Reklama

Reklama

Rodzice edukacji domowej

To, co dla większości rodziców stało się teraz gigantycznym wyzwaniem, dla nich jest normą. Od lat uczą własne dzieci w domowym zaciszu i bardzo sobie chwalą takie rozwiązanie. Czym się kierowali, gdy decydowali się na tę formę nauczania?

Dziś, siłą rzeczy, polscy uczniowie uczą się zdalnie. Są oczywiście wspierani przez szkoły macierzyste i mają kontakt z nauczycielami, którzy starają się realizować program, ale w przypadku wielu uczniów bez pomocy mamy i taty po prostu się nie obejdzie. Ktoś musi ich zmotywować, przypilnować systematyczności, służyć radą w kwestiach technicznych, pomóc przy lekcjach w większym wymiarze niż kiedykolwiek... Osoby, które od lat nauczają swoje dzieci w ramach tzw. edukacji domowej (ang. homeschooling) nie ukrywają, że współczują tym, którzy wcześniej nie pracowali z własnymi pociechami tak intensywnie w domu. Bo to ogromne wyzwanie.

Reklama

Rodzice edukacji domowej są, jak się wydaje, na uprzywilejowanej pozycji. Robią to, co robili jeszcze przed pandemią, chociaż pewne ograniczenia dotknęły i ich - musieli np. zrezygnować z wszelkich wyjść edukacyjnych z własnymi dziećmi. Czym jest omawiany model nauczania, o którym teraz coraz więcej się mówi?


O co w tym chodzi?

Rozważania na temat edukacji domowej (ED) należy zacząć od wyjaśnienia, że nie oznacza ona tego samego, co nauczanie indywidualne (NI), przeznaczone dla uczniów, których stan zdrowia lub inne okoliczności uniemożliwiają podążanie tradycyjną ścieżką kształcenia. Dzieci korzystające z NI realizują zajęcia edukacyjne z nauczycielem (lub nauczycielami), któremu obowiązek ten powierzy dyrektor placówki.

Natomiast edukacja domowa to nauka w domu, poza systemem szkolnym. W roli nauczycieli występują rodzice, czasem wspierani przez inne osoby. U tak prowadzonych dzieci, najczęściej nie ma żadnych przeciwwskazań, by uczęszczały do szkół. Jednak ich opiekunowie w porozumieniu z nimi podjęli inną decyzję. 

Idea współczesnego nauczania domowego przywędrowała do nas ze Stanów Zjednoczonych, gdzie prężnie rozwija się już od lat 70. ubiegłego wieku. Choć należy doprecyzować, że omawiane rozwiązanie w pełni legalne stało się tam dopiero w kolejnej dekadzie, i to po wielu sądowych bataliach. Rodzice rozczarowani tradycyjnym modelem edukacji, a jednocześnie przerażeni skalą przemocy rówieśniczej oraz coraz większą dostępnością narkotyków, uznali, że sami podołają obowiązkowi uczenia swoich pociech. Pomysł się sprawdził. Aktualnie w ten sposób kształcą się dwa miliony młodych Amerykanów.

Początkowo wydawało się, że taka forma realizacji obowiązku szkolnego nie przyjmie się w Polsce. Nikogo nie zaskoczy fakt, że omawiany system ma zalety, ale i pewne wady. Dwadzieścia lat temu w naszym kraju zaledwie garstka dzieci uczyła się bez pomocy szkoły, w 2008 roku - było ich około setki. Dziś ostrożne szacunki mówią nawet o kilku tysiącach homeschoolersów. 

Domowa nauka w naszym kraju to wbrew pozorom pomysł nienowy. W Polsce ma bogatą i wielowiekową tradycję, obowiązek szkolny nakazujący uczęszczanie do placówki wszedł w życie w XX wieku.    

Dzieci i młodzież ucząc się w edukacji domowej pozostają formalnie uczniami wybranej szkoły, niekoniecznej tej, która przysługuje im z racji rejonu. Rodzice mogą zapisać je do dowolnej placówki, nawet takiej w innej części kraju. Zobowiązane są zdawać w niej raz lub dwa razy w roku egzaminy sprawdzające poziom wiedzy. 

Dyrektor wytypowanej szkoły musi wyrazić pisemną zgodę na to, aby konkretny uczeń realizował edukację domową. Jeśli dziecko będzie miało duże zaległości, przestanie robić postępy, ED wyraźnie nie będzie mu służyć, a rodzic nie sprosta zadaniu realizacji materiału, zgoda na domowe nauczanie może zostać cofnięta.

Teoretycznie zielone światło zwolennikom edukacji domowej daje ustawa o systemie oświaty z 7 września 1991 roku. Co więcej, na ich korzyść przemawia też art. 48 Konstytucji, według którego rodzice mają prawo, by wychowywać dzieci w zgodzie z własnymi przekonaniami. Prekursorzy edukacji domowej w Polsce, państwo Izabela i Marek Budajczakowie w połowie lat 90. borykali się z różnymi trudnościami, ale starannie wyedukowali swoje dzieci i skutecznie przecierali szlaki kolejnym rodzinom.

Dziś zwolennikom omawianego sposobu nauczania jest już zdecydowanie łatwiej, ale niekiedy zdarza się, że trafiają na opór za strony macierzystej szkoły, do której przynależy dziecko. Wyjściem z sytuacji może być wypisanie go z niej i zgłoszenie do placówki przychylnej idei homeschoolingu, albo pisemne odwołanie od decyzji dyrekcji.

Od kogo i dla kogo?

Aby uczyć dziecko w domu, rodzice zobowiązani są dostarczyć szkolnej dyrekcji następujące dokumenty: podanie o wyrażenie zgody na spełnianie przez ich syna lub córkę obowiązku szkolnego poza szkołą, oświadczenie, w którym zadeklarują, że stworzą odpowiednie warunki, aby uczeń zrealizował obowiązującą podstawę programową, pisemne zobowiązanie do przystępowania przez dziecko do egzaminów, a także opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej o braku przeciwwskazań do podjęcia edukacji domowej. Ten ostatni dokument budzi kontrowersje wśród niektórych rodziców - zastanawiają się, dlaczego ich dzieci muszą być badane w poradni, skoro nauka do 18. roku życia jest w naszym kraju obowiązkowa, a maluchów rozpoczynających edukację w jej tradycyjnej formie, poza pewnymi wyjątkami, nikt przedtem nie bada.

Opiekunowie powinni też zapewnić dziecku dostosowane do jego wieku i możliwości zajęcia ruchowe, stanowiące odpowiednik lekcji wychowania fizycznego. Natomiast egzaminy roczne lub semestralne nie będą obejmować takich przedmiotów jak WF, zajęcia techniczne, plastyka czy muzyka.

Statystycznie, edukację domową nieco częściej realizują rodziny wielodzietne, choć nie brakuje też jedynaków nauczanych we własnych domach. W wielu przypadkach dzieci te odznaczają się wysoką inteligencją i wybitnymi zdolnościami, zatem alternatywny sposób realizowania obowiązku szkolnego sprawia, że mogą rozwijać uzdolnienia oraz wykorzystywać swój potencjał. Pracują we własnym tempie, na miarę swoich możliwości, nie nudzą się w szkolnej ławce w oczekiwaniu, aż reszta klasy zrozumie wykładany materiał.

Edukacja domowa często sprawdza się też w przypadku uczniów niepełnosprawnych intelektualnie, z orzeczeniem o potrzebie kształcenia specjalnego. Ich opiekunowie wnioskując o zezwolenie na spełnianie obowiązku szkolnego poza szkołą nie potrzebują osobnej opinii poradni psychologiczno-pedagogicznej. Dzieci z upośledzeniem umiarkowanym i znacznym zwolnione są z egzaminów klasyfikacyjnych. Wiadomo, że dziecko może wynieść z zajęć znacznie więcej, gdy dorosły poświęca uwagę tylko jemu. W szkolnych realiach jest to niemożliwe do zrealizowania. Dlatego nierzadko zdarza się, że potencjał wielu maluchów nie zostaje dostrzeżony. Dotyczy to zwłaszcza dzieci nieśmiałych, wycofanych, a także właśnie niepełnosprawnych, zwłaszcza, gdy te ostatnie uczęszczają do szkół masowych.

Wszyscy ci uczniowie będą iść do przodu na miarę swoich możliwości (dzięki intensywnej pracy jeden na jeden), ale jednocześnie zostaną pozbawieni codziennych kontaktów z grupą rówieśniczą, od której też przecież się uczą przez naśladownictwo i dzięki której się uspołeczniają.

Z homeschoolingu skorzystają też uczniowie u których zdiagnozowano fobię szkolną, również ci nad wyraz wrażliwi, którym tradycyjny system lub brak akceptacji uniemożliwia rozwinięcie skrzydeł, ale także wszyscy inni, którzy pragną się uczyć w omawiany sposób i są w tym wspierani przez opiekunów.

Mnożenie korzyści

Rodzice nauczający swoje pociechy w domu przekonują o zaletach takiego rozwiązania. Ich zdaniem uczniowie podczas 45-minutowej szkolnej lekcji nie korzystają tyle, ile by mogli. Sprawdzanie obecności, dyscyplinowanie uczniów, upominanie tych przeszkadzających, sprawdzanie prac domowych, wpisywanie uwag, odpytywanie, tłumaczenie tej samej materii po raz kolejny, bo nie wszyscy zrozumieli - ten szereg czynności zajmuje cenny czas. Czas, który w innych warunkach mógłby być wykorzystany efektywniej. Ile razy zdarzało się, że klasa nie przerobiła całości przewidzianego na dany rok materiału? Chyba każdy sięgając pamięcią wstecz pamięta takie epizody. Nauczyciele narzekali, że "jesteśmy w tyle", albo "znowu z czymś nie zdążyliśmy". W ED ten problem nie istnieje.

Ograniczająca jest też konieczność przebywania w szkolnym budynku. Owszem, w ciągu roku zdarzają się wycieczki klasowe, grupowe wyjścia umożliwiające uczestnictwo w kulturze oraz lekcje terenowe, ale w przeciętnej szkole takie atrakcje nie są organizowane dzień w dzień. W edukacji domowej stanowią zaś element codzienności, przynajmniej teoretycznie jest to możliwe. Zdobywanie wiedzy "w warunkach naturalnych" jest zdecydowanie bardziej efektywne i atrakcyjne niż w szkolnej ławce. A skoro już o ławkach mowa... niektóre dziewczynki być może lubią się uczyć w ten sposób, ale dla wielu chłopców konieczność spędzania kilku godzin dziennie niemal w bezruchu to udręka.

W domowym zaciszu homeschoolersi uczą się w swoim tempie, nie muszą nikogo gonić, ani na nikogo czekać. Poszerzają horyzonty, osiągają wymierne sukcesy, nierzadko wyprzedzając kolegów uczęszczających do szkół. Według statystyk już na poziomie szkoły podstawowej są do przodu z materiałem. Tendencja jest coraz bardziej wyraźna wraz z upływem czasu. Lepiej wypadają na egzaminach, z maturą włącznie, bez problemu dostają się na studia, doskonale radzą sobie też na rynku pracy.

Nauka w domu może być codzienną przygodą, przyjemnością, zawierać elementy zabawy. Rodzice na ogół dobrze znają mocne i słabe strony swoich dzieci, wiedzą, jakie metody działają, a jakie nie. Argumentem przemawiającym za homeschoolingiem jest możliwość korzystania podczas lekcji z całego bogactwa multimediów, filmów, książek, albumów, bądź czasopism, którymi dodatkowo nie trzeba dzielić się całą klasą. Dzieci szybko uczą się korzystania z wielu źródeł, a to bardzo cenna umiejętność.

Nauka w domu, to nie tylko typowa praca z podręcznikami, to także, a może przede wszystkim, eksperymenty, zabawa, wycieczki, zwiedzanie zabytków, obserwowanie przyrody, podróże do miejsc historycznych. Każdy dzień może znacząco różnić się od poprzedniego, być okazją do nowych odkryć i wyzwań. Wszystko zależy od inwencji oraz pomysłowości rodziców (a także samych dzieci), ale również, niestety, od zasobności ich portfela. Inspiracjami i pomocą służą witryny internetowe stworzone dla rodzin realizujących edukację domową oraz platformy czy serwisy edukacyjne. Ciekawym urozmaiceniem może być też korzystanie z bogatej oferty edukacyjnej Uniwersytetów Dziecięcych, oferujących zajęcia akademickie dla najmłodszych.

Dzięki omawianej formie nauki odpada problem porannych pobudek, znienawidzonych przez wiele maluchów czy nastolatków. Wczesne wstawanie to dla uczniów prawdziwa męka, choć oczywiście i tu zdarzają się wyjątki. Cenny jest też czas zaoszczędzony na dotarcie oraz powrót ze szkoły, wszak nie każdy ma to szczęście mieć ją tuż pod samym domem.

Rodzice nie muszą legitymować się dyplomem pedagogiki wczesnoszkolnej, by zostać nauczycielami swojego dziecka. Jeśli czują się na siłach, aby wziąć na siebie taki obowiązek, ich formalne wykształcenie nie ma większego znaczenia. Jednak prowadzenie edukacji domowej wymaga od dorosłego nie tylko talentu pedagogicznego, ale też wiedzy, samodyscypliny, zaangażowania i systematyczności. Zazwyczaj na omawiany model nauczania decydują się rodzice z wyższym wykształceniem.

W edukacji domowej dzieci chronione są przed tą ciemniejszą stroną tradycyjnego systemu nauczania. W końcu poza cennym uspołecznieniem przebywanie w dużej zbiorowości ma też inne konsekwencje. Młodzi ludzie oprócz pozytywnych wzorców przyswajają też zachowania nie do końca akceptowalne, ulegają coraz dziwniejszym i nie najmądrzejszym szkolnym modom, popisują się zasłyszanymi powiedzonkami, które mrożą rodzicom krew w żyłach. Osobny problem stanowią używki, z narkotykami i dopalaczami włącznie. Prawie każdy nastolatek wie, gdzie można je nabyć oraz kto zajmuje się ich dystrybucją. Nierzadko dilerzy rekrutują się spośród samych uczniów. Rodzice, nie chcąc takiego towarzystwa dla swoich pociech, wybierają małe, kameralne placówki lub, coraz częściej, edukację domową.

Nie można zaprzeczyć, że niektórzy uczniowie czują się odepchnięci przez grupę, przez co latami funkcjonują gdzieś na marginesie klasy. Inni stają się ofiarami przemocy rówieśniczej i zastraszeni do granic obłędu milczą, zamiast pozwolić dorosłym sobie pomóc. W takich warunkach łatwo o niską samoocenę, depresję czy tworzenie się kompleksów. Nie mówiąc już o tym, że nie są to okoliczności sprzyjające efektywnej nauce. W zaciszu własnego domu, w niemal cieplarnianym otoczeniu, dzieci są całkowicie bezpieczne i mają doskonałe warunki do rozwoju.

Nie brak trudności

Mimo to nie wszyscy uważają, że takie swoiste rozpościeranie parasola nad pociechami będzie im służyć. Przecież pewna ilość przykrych doświadczeń też jest potrzebna, by dzieci mogły sobie poradzić w życiu. Usuwanie wszelkich trudności z ich drogi może spowodować, że w przyszłości takie osoby nie będą potrafiły przyjmować porażek i godzić się z nimi.

Aby nauczać swoje dzieci w ramach ED przede wszystkim trzeba mieć na to czas oraz możliwości, także finansowe. Jedno z rodziców musi wszak zostać w domu z dzieckiem, zatem rezygnuje z pracy lub pracuje zdalnie. Na taki układ nie każda rodzina może sobie pozwolić, zwłaszcza, jeśli sytuacja ta ma trwać latami. Ci, którzy nie mogą lub nie chcą rezygnować z aktywności zawodowej, a jednocześnie pragną, by ich dzieci kształciły się w domu niekiedy korzystają z usług guwernantek bądź guwernerów, zatrudnionych na cały etat. Jest to jednak drogie rozwiązanie. Co więcej, wówczas nauczycielem nie jest rodzic, tylko obca osoba.

Dodatkowym obciążeniem jest fakt, że za wszelkie pomoce dydaktyczne rodzice płacą z własnej kieszeni. Co ważne, subwencje oświatowe nie trafiają na rodzinne konto bankowe, tylko do szkoły, do której zapisany jest uczeń.

Największą bolączką chłopców i dziewcząt uczących się w domu jest ograniczony kontakt z rówieśnikami. Co prawda homeschoolersi szybciej kończą zajęcia i nierzadko po południu są już wolni, ale ich koledzy mają zdecydowanie mniej czasu, ponieważ kilka godzin dziennie spędzają w szkole, do tego dochodzi konieczność odrabiania lekcji, niekiedy dojazdów, uczenia się do kolejnych sprawdzianów oraz, dość często, przymus wczesnego położenia się spać, z uwagi na poranną pobudkę.

Wyjściem z sytuacji jest zapisanie pociechy na zajęcia dodatkowe, gdzie będzie regularnie spotykać inne dzieci i spędzać z nimi czas. Zaprawieni w bojach rodzice aktywnie szukają kontaktu z innymi rodzinami realizującymi homeschooling, organizują spotkania dzieci, czasem też wymieniają się nimi, by te mogły pobyć z innymi dorosłymi i skorzystać z domowych lekcji innych niż te prowadzone przez własnych opiekunów, a także mieć swoje środowisko.

Według przeciwników edukacji domowej, dzieci powinny zbierać różnorodne doświadczenia, również te negatywne, ponieważ życie tak właśnie wygląda. Szkolne sprzeczki też uspołeczniają, uczą przecież niełatwej sztuki kompromisu. Przecież na zajęcia dodatkowe lub spotkania aranżowane przed rodziców realizujących ED przychodzą na ogół dzieci wyselekcjonowane, a przecież pociechy powinny wiedzieć, że ludzie są rożni, czasem wręcz trudni i niedostosowani, bo w przyszłości przyjdzie im funkcjonować w społeczeństwie złożonym z jednostek.

Ponadto, szkolne lata to nie tylko ryzyko zetknięcia się z nieakceptowanymi zachowaniami czy bezmyślne wkuwanie regułek, jak twierdzą niektórzy, ale i zdrowa rywalizacja, chwilowe oderwanie od rodziców, sukcesy, relacje, wartościowe znajomości, poznawanie nowego środowiska, zakochiwanie się w klasowych kolegach i koleżankach, zawieranie przyjaźni, nauka samodzielności, porozumienia, radzenia sobie z porażkami, funkcjonowania w grupie, współpracy... To też wstęp do dorosłego życia, studiów, pracy. Odtworzenie tego wszystkiego w domowych warunkach może być dość trudne. Niejedno z nas dobrze wspomina szkolne lata, czasem nawet jako jeden z najpiękniejszych okresów w życiu.

Zwolennicy ED odpowiadają, że przyjaźnie ze szkolnej ławy są silne, ale w większości przypadków mogą nie przetrwać próby czasu. Jak przekonują, kontakty z rówieśnikami są ważne, ale w późniejszym czasie, w pracy zawodowej, mamy przecież styczność z osobami w bardzo różnym wieku i to z nimi powinniśmy umieć się porozumieć, a nie tylko z osobami urodzonymi w tym samym roku, co my.

Rodzice homeschoolersów uchodzą za buntowników, osoby nadmiernie kontrolujące, które w imię własnych ideałów odcinają dzieci od normalnego życia. Wielu z nich twierdzi, że gdy przyznają w towarzystwie, że uczą dzieci w domu reakcje rozmówców bywają różne. Wśród zwolenników tradycyjnej szkoły nie brak osób twierdzących, że edukacja domowa jest wręcz szkodliwa. Wątpią, by spotkania z innymi dziećmi dwa razy w tygodniu wystarczyły homeschoolersom do pełnej socjalizacji.

Homeschoolersi siłą rzeczy mają mniej kontaktów z innymi dziećmi, co w niektórych przypadkach może być przyczyną zaburzeń adaptacyjnych oraz grozić niedostosowaniem społecznym. Dziecko uczone w domu i spotykające raczej wyselekcjonowaną grupę rówieśników nie spotyka się bowiem z problemami innych dzieci, nie obserwuje ich zachowań w różnych sytuacjach. Może się zdarzyć, że rodzic zafascynowany modą na nauczanie domowe będzie za nią podążał i, być może, przeceni swoje umiejętności. Nie każdy ma odpowiednie predyspozycje, by występować w roli nauczyciela.

Wiadomo, wiele dzieci zareaguje entuzjastycznie na propozycję niechodzenia do szkoły, ale co z jakością domowego kształcenia, zwłaszcza w kolejnych latach, gdy materiał do opanowania będzie coraz obszerniejszy i wymagający? Poziom klas 1-3 przeważnie nie sprawia trudności rodzicom, ale jak będzie dalej? Czy będą oni w stanie przygotować swoje pociechy do matury na poziomie rozszerzonym z matematyki, fizyki i języka obcego? 

W wielu przypadkach prędzej czy później pojawi się konieczność wsparcia z zewnątrz, korepetytora lub innego rodzica edukacji domowej, który specjalizuje się w tych właśnie przedmiotach. Czasami edukacja domowa kończy się na etapie czwartej klasy, niekiedy w okresie licealnym, ale są też młodzi ludzie, którzy uczyli się w domu do czasu kiedy poszli na studia.

Praktyka zresztą pokazuje, że homeschoolersi w kolejnych etapach edukacji uczą się sami, rola rodziców zmniejsza się z czasem. Ponadto, rodziny nigdy nie są pozostawione same sobie, szkoła do której zapisani są uczniowie ma obowiązek zapewnić im takie wsparcie, jakie akurat będzie potrzebne. Okazuje się, że największy problem młodzież ma z matematyką, wszak trudno jest nauczyć się jej samemu.

Decyzja o spełnianiu obowiązku szkolnego poza szkołą z pewnością wpłynie nie tylko na życie ucznia, ale i pozostałych domowników, czasem będzie prawdziwą rewolucją. Zdarza się, że taki wybór ma związek ze światopoglądem danej rodziny, częstymi podróżami, doznanymi rozczarowaniami lub chęcią maksymalnego wykorzystania potencjału drzemiącego w uczniu. Bez względu na powody, taki krok powinien być dobrze przemyślany, zaakceptowany przez wszystkich zainteresowanych. Aby uczyć swe pociechy w domu trzeba mieć ku temu nie tylko chęci, ale i możliwości.

Są dzieci, którym ED wyjątkowo służy i czerpią z niej bardzo wiele, ale są też takie, które uczęszczają do bardzo dobrych szkół i jest to dla nich najlepszy wybór. Cokolwiek postanowimy, ważne, by własne ambicje nie przesłoniły nam dobra naszego dziecka. Czas pokaże, czy grono rodzin realizujących ten "prawdziwy" homeschooling powiększy się, gdy skończy się czas epidemii. Wielu rodziców z pewnością nie będzie chciało nawet o tym słyszeć, ale nie można wykluczyć, że znajdą się i tacy, którzy właśnie teraz poczuli, że w edukacji domowej z własnymi dziećmi świetnie by się odnaleźli.

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy