Reklama

Reklama

Żeby tylko się odnalazł...

Czasem śni mi się Janek. Staje w drzwiach, a ja zaczynam na niego strasznie krzyczeć: gdzie był i dlaczego tak długo milczał. I zamykam mu drzwi przed nosem.

W tym roku, w kwietniu, minęło dokładnie 11 lat od kiedy Janka nie ma. To było dokładnie 4 kwietnia 1999 roku. Tuż przed świętami Wielkanocnymi. Wtedy widziano go ostatni raz.

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie...

Kiedyś myślałam, że dobrze będzie zrobić mu taką symboliczną tablicę pamiątkową, na grobie jego matki. Żeby można było do niego pójść, posiedzieć, zapalić mu świeczkę. Ale moi synowie się sprzeciwili. Powiedzieli, że chcą myśleć, że tata żyje i że może kiedyś wróci. A jak zrobimy tę tablicę, to będzie tak, jakby nie żył.

W sumie, jakby na to popatrzeć z technicznej strony, to nie żyje - rok temu sądownie uzyskałam orzeczenie sądu, które uznało Janka za osobę zmarłą. To było 11 lat po tym, jak zaginął. Słyszałam, że kiedyś można się było starać o coś takiego po siedmiu latach. Nie wiem czy to dobrze czy źle, że teraz jest 10. W sumie, pięć lat to chyba byłoby za krótko, a 10 wydaje się za długo. Po pięciu latach ten ktoś zaginiony mógłby wrócić, a ta osoba, która została, mogłaby już mieć ułożone życie.

Siedem wydaje się optymalne

Reklama

Małżeństwem byliśmy 15 lat, kiedy Janek zaginął. Nasi chłopcy mieli wtedy po 14 i 15 lat.

Tak się złożyło, że ja wtedy byłam w Stanach Zjednoczonych. Byliśmy młodzi, na dorobku.

Kilka lat wcześniej dostaliśmy to mieszkanie, kupiliśmy samochód, naczynia z Zeptera. Mieliśmy troszkę długów, nawarstwiło się rat i trzeba było to spłacać. Mój teść był w USA, trafiła się okazja, żebym tam pojechała, odpracowała długi i coś zaoszczędziła. Tak też się stało.

Na miejscu, z pracą było różnie, ale w końcu się udało. Opiekowałam się Żydówką polskiego pochodzenia, ona była troszkę niewidoma i zniedołężniała, ale dobrze mi się pracowało. Byłam tam 1,5 roku, kiedy zadzwoniła moja mama z wiadomością, że Janek wyszedł do lekarza i nie wrócił i że jest to zgłoszone na policję, i że jest poszukiwany.

To był straszny szok. Tym bardziej, że do domu dzwoniłam kilka razy w tygodniu i wszystko wydawało się w porządku. Wiedziałam, że zostawiłam w Polsce dzieci i męża, i starałam się mieć z nimi jak najczęstszy kontakt. Moja mama przychodziła i pomagała bardzo dużo. Choć mąż też potrafił. Nie uchylał się od żadnych prac domowych.

Bardzo szybko załatwiłam bilet powrotny i byłam w Polsce już dwa tygodnie po zaginięciu Janka. Przez ten czas nic się nie wyjaśniło. Ktoś go niby widział w kościele, potem okazało się, że to nie on. Policja działała jakoś tak opieszale, nie informowali mnie o niczym. Doszło do tego, że szukaliśmy pomocy u jasnowidzów. Teść był u jakiejś wróżki. Ta mu powiedziała, że mafia porwała Janka. A przecież mąż nie miał nic wspólnego z żadnymi gangsterami. Był porządnym, normalnym człowiekiem. Skończył studia, pracował w hucie.

Rodzina męża była też u słynnego jasnowidza z Człuchowa. On kazał wziąć jakąś rzecz, która należała do Janka. Zawieźli koszulę. Wziął tę koszulę, czekali dwie godziny. Po tym czasie przez uchylone drzwi przekazał im na kartce opis, tego, co według niego się stało. On stwierdził, że mąż został zamordowany, a jego zwłoki zakopano niedaleko huty, w której pracował. Rozrysował nawet mapkę, gdzie one się mają znajdować. Z tą mapką poszliśmy na policję. Policja niby przeszukała ten teren i nic nie znalazła.

Zgłosiliśmy Janka także do programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie", ale nie było po nim odzewu. Na tym etapie nasze poszukiwania się praktycznie skończyły. Nie szukaliśmy już pomocy u wróżek i jasnowidzów, bo każdy mówił co innego. Poza tym, chcąc wynająć jakiegoś detektywa, trzeba się liczyć z dużymi kosztami. A ja miałam dwójkę dzieci na utrzymaniu. Potem jeszcze pięciokrotnie byłam w USA, żeby jakoś finansowo dać sobie radę.

Honor i depresja

Kiedy byłam USA, jeszcze przed zaginięciem Janka, dowiedziałam się, że mąż z dnia na dzień zwolnił się z pracy. Uniósł się honorem. Zaproponowano mu stanowisko dyrektora, ale po miesiącu nie dostał angażu. Dostał go ktoś inny, z polecenia. Współpracownicy prosili go, żeby tego nie robił, ale nie posłuchał. Szukał pracy, ale całe życie był związany z hutą. I tylko huta i huta. Nigdzie indziej się nie widział.

Nawet, jak miał jakieś oferty, to mu nie pasowały. W końcu znalazł coś w ubezpieczeniach samochodowych. Kiedy rozmawialiśmy przez telefon, miałam wrażenie, że jest taki, jak zawsze. Dopiero, kiedy wróciłam i jego już nie było, dowiedziałam się, że on przeżywał to wszystko bardzo. Popadł w depresję. Nie mówił o tym, bo nie chciał mnie martwić. Zaczął chodzić do psychologa. To były początki jego leczenia, jeszcze nie zdążyły przynieść rezultatu... Kiedy wychodził do tego lekarza, 4 kwietnia 1999 roku, wszystkie swoje dokumenty zostawił w domu. Nawet pieniądze, które ja przysyłałam, leżały w barku, nie ruszone. Wyszedł tak, jak stał.

Mnie, jako samotnej matce, której mąż zaginął, nic nie należało się od państwa. Starałam się o alimenty z funduszu alimentacyjnego. Uzyskałam je, po 250 zł na każdego syna. Potem odebrali mi te alimenty, weszło jakieś rozporządzenie i moje dzieci już się nie kwalifikowały.

A policja, mimo, że nie interesowała się odnalezieniem mojego męża, to wizyty odnośnie tego, czy nie wyłudzam alimentów od państwa miałam regularnie...

Tak, jak wspominałam, pięć razy jeszcze wyjeżdżałam do USA, żeby związać koniec z końcem. Ostatnim razem byłam tam trzy lata. Miałam dość. Chciałam wrócić do rodziny, do kraju. Znalazłam pracę. Po 10 latach zdecydowałam się uznać Janka za osobę zmarłą. Okazało się, że najpierw muszę zapłacić 700 zł, za anonse do prasy o zaginięciu. Takie ogłoszenia miały ukazywać się pół roku. Jeśli nie miałoby być na nie odzewu, to mogłam dalej kontynuować procedurę.

Musiałam to zrobić. Mieszkanie, telefon, wszystko było zapisane na męża. Chciałam zlikwidować telefon stacjonarny i nawet tego nie mogłam zrobić. Pojechałam do sądu, jeszcze raz wszystko sędziemu opowiadałam. Po kilku miesiącach dostałam wyrok, o tym, że Janka uznaje się za osobę zmarłą. Potem w USC dostałam jego akt zgonu.

Janek nie był takim człowiekiem, który zostawiłby rodzinę i po prostu poszedł sobie w siną dal. Nie wiem czy choroba tak go zmieniła, że stracił pamięć? Może popełnił samobójstwo? Nie wiem. Jego ciała nigdy nie odnaleziono, ale tak jest, że zwłoki nie zawsze się znajdują.

Może żyje gdzieś, z nową rodziną, nieświadomy tego, kim był kiedyś. Przecież, jak stracił pamięć, to nie wie, jak się nazywa... W tej chwili, po 11 latach, trudno by go było poznać. Nie miał brody, ani wąsów. Może teraz ma? Nie wiem czy ja bym go rozpoznała?

Ja musiałam się szybko pogodzić z tym, że go nie ma i zebrać w sobie. Ludzie różne rzeczy mówili... Ale to chyba taka natura ludzka, że potrzebuje plotek.

Udało mi się ułożyć sobie na nowo życie prywatne. Mam kogoś. Jest mi dobrze. Nie zamierzam wychodzić za mąż. Nie w tym wieku. Każde z nas ma swój dom, kiedy chcemy być razem, to po prostu jesteśmy. Samotności nie życzę nikomu. Trzeba mieć kogoś. Takiego prawdziwego mężczyznę, który wspiera i pomaga. Znaliśmy się jeszcze z ogólniaka, ale nigdy nie byliśmy parą. Los ponownie nas ze sobą zetknął: on po rozwodzie, ja z mężem, który zaginął.

Zastanawiam się, co by było, gdyby tak faktycznie kiedyś Janek wszedł do domu.

Nie wiem czy byłabym mu w stanie wybaczyć to, co zrobił. A co, jeśli zrobił to świadomie? No, ale pewnie byśmy go przyjęli. Moi synowie wolą myśleć, że tato żyje, dlatego nie chcą robić mu tabliczki na grobie. To uznanie za zmarłego załatwiłam wyłącznie ze względu na formalności, gdyby to nie było mi potrzebne, to w ogóle bym tego nie robiła. Dawałam kilka razy na mszę, ale może moja wiara jest niedostateczna... Są takie momenty, kiedy to wszystko do mnie wraca. Wolałabym, żeby się znalazł, nieważne w jakiej postaci. A co by było między nami i co by było dalej, to już nieważne.

Najczęściej giną mężczyźni

Historia Jana to jeden z wielu dramatów, jakie każdego roku dzieją się na całym świecie, kiedy ktoś ginie. W Polsce ginie 15 tys. osób rocznie. Aż 80 proc. udaje się odnaleźć. W przypadku dzieci, odsetek jest jeszcze wyższy i wynosi 90 proc. Ze statystyk fundacji ITAKA, Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych, wynika, że najczęściej giną mężczyźni. Od 1999 r. do Fundacji ITAKA zgłoszono 1866 zaginięć kobiet i 3828 zaginięć mężczyzn na terenie Polski.

Do najczęstszych przyczyn zaginięć osób dorosłych zalicza się: konflikty rodzinne, uzależnienia, choroby psychiczna, zakłócenie czynności psychicznych, upośledzenia, choroby somatyczne, problemy finansowe, problemy na studiach/w szkole, depresję, problemy w pracy. - W przypadku nastolatków notujemy dużo ucieczek z domu, powodowanych konfliktami rodzinnymi, problemami w komunikowaniu swoich spraw bliskim, kłopoami w szkole. W przypadku małych dzieci, główną przyczyną zaginięć jest brak właściwiej opieki ze strony dorosłych - informuje Joanna Gogolińska, rzecznik fundacji ITAKA.

Na pytanie o to, czy w porównaniu z innymi europejskimi krajami procent zaginięć w Polsce jest duży czy mały, trudno odpowiedzieć. Tylko w nielicznych krajach poszukuje się także zaginionych dorosłych, większość organizacji pozarządowych zajmujących się zaginionymi w innych krajach, poszukuje tylko zaginionych dzieci. Dla przykładu, w Wielkiej Brytanii notuje się około 200 tys. zaginięć dorosłych i dzieci rocznie.

Wiele osób nadal jest przekonanych, że aby zgłosić zaginięcie trzeba czekać np. 24 h. Zaginięcie należy zgłosić jak najszybciej.

- Fundacja ITAKA postuluje wprowadzenie nowych narzędzi, które usprawnią poszukiwania. Jednym z nich jest Child Alert - system alarmowy w przypadku zaginięcia małego dziecka, taki system działa w 10 krajach UE, chcemy go wprowadzić także w Polsce. Polega on na natychmiastowym rozpowszechnieniu wizerunku zaginionego dziecka, którego życie jest zagrożone. Wizerunek dziecka pojawia się w mediach, sms-ach, na nośnikach reklamy zewnętrznej. Ten system jest bardzo skuteczny - snuje plany na przyszłość przedstawicielka fundacji ITAKA.

Drugą konieczną zmianą jest wprowadzenie możliwości gromadzenia kodów DNA osób zaginionych i ich rodzin, co pozwoli na porównywanie ich z kodami zwłok o nieustalonej tożsamości. Przyspieszy to poszukiwania i wyeliminuje zdarzające się sytuacje, gdy osoba zaginiona poszukiwana latami bezskutecznie, nie żyje i została pochowana jako NN (osoba o niezidentyfikowanej tożsamości).

Nie jesteś sama

6 listopada wystartowała skierowana do kobiet antydepresyjna akcja profilaktyczna Fundacji ITAKA - Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych. Akcja nosi tytuł "Nie jesteś sama". Z wieloletniego doświadczenia Fundacji wynika, że jedną z najczęstszych przyczyn zaginięć ludzi jest depresja i inne zaburzenia nastroju. Spośród osób zaginionych, chorujących na depresję, zdecydowana większość zniknęła w dniu lub tuż przed wizytą u psychiatry.

- Chorzy często czują się winni, że ich stan tak wolno się poprawia lub boją się przyznać lekarzowi, że nie brali leków. Bywają zniechęceni do leczenia, a jednocześnie zdają sobie sprawę z oczekiwań rodziny. Te sytuacje wzmacniają u chorych pragnienie ucieczki - mówi Kinga Bystrek, psycholog, specjalista ds. poszukiwań z fundacji ITAKA.

Celem kampanii jest zwrócenie uwagi na problem depresji, jako choroby, która może dotknąć każdą kobietę, bez względu na wiek, miejsce zamieszkania, wykonywany zawód czy status społeczny.

Głównym elementem kampanii jest promocja Antydepresyjnego Telefonu Zaufania - 22 654 40 41, który Fundacja ITAKA prowadzi od 9 lat. W każdy poniedziałek i czwartek w godzinach 17 - 20 dyżurują pod nim lekarze psychiatrzy, którzy wysłuchają, doradzą i wskażą miejsca, gdzie można uzyskać pomoc w walce z chorobą. Specjaliści ITAKI przeprowadzają 100 rozmów miesięcznie. Większość dzwoniących, bo aż 64 proc. to kobiety.

ANTYDEPRESYJNY TELEFON ZAUFANIA Fundacji ITAKA: 22 654 40 41

Poniedziałki i czwartki 17 - 20.

Anna Chodacka

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Tekst pochodzi z EksMagazynu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje