić.

W tym czasie nie jest to łatwe. Kobiety rodzą w przepełnionych szpitalach, bo akurat jest wyż demograficzny. Na porodówkach panuje pośpiech i rutyna. Rodzącej podaje się oksytocynę na przyspieszenie skurczów. Pacjentka ma leżeć i nie jeść, bo może zaistnieć konieczność przeprowadzenia operacji. Zamiast więc nabrać sił, leży osłabiona i zdezorientowana.

Czuje silne skurcze, ale robią z nią szczegółowy wywiad. Czy rodziła, czy usuwała ciążę, czy brała hormony, jakie choroby w rodzinie. A kiedy już rodzi, krzyczą, żeby parła. Rutynowo nacinają krocze. Kiedy nie urodzi w ciągu 20 minut łożyska, łyżeczkują macicę. Dorota tak nie chce. Marzy o porodzie w domu albo przynajmniej w takich warunkach, żeby dziecko miało jak najmniej stresu.

Najchętniej wyjechałaby do Szwecji, bo tam kobiety rodzą po ludzku, ale nie ma na to pieniędzy. Poza tym nie chce być z dala od bliskich. Matka ją przestrzega: „Słuchaj, jak będziesz w szpitalu, to ani się waż powiedzieć położnej o tym, jak chcesz rodzić! Bo ona może nawet chcieć pójść za tym, co jej powiesz, ale jak ją wytrącisz z rutyny, to może się to źle skończyć dla dziecka!”.

Dorota słucha matki i jedzie rodzić do warszawskiego szpitala. Przeżywa horror. – Koleżanka lekarka chyba chciała dla mnie „jak najlepiej”… Włożyła mi wziernik w drogi rodne. Nie miała powodu. Wziernik użyty w czasie akcji porodowej to barbarzyństwo! Skuliłam się, krzyknęłam z bólu. Ona uznała, że jestem nerwowa. Dała dwie tabletki – 10 mg relanium.

Posłusznie łyknęłam. Pożałowałam. To było straszne! Moje zaplanowane, aktywne uczestniczenie w porodzie, według prof. Fijałkowskiego, wzięło w łeb. Trzeba być przytomną, by wiedzieć, kiedy jest skurcz, a kiedy odpoczynek. A to świństwo sprawiło, że zamiast czuwać, przysypiałam. Budził mnie okropny, rozrywający ból. I znowu przysypiałam... i kolejny ból.

Gdybym była w pełni świadoma, przygotowałabym się na ten ból wynikający ze skurczu. Nie mogłam tego rozegrać, jak chciałam. Byłam wściekła i obolała. Uprzedmiotowiona. Jakby ktoś za mnie zdał ten ważny egzamin w życiu, nie ja! Na dodatek – to dobrze pamiętam – szył mnie po porodzie doktor N. Bez fartucha, w podkoszulku z napisem „Tajlandia”.

Chyba zainfekował mnie jakąś bakterią. Ból okropny. Podano mi penicylinę i butelkę z gorącą wodą, żebym przykładała do krocza. Pan doktor w czasie obchodu uchylał drzwi naszej sali, wkładał głowę i i pytał: „Prawda, że wszystko w porządku?”. I nie czekając na odpowiedź, zamykał drzwi za sobą.

Byłam z moim Kubusiem w szpitalu aż 10 dni! Dokarmiano go sztucznie, butelką ze smoczkiem z dużą dziurą. Nie chciał potem ssać piersi, a ja przecież chciałam go karmić naturalnie. Jako lekarka wiedziałam, jakie to ma dla dziecka znaczenie.

Ta trauma została w Dorocie na kilka lat, aż do następnego porodu. W 1984 r. miało się urodzić drugie dziecko. Dorota była już bardziej świadoma. Przetłumaczyła książkę Leboyera. Wspólnie z koleżankami zaprosiła autora na spotkanie do Polski. Pracowała wówczas w Centrum Zdrowia Dziecka jako psychiatra.

– Uciekłyśmy się do niewinnego kłamstewka – wspomina. – Tłumaczyłyśmy przełożonym, że Leboyer ma wykład w Łodzi, w klinice profesora Fijałkowskiego, ale jeśli przy okazji zaprosimy go do Centrum, to będzie dla nas splendor. To samo zrobił profesor Fijałkowski u siebie. Powiedział, że autora „Narodzin bez przemocy” zaprosiło CZD, ale dobrze by było, gdyby ten słynny położnik i pisarz dał wykład także w Łodzi.

Dorota chce znowu rodzić w domu. Ale się nie układa. Mieszkanko maleńkie. Mąż elektronik. Wszędzie jakieś części. Miał posprzątać. Nie posprzątał. – Chyba podświadomie bał się tego domowego porodu i chciał mi go uniemożliwić– śmieje się Dorota.

– Przecież żadna położna nie przyjdzie do domu, w którym ja będę rodziła na starym telewizorze. Pojechała do szpitala, ale już wiedziała, że nie należy się spieszyć. Warto poczekać w domu spokojnie na częstsze skurcze. Jednak i tym razem nie wszystko poszło tak, jak zaplanowała.

– Nie było na porodówce tego lekarza, który był już przez nas, dziewczyny Lebo yerowskie, urobiony. Wiedział, że dobrze jest położyć dziecko matce na brzuchu, jeszcze nieodpępnione. Nawet się na niego powoływałam. Urodziłam Hanię. Zrobiono mi tę łaskę i położono ją na moim brzuchu, ale już po odcięciu pępowiny.

Dziecko golusieńkie, nawet jej nie przykryto. Ogrzewałam ją dłońmi, trzymając za plecki. Ona chyba czuła bezmiar mojej miłości. Była taka spokojna i dzielna. Słyszałam, że krzyczą do słuchawki, wzywając pediatrę. Myślałam: „Niech jeszcze nie przychodzi, nie teraz. Niech ja ją ogrzeję, zanim położą ją na zimnej wadze”. I już wtedy wiedziałam, że trzecie dziecko chcę urodzić w domu. Żaden szpital!

Uśmiech wieloryba

Trzecie dziecko Dorota postanowiła urodzić w wodzie. Wcześniej uczestniczyła w konferencji narodzinowej w Londynie. Zafascynowało ją spotkanie z Michelem Odentem, francuskim położnikiem, który pokazał filmową relację z porodu w wodzie. Była zachwycona.

Dziecko ze środowiska wodnego w brzuchu matki przechodziło płynnie(!) do środowiska wodnego na zewnątrz. Nie czuło bolesnego bombardowania cząstkami powietrza, dźwiękiem i światłem.

Był rok 1989. Dorota zaprosiła na poród swoją mamę, dwie przyjaciółki i zaprzyjaźnioną położną, także Dorotę. U sąsiada zamówiła z tej okazji sernik. W porodzie uczestniczył mąż. Dzieci spały w pokoju obok. Była upalna, lipcowa noc.

– Powiedziałam położnej, że chciałabym rodzić w wodzie. Ona mówi: „Hmm, nie mam do wanny dobrego dostępu. Ja ci tam nie pomogę. Wymyśl coś innego”. Wpadłam na pomysł. Miałam w domu wanienkę dziecięcą. Ustawiłyśmy ją w małym pokoju, na środku, żeby położna Dorotka miała do mnie dobry dostęp.

Napełniłyśmy wanienkę ciepłą wodą. Z tyłu stał stołeczek. Co jakiś czas zanurzałam się w tej ciepłej wodzie (mąż dbał o dobrą temperaturę), potem siadałam na stołeczku. I to mi pasowało. Skurcz, rozkurcz, odpoczynek. Nawet gdy odczuwałam ból, to myślałam, że to jest moje własne, fizyczne cierpienie, domowe, mogę sobie na nie pozwolić.

Jest ból, „pękanie skorup” i ja to rozumiem. Ale nie było tego cierpienia psychicznego, uczucia sponiewierania w szpitalu, gdzie się jest kimś odpodmiotowionym. Robiłam to, na co miałam ochotę. Śpiewałam, siedziałam, tańczyłam, robiłam przysiady. I pojadałam to, co mi smakowało!

O świcie urodził się Daniel. W wodzie. I przez dłuższą chwilę w niej przebywał. Potem leżał mi na brzuchu. Ssał z jednej i z drugiej piersi. Położyliśmy go potem obok na brzuszku... A on podnosił głowę, lustrował otoczenie i uśmiechał się. Rano dzieci wpadły do pokoju, zachwycone, że jest dzidziuś.

– Poród był bardzo łagodny. Daniel dostał od początku tyle miłości. To procentowało. Był bardzo spokojnym dzieckiem. Przez cały boży rok uśmiechnięty uśmiechem wieloryba nr 7. Nie chorował w ogóle. To było cudowne macierzyństwo – uśmiecha się wzruszona Dorota. Dziś, jako lekarz psychiatra, praktykujący medycynę komplementarną, nieraz pomaga kobietom w ciąży i rodzącym relaksować się i łagodnie przejść trud porodu.

Wspólnie z koleżankami przetarła szlaki. 10 lat później pojawiła się akcja „Rodzić po ludzku”. Potem kolejna – „Dobrze urodzeni”. Poród przestał być odhumanizowanym koszmarem.

Na piłce i z mężem

W 2011 roku Marzena Bieńkowska, nauczycielka, jest w ciąży z pierwszym dzieckiem. Ma wówczas 34 lata i jedno poronienie za sobą. Ma też poważną wadę wzroku, więc co dwa tygodnie odwiedza lekarza. Bardzo pragnie tego dziecka. Ciąża jest zagrożona. Od 20. tygodnia Marzena musi leżeć.

Ogląda telewizję śniadaniową. Zaproszona przez dziennikarki doświadczona lekarka położniczka opowiada o tym, że współczesne kobiety żyją w pośpiechu. Kontrolują czas. Celują z porodem między urlopem a grafikiem ważnych wydarzeń w pracy. Dlatego często decydują się na cesarskie cięcie. Bo łatwiej trafić w odpowiedni moment.

Marzena jest poruszona. Ona tak nie chce. Żadna cesarka nie wchodzi w grę. Przeżyła operację i wie, jak czuje się człowiek po narkozie. O nie! Dziękuję bardzo! Chce urodzić dziecko naturalnie.

– Mam zamiar zafundować maleństwu przyjście na świat w najlepszym pakiecie – śmieje się. – Najlepszy pakiet to poród siłami natury i karmienie piersią. Tak my kobiety zostałyśmy zaprogramowane. Nie chodzi do szkoły rodzenia. Za to wybiera sobie lekarza, który prowadzi ją przez całą ciążę.

Jest szansa, że to właśnie on odbierze poród w miejscowym szpitalu, w Mińsku Mazowieckim. Szpital ma dobrą opinię, chociaż nie jest odnotowany w rankingu Fundacji Rodzić po Ludzku. Ten z rankingu znajduje się 32 km dalej. Marzena woli rodzić na miejscu. Zna szpital, wie, jak się w nim poruszać. No i lekarz jest „swój”. Przyjazny, mówi do pacjentek po imieniu. Można do niego zadzwonić z każdym problemem, wątpliwością, nawet poza godzinami jego pracy.

Marzena jest spokojna. Nie słucha koszmarnych opowieści o porodach. Nie chce się stresować, hodować lęku. Ufa, że wszystko będzie tak, jak ma być, dobrze. Mówi: Czytam w tym czasie poradnik Kaz Cooke „Ciężarówką przez 9 miesięcy. Przewodnik po ciąży i okolicach”. Wyobrażam sobie każdy tydzień z życia mojego dziecka, które we mnie się rozwija. I o każdy następny się modlę. Wie już, że to będzie córeczka – Marysia.

Ma z nią niezwykły kontakt. Kiedy lekarz każe jej kontrolować ruchy dziecka, liczyć, ile razy w ciągu godziny się poruszy, ona kładzie ręce na brzuchu i nasłuchuje. Kiedy przez jakiś czas nie czuje ruchów, głaszcze delikatnie brzuch i mówi: „Marysiu daj znak, czy żyjesz. Puknij kochanie!”.

Córeczka kopie, jakby dobrze wiedziała, o co Marzena prosi. 10 dni przed terminem Marysia postanawia powitać świat. – Jest pierwsza w nocy – opowiada Marzena. – Czuję, jak faluje mi brzuch. Mam silne parcie na pęcherz. Kiedy po raz czwarty muszę iść do łazienki, odchodzą mi wody płodowe. Wiem już, że zaczął się poród. Budzi męża. On z początku nie dowierza, że to już, ale adrenalina szybko stawia go na nogi.

Biorą ze sobą walizkę z najpotrzebniejszymi rzeczami dla siebie i dziecka. Marzena przygotowała ją dwa miesiące wcześniej. Wsiadają do samochodu. Mają do przejechania raptem półtora kilometra. W szpitalnej recepcji pytają Marzenę, co ile minut ma skurcze.

– Co siedem – odpowiada i prosi, by pouczyli ją, co ona ma robić i by byli cierpliwi, bo nie chodziła do szkoły rodzenia i nie wie. Spokojnie odpowiada na pytania wywiadu o badania, wyniki, przeciwwskazania. Znowu dopada ją skurcz. Jeszcze nie wie, że to dopiero preludium. Dwa lata później, kiedy będzie rodzić drugą córkę, powie w takim momencie: „Chciałabym urodzić w dwie godziny. Po co przeciągać ból?”.

Przy pierwszym dziecku jednak czeka nieświadoma, co będzie dalej. Na sali przygotowawczej podłączają ją do KTG. Słyszy głośny puls dziecka. Potem położna Ela prowadzi ją na porodówkę. W jednej sali jest łóżko i wielka piłka. W drugiej znajduje się także wanna. Co jest w dwóch pozostałych, Marzena nie wie. Nie ma czasu na zwiedzanie. Mąż idzie za Marzeną. Nikt go nie zatrzymuje. Nikt się temu nie dziwi. Jak już jest, to dobrze!

Marzena kładzie się na łóżku, ale położna proponuje, by posiedziała trochę na wielkiej gumowej piłce i lekko poruszała biodrami. Potem stwierdza, że trzeba przyspieszyć skurcze. – Pan pomasuje żonie sutki – proponuje – pobudzi się w ten sposób wydzielanie oksytocyny. Masaż jest skuteczny, skurcze stają się coraz silniejsze. Mąż stoi przy łóżku na wysokości jej głowy. Marzena nie chce, by widział to, co dzieje się „na dole”. Trzyma go za rękę. W czasie silnego skurczu niemal miażdży mu dłoń.

– Miałem wtedy ochotę razem z tobą zawyć z bólu – powie potem mąż. Po pięciu godzinach od pierwszego skurczu rodzi się Marysia. Pada śnieg. Jest jeszcze ciemno. Luty. – To był najwspanialszy moment – opowiada wzruszona Marzena. – Położyli mi takiego małego bąka na lewej piersi. Podniósł głowę i tak zabawnie dziubał powietrze w poszukiwaniu piersi. Okruszek... Najpierw popłakałam się. A potem wybuchłam śmiechem: „O Boże, ruda! Jaka piękna marchewa!”.

Mąż przeciął pępowinę. – Nieraz opowiadamy o tym Marysi, jak wtedy było. Jej tata siedział na łóżku. Wziął ją na ręce. Główkę włożył w dłonie. Nóżki Marysi sięgały jego łokci. A on miał w oczach łzy. Milczał tak, milczał i długo się w nią wpatrywał. Była wyjątkowo śliczna, niepomarszczona, może dlatego że urodziła się szybko...

A mnie rozpierała energia. Byłam w takiej euforii, że mogłabym wtedy przenosić góry! Ja wiem, że to adrenalina i hormony, ale wspomnienie tego przeżycia zostaje w człowieku na zawsze.

Maria Mamczur


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje