Reklama

Reklama

Tracę zdrowie i kilogramy

Moje samopoczucie pogarszało się z dnia na dzień. Lekarz powiedział, że powinnam bardziej o siebie zadbać.

Zbliżały się moje pięćdziesiąte urodziny. Nie powiem, żebym była bardzo szczęśliwa z tego powodu. Któraż kobieta cieszy się z upływu lat? Moje odbicie w lustrze nie wyglądało jeszcze źle, no może miałam trochę za dużo okrągłości tu i ówdzie. Ale na oko wszystko było w porządku. No właśnie. Na oko, bo tak naprawdę, to miałam powód do niepokoju. Od dłuższego czasu coś dziwnego działo się z moim samopoczuciem. Sądziłam, że to po prostu przemęczenie. Nie miałam czasu roztkliwiać się nad sobą, bo obowiązków w pracy miałam sporo, a w życiu prywatnym postawiłam sobie nowe wyzwanie. Niedawno kupiłam drewniany domek w górach i zaczęłam go remontować. Spełniałam swoje marzenie.

Reklama

Zawsze byłam energiczna, pełna inwencji i zapału. Ale zachowywałam rozsądne proporcje między pracą i odpoczynkiem. A teraz jakaś niewidzialna siła gnała mnie wciąż do przodu, z miejsca na miejsce. Bez opamiętania. Koleżanki w pracy żartowały, mówiąc: "Grażyna, gdzie ty się tak ciągle śpieszysz? Jak pan rozpędek. Wyluzuj, odsapnij trochę, bo zadyszki już dostajesz". Miały rację, parę razy zdarzyło się, że zabrakło mi tchu. Dostawałam jakichś dziwnych dreszczy. Nagle zaczynały mi się trząść ręce. Pewnego dnia szef poprosił mnie o przygotowanie scenariusza bardzo ważnej dla naszej firmy imprezy. Napisałam odręcznie. Nie potrafił odczytać tego, co napisałam, a przecież miałam zawsze bardzo ładny charakter pisma.

- Pani Grażyno - mamrotał niezadowolony - co to ma być? Gdyby to jakaś nowicjuszka zrobiła, jeszcze bym zrozumiał, ale pani? Grafologa tu nie zatrudniamy. Proszę to porządnie przygotować! - rzucił na biurko plik kartek. Nie potrafiłam nic sensownego powiedzieć i rozpłakałam się. Ja, zawsze taka opanowana, wpadłam w histeryczny płacz.

- Boże! Co się ze mną dzieje? - powiedziałam, kiedy doszłam do siebie.

- Grażka, daj ten konspekt, przepiszę ci go na komputerze - poratowała mnie koleżanka, podając mi przy okazji jakąś gorzkawą pigułkę. - Weź, to cię uspokoi.

Trochę pomogło. Minęło kilka tygodni. Jakoś sobie radziłam, wspomagając się różnymi tabletkami, ale coraz częściej miewałam huśtawki nastroju. Noce stawały się dla mnie koszmarem. Kilka, a czasem kilkanaście razy budziłam się w ciągu nocy, serce waliło mi jak oszalałe. To zamykałam, to otwierałam okna, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Lęki, niepokoje, wybuchy płaczu, gonitwa myśli stały się moją codziennością. Nie mogłam skoncentrować się nawet na filmie w telewizji, nie mówiąc już o książce czy gazecie. Zachowywałam się jak niespełna rozumu. W domu niemal codziennie awanturowałam się z córką o byle co.

- Mamo, zrób coś z sobą, bo się wyprowadzę do babci - odgrażała się Ania. - Tobie od pewnego czasu nie można w niczym dogodzić. Zachowujesz się jak furiatka. Raz się wydzierasz bez powodu, to znów płaczesz bez przyczyny.

Po takich rozmowach zamykałam się w pokoju i szlochałam w poduszkę. Wybrałam się w końcu do lekarza rodzinnego. Wysłuchał mnie, zrobił badanie serca, pomiary ciśnienia i postawił diagnozę:

- Są niewielkie zmiany w zapisie EKG, ale niezbyt groźne. Trochę za wysokie ciśnienie. No, swoje latka to już pani ma, więc nie ma się co dziwić. No i nadwaga też nie pomaga, a raczej szkodzi - sapał z wysiłkiem, bo sam nie był w lepszej formie niż ja. - Przepiszę pani leki na nadciśnienie i tabletki uspokajające. Proszę się oszczędzać, dużo odpoczywać, spacerować, a wszystko wróci z czasem do normy. A jak uda się pani zrzucić parę kilo, to będzie już całkiem dobrze.

Ucieszyłam się z tej diagnozy. Skoro lekarz nie dostrzegł nic groźnego, to nie miałam się czym przejmować. Wykupiłam leki, zaczęłam je skrupulatnie zażywać. Rzeczywiście przez jakiś czas czułam się znacznie lepiej. Po paru tygodniach koleżanki zaczęły mnie komplementować.

- Grażynko! Świetnie teraz wyglądasz. Ależ ty wyszczuplałaś! - zachwycały się. - Ale może przez tę dietę masz te huśtawki nastrojów? - zastanawiały się.

- Dziewczyny, nie stosuję żadnej diety. Nie mam aż tak silnej woli. Przeciwnie, jem coraz więcej. Nawet w nocy wstaję i myszkuję w kuchni, chociaż lekarz kazał mi się odchudzać - tłumaczyłam się. Waga szła w dół, natomiast moje samopoczucie było coraz gorsze. Musiałam wymienić całą garderobę, bo wszystko ze mnie leciało. Dwa razy wchodziłam na wagę, bo nie mogłam uwierzyć w to, co zobaczyłam na wyświetlaczu. Ubyło mi dwanaście kilogramów w ciągu dwóch miesięcy, mimo że miałam apetyt i pochłaniałam ogromne ilości jedzenia. Nareszcie miałam talię i płaski brzuch. Ale martwiłam się częstymi skokami ciśnienia i bardzo wysokim tętnem, coraz intensywniejszym drżeniem rąk i nawet głosu. Nie pomagały już brane kilka razy dziennie "cudowne pigułki uspokajające". Byłam załamana. Wstydziłam się wychodzić z domu. Nie radziłam sobie w pracy, bo każdy zwracał uwagę na moją nadpobudliwość, płaczliwość, drażliwość. Bałam się, że dopada mnie jakaś wyniszczająca choroba albo co gorzej, jakaś psychoza. Na moje szczęście, zupełnie przypadkowo, w biurze zjawiła się znajoma lekarka. Po kilkunastu minutach rozmowy ze mną, stwierdziła, że mam zaawansowaną nadczynność tarczycy.

- Pani Grażynko, musi pani iść do szpitala, i to natychmiast, bo jutro może być za późno. To może być przełom tarczycowy.

- Pani doktor, jaka tarczyca? O czym pani mówi? Mnie nic nie boli, nie mam żadnych zmian w obrębie szyi. Byłam u lekarza, stwierdził nadciśnienie, a poza tym myślę, że to chyba początek menopauzy, bo ostatnio mam nieregularne miesiączki. Po co od razu szpital?

Ale ona, nie zważając na moje protesty, zadzwoniła do szpitala, w którym pracowała. Słyszałam, jak kilkakrotnie powtarzała: " to bardzo pilny przypadek". Potem poszła do mojego szefa i mimo moich oporów, za chwilę siedziałam w jej samochodzie i jechałyśmy do szpitala. Jestem jej bardzo wdzięczna, że zmusiła mnie do zostania na oddziale. To co usłyszałam od ordynatora, nie nadaje się do powtórzenia. Przez własną bezmyślność i lekceważenie tak poważnych objawów, no i także przez zaniedbanie rodzinnego lekarza, mogłam nie mieć możliwości napisania tego tekstu.

Swoją pięćdziesiątkę obchodziłam w szpitalu. Największym prezentem urodzinowym był mój powrót do zdrowia i życia. Od tamtego zdarzenia jestem pod stałą kontrolą lekarza endokrynologa i kardiologa. Choroba chyba odpuściła. Tarczyca na szczęście nie daje o sobie znać. Oby tak dalej. Ale pozostała mi "pamiątka": utrwalone nadciśnienie i lekko uszkodzony mięsień sercowy. A mogłam przecież tego uniknąć. Jedyne co mi pozostało dobrego, to figura jak za młodych lat. I nie zanosi się na to, abym pozwoliła sobie na jakiekolwiek ulgi w diecie. O nie!

Poza tym mój nowy partner życiowy jest bardzo aktywny fizycznie, więc staram się mu dorównać. A tak gwoli informacji. Poznałam go w szpitalu. Jest radiologiem. Jest także moim prezentem urodzinowym. Jak to dziwnie dzieje się w życiu... Musiałam ciężko zachorować, żeby spotkać swoją drugą połowę.

Grażyna L., 50 lat

Z życia wzięte

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: tarczyca | badanie | lekarz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje