Reklama

Reklama

Ja muszę wygrywać!

"Nie każdy mężczyzna chce żyć lekko, łatwo i przyjemnie" - zapewnia Kuba Wesołowski (24). SHOW zadało młodemu aktorowi wiele trudnych pytań.

Jako młody chłopak kochałeś się w Ani Przybylskiej?
Kuba Wesołowski: Kochałem się w Nicole Kidman. Gdy zobaczyłem ją w "Moulin Rouge", uznałem, że jest kwintesencją kobiecości. Scena do utworu "Roxanne" z Jackiem Komanem należy według mnie do najpiękniejszych w światowej kinematografii. Miałem zresztą przyjemność poznać Jacka na planie "Kochaj i tańcz". To było niesamowite!

Oglądając kilka lat temu "Moulin Rouge" nie marzyłem, że poznam kiedyś człowieka, który grał z Kidman, i będę z nim rozmawiał o pierdołach. To jest niesamowite w moim zawodzie, daje mi ogromny napęd.

Reklama

A z Anną Przybylską lubisz pracować? Po zdjęciach do "Klubu Szalonych Dziewic" mówiła, że kiepsko całujesz...
Nie chciałbym kontynuować tego żartu. Ania jest niepowtarzalną osobą, jedną z najlepszych, najbardziej żywiołowych aktorek, z jakimi grałem. Ma w sobie gigantyczną energię i jest niebanalna. To zwierzę aktorskie. Ona po prostu pochłania plan! Nie sposób ją ujarzmić. Zresztą "Klub" opiera się na tym, że wszystkie cztery dziewczyny są wyjątkowe.

Lubisz grać w scenach erotycznych?
To jest całkowicie techniczne granie. Bardzo trudne. Trzeba być ostrożnym i profesjonalnym, a zarazem pokazać pasję i namiętność.

Na casting do "Klubu..." zgłosiło się wielu aktorów. Jak sądzisz, dlaczego dostałeś tę rolę?
Byliśmy dobierani pod dziewczyny. Na castingu grałem z Anią. Okazało się, że do siebie pasujemy, chociaż od razu zorientowałem się, ze gra z nią będzie dla mnie wyzwaniem (śmiech).

Twój bohater to 22-letni chłopak, który zakochuje się w sporo starszej kobiecie. Przeżyłeś kiedyś taką fascynację?
W "Klubie..." ważniejsze niż różnica wieku jest to, że Karolina zachodzi z Mikołajem w ciążę. Mój bohater, mimo młodego wieku, jest poważnym, statecznym mężczyzną, archaicznym typem. Wie, że kobieta musi czuć, że może na niego liczyć.

Co ty byś zrobił, gdyby nagle okazało się, że zostaniesz ojcem?
Na planie dużo rozmawialiśmy o tym, jak zachowują się mężczyźni w takiej sytuacji. Wydaje mi się, że pierwszą emocją, jaka się wtedy pojawia, jest ogromny stres. Czy mężczyźni czasami uciekają? Pewnie tak, ale chcę wierzyć, że to wyjątki, bo razem z dzieckiem pojawia się odpowiedzialność.

W moim bliskim otoczeniu są pary, które wcześnie zostały rodzicami. Każdy z facetów zachował się w takim przypadku jak mistrz świata. Stworzyli cudowne domy, a dzieci wniosły do ich życia masę szczęścia. Mogę rozmyślać o tym, jakbym się zachował, a oni to po prostu zrobili.

Twój bohater Mikołaj poradzi sobie?
Mikołaj jest nieskazitelnie dobrą osobą, która kieruje się w życiu prostymi zasadami. Wierzę, że tacy mężczyźni naprawdę istnieją. Nie każdy młody człowiek chce żyć lekko, łatwo i przyjemnie.

Po co ci tytuł magistra dziennikarstwa?
Kiedy zdałem maturę, mogłem iść do szkoły teatralnej, ale wiedziałem, że musiałbym wtedy przestać grać w "Na Wspólnej". A to było dla mnie bardzo ważne, tym bardziej że od 17. roku życia pozwalano mi samodzielnie się utrzymywać. Uniezależniłem się od rodziców finansowo i nie wyobrażałem sobie, że nagle znów proszę ich o pieniądze. Jestem na to chyba zbyt dumny. Poza tym wiedziałem, że chce się uczyć.

Ale dlaczego właśnie dziennikarstwo?
Zawsze chciałem pisać. Wiedzieć więcej, rozwijać się, być ciekawym rozmówcą. Bałem się, że brak wiedzy mógłby mnie w czymś ograniczać. Jestem humanistą. Bliżej mi do pisania niz do liczenia.

Na studiach wiele się nauczyłem. Trafiłem na genialnych pedagogów. Collegium Civitas umożliwiło mi dopasowanie pracy do nauki. Uczyły mnie wybitne osoby, takie jak profesor Michał Komar czy redaktor Roman Kurkiewicz. Dzięki temu mam solidną wiedzę.

Aktorstwo jest niesolidne?
Studiowałem, bo nie byłem pewien, czy aktorstwo to jest to, czym naprawdę chcę się zajmować w życiu. Dopiero gdy zagrałem w "Jutro idziemy do kina", zrozumiałem, że to moja pasja. Producent filmu, Michał Kwieciński, zaufał mi, potraktował mnie bardzo serio. Praca na planie z nim, Mateuszem Damięckim i Antkiem Pawlickim była bardzo intensywnym przeżyciem.

Więc może jednak trzeba było pójść do szkoły aktorskiej? Nie żałujesz, że jej nie skończyłeś?
W Stanach ludzie dostają Oscara bez szkoły aktorskiej. Mówi się, że dobry aktor zawsze się obroni. Ale wykształcenie aktorskie jest bardzo ważne. Poza tym brakuje mi tych wspomnień ze szkoły, które mają moi koledzy z planów filmowych. Czas spędzony w szkole aktorskiej pozwala się też upewnić w przekonaniu, że dobrze zdecydowało się o swojej przyszłości.

Myślałeś o wyjeździe na studia za granicę, tak jak inni młodzi polscy aktorzy?
Od kilku lat non stop pracuję. Nie chciałbym tego zostawiać. Mam świadomość, że jak wyjadę na rok, to mogę wiele tutaj stracić. Co roku przybywa młodych aktorów, z którymi muszę rywalizować o role.

Jesteś zachłanny?
Po prostu nie wiem, czy to, czego bym się nauczył za granicą, przełożyłoby się na to, co robię tutaj. Myślę, że o wiele więcej się uczę, pracując z takimi osobami jak reżyser "Czasu honoru" Michał Rosa, producent "Jutro idziemy do kina" Michał Kwieciński czy reżyser Robert Wichrowski, z którym spotkałem się na planie "Klubu Szalonych Dziewic".

Miałem to szczęście, że udało mi się grać z profesorem Janem Englertem, Danutą Stenką czy Danielem Olbrychskim. Praca z nimi to coś niesamowitego, świetna lekcja. Przy okazji drugiej serii "Czasu honoru" zrobiliśmy przedstawienie dla żołnierzy Armii Krajowej "Gdzie są chłopcy i dziewczęta z tamtych lat". Moderatorem wieczoru był Daniel Olbrychski. Recytował wiersz Baczyńskiego i wszyscy mieli łzy w oczach.

Gdy grasz z takimi ludźmi, masz świadomość, że w każdej scenie mogą cię zniszczyć. Ale oni tego nie robią, tylko uczą cię i czerpią energię z ciebie. To fenomenalne uczucie.

Lubisz pracować z lepszymi od siebie?
Jasne! Trzeba być wyjątkowo dobrym aktorem, by móc pracować z gorszymi. Dla mnie możliwość współpracy z lepszymi jest największym wyróżnieniem i formą sprawdzenia się.

Pamiętam dobrze, gdy grałem pierwsze sceny z Piotrkiem Adamczykiem. Gdy zszedłem z planu, serce waliło mi jak głupie (śmiech).

Stres cie paraliżuje?
Nie miewam tremy. Nie znam tego uczucia. Stres mnie mobilizuje. I na planie, i za kierownica, i gdy jeżdżę na nartach.

A gdy biegniesz w maratonie?
W sporcie dla mnie najważniejsza jest rywalizacja. Uwielbiam wygrywać. Zanim po raz pierwszy wystartowałem w maratonie, wszyscy mi mówili: jak biegniesz, to walczysz sam ze sobą. A to guzik prawda! Biegniesz, widzisz przed sobą plecy innego faceta i to cie szalenie irytuje. Po prostu musisz go wyprzedzić!

Ale też sport porządkuje moje życie. Jestem szalenie emocjonalną osobą. Staram się codziennie biegać, bo wtedy jestem sam ze swoimi myślami.

Chciałbyś być sportowcem?
Chyba już za późno (śmiech). Ale tak, bo w sporcie liczą się tylko umiejętności i czysta rywalizacja. I to właśnie jest piękne. A ja mam atawistyczną potrzebę wygrywania.

W każdej dziedzinie życia?
Tak.

Starasz się też na przykład jak najlepiej odkurzać?
W tej dziedzinie nie mam potrzeby rywalizacji.A w ogóle, można odkurzać lepiej albo gorzej?

Można, z pasja lub bez (śmiech). Na planie chyba jednak nie tylko rywalizacja jest ważna?
Na planie najważniejsza jest współpraca. W aktorstwie, tak samo jak w życiu, niczego nie da się zrobić w pojedynkę. Potrzebna jest ta druga osoba, żeby cokolwiek osiągnąć.

Gdzie siebie widzisz za dziesięć lat?
Chcę żyć pełnią życia. Jestem bardzo spontaniczny. Tylko przed dwoma rzeczami odczuwam lęk: racjonalność i bezsilność.

Marzysz o nagrodach?
Nagrody filmowe nigdy nie były dla mnie motywacją.

Trudno mi w to uwierzyć.
Najważniejsze jest dla mnie to, by nie przestawać grać. I nie przestawać się rozwijać.

Rozmawiała Joanna Łazarz

Czytaj więcej w najnowszym wydaniu magazynu o gwiazdach "SHOW", w sprzedaży od 29 marca.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje