Reklama

Reklama

Michał Bajor: Nic do ukrycia

Artysta, który właśnie wraca z nową płytą, w rozmowie z SHOW zdradza swoje tajemnice. Wyznaje, czego w życiu żałuje i dlaczego wszystko ma zaplanowane.

Nowy album "Od Kofty... do Korcza" to rodzaj podsumowania pracy artystycznej?

Reklama

Michał Bajor: - Z pewnością trochę tak jest. Na pewno też jest wyjściem naprzeciw sugestiom mojej publiczności, która poprosiła mnie, żebym zrealizował płytę ze swoimi starymi utworami. Zazwyczaj artyści, a tak naprawdę wytwórnie, po prostu przegrywają piosenki ze starych płyt i wydają jako krążek "The Best of". Natomiast ja nagrałem je na nowo, z dzisiejszą dojrzałością i świadomością tego, co sam o sobie interpretacyjnie myślę. Powstało prawie 30 piosenek, co jest naprawdę niebagatelną pracą po latach. Tym bardziej, że jest to podwójny album, którego pierwsza część już się ukazała, a kolejna pojawi się we wrześniu.

Podczas nagrywania pojawiły się wspomnienia starych, dobrych czasów?

- Oczywiście, że pojawił się sentyment i wspomnienia, ale dominowało uczucie spokoju. Kiedy lata temu nagrywałem te piosenki, byłem rozedrganym młodzieńcem, intuicyjnym, czasami histerycznym. Pewnie dlatego publiczność i krytyka podzieliła się wtedy na tych, którzy mnie kochają, i na tych, którzy nie akceptują. I tak zostało do dzisiaj.

Płyta zbiega się też z pana 60. urodzinami. Robi pan bilans tego, co się panu udało, a gdzie pan poniósł porażkę?

- Rzeczywiście będę obchodził 60. urodziny, ale też mija 30 lat od wydania pierwszej płyty, ta jest dwudziestą, a za parę miesięcy będę świętował 45-lecie pracy artystycznej. Ale nie zaglądam w przeszłość. Oczywiście, że żałuję kilku rzeczy, choćby tego, że w młodości byłem za bardzo emocjonalny, za bardzo prawdomówny. Żyję jednak dniem dzisiejszym i jutrzejszym. Lubię marzyć i planować.

Właśnie słyszałam, że jest pan mistrzem planowania!

- Dokładnie tak, mam zaplanowane wiele spraw na co najmniej kilka lat. Dlatego zawsze czuję się zaskoczony, kiedy coś nie wychodzi. Na szczęście nie wychodzi rzadko (śmiech).

Gdy jednak zdarzy się coś nieprzewidzianego, jak pan sobie z tym radzi?

- Tupię nogami, denerwuję się, ale i tak robię wszystko, żeby doprowadzić do tego, co wymyśliłem. Na pewno pomaga mi w tym moja niezależność. To, że nie stoi nade mną żaden szef, żadna osoba decyzyjna. Sam jestem decydentem. Nie oznacza to oczywiście, że zjadłem wszystkie rozumy świata. Mam jeszcze wokół kilka autorytetów.

Życie według planu nie jest męczące?

- Dla osób z otoczenia to wręcz idealna sytuacja. Ale czy dla mnie jest to męczące? Czasami udaje mi się odpuścić. Na przykład wyjazd last minute też się zdarza, ale rzadko (śmiech). Myślę, że może m.in. przez to nie udało mi się założyć rodziny. Nie umiałem sobie tego jakoś poukładać. Może czułem strach, że nie będąc samemu, nie można sobie wszystkiego tak dokładnie zaplanować.

Szczególnie przy dzieciach.

- O tak! Ale w moim otoczeniu jest bardzo dużo dzieci. Mam piątkę chrześniaków, w związku z tym wiem, co to jest za piękny i miły problem. Od zawsze mam z dziećmi świetny kontakt. Moi znajomi nie boją się zostawiać ich ze mną, kiedy chcą gdzieś wyjść.

Pogodził się pan z tym, że nie ma pan dzieci?

- Musiałem. Ale bardziej jest mi żal, że nie usłyszę "dziadku". Myślę, że jesień życia jest tą chwilą, kiedy najbardziej potrzebuje się tych najbliższych. Rodzice nie będą żyć wiecznie, brat będzie coraz starszy, a chrześniaki też już będą mieć swoje rodziny.

Nie patrzy więc pan ze strachem w dalszą przyszłość? Nie boi się pan, że nie będzie obok kogoś, kto poda panu herbatę?

- Dopóki będę mógł, to sam ją sobie podam albo będę zadowolony, gdy ktoś w domu jesieni mi ją poda. Mój ojciec ma 92 lata i jeszcze do niedawna był bardzo sprawny, mam więc nadzieję, że przede mną jeszcze sporo lat w dobrej kondycji. Ale mam też różne warianty zniknięcia z tej ziemi.

Jakie na przykład?

- O, nie powiem, ale mam.

Czyli nie jest to temat tabu u pana, niektórzy nie chcą nawet o tym słyszeć.

- U mnie jest inaczej, bo nawet to mam zaplanowane (uśmiech). Wiem, że jeśli przyjdzie moment, w którym zacznę sobie i innym przeszkadzać, to zrobię to, co będę chciał. To może być szokujące dla czytelnika, ale to wyraz mojej wolności, którą żyję od kilkudziesięciu lat. Oczywiście nie wiadomo do końca, co nas spotka, może cegła spaść na głowę albo żyłka pęknąć w głowie - chociaż tutaj mniej się obawiam, bo żyję raczej higienicznie. Już jako dziecko powiedziałem rodzicom, że zostanę artystą, a teraz jako dorosły człowiek zaplanowałem sobie, kiedy zejdę ze sceny. Artystycznej, ale i może życiowej, jeśli będę bardzo męczył siebie i... innych.

Trochę nie wyobrażam sobie momentu, gdy świadomie schodzi pan ze sceny, na zawsze. Co wtedy będzie pan robił, pan, który jest uzależniony od oklasków publiczności?

- Będę pisał, mogę być w jury, mogę być konsultantem, to wszystko zależy od tego, na ile pozwoli mi moja głowa. Pochodzę wprawdzie z rodziny długowiecznej, ale też pokoleniami przewijają się demencyjne problemy wieku starszego. Nie wiem, co mnie się przytrafi...

Wspomniał pan, że żyje dość higienicznie, dotarłam jednak do informacji, że jest pan uzależniony od Red Bulla, a w wakacje pali pan papierosy.

- Energetyków piję już coraz mniej, ale papierosek na wakacjach jest. Potem jednak całe 10 miesięcy już po niego nie sięgam! Biorę jakieś tabletki do ssania, chroniące gardło, i już. Smaku kawy w ogóle nie znam, tak samo jak narkotyków. Być może jakbym spróbował, to i to by mi zasmakowało (śmiech). Za moich młodych lat, na studiach, nikt tego nie używał. Chociaż przypomniałem sobie, że w szkole teatralnej koleżanka załatwiła nam po tabletce od jakiegoś Jugosłowianina. Po niej mieliśmy bez problemu nauczyć się całego materiału na egzamin zaledwie przez jedną noc. Efekt był taki, że zasnąłem od razu po jej połknięciu. Koleżanka uczyła się do rana, ale właściwie nic nie pamiętała. Obydwoje nie poszliśmy na egzamin.

Jak jesteśmy przy zdrowiu, to jak wygląda sprawa pana rąk? Dwa lata temu miał pan dwa wypadki.

- Na pewno jest lepiej, bo o to dbam. Nie złamałem wtedy rąk, jak pisała sensacyjnie prasa. Po prostu było to potężne stłuczenie i ogromne nadwyrężenie. Groziły mi operacje i może gdybym nie podjął rehabilitacji, to mógłbym zostać inwalidą. Teraz w miarę normalnie nimi ruszam, odczuwam ból, ale nie jest on aż tak duży, jak na początku. Niestety, do końca życia będzie mi towarzyszył. Jestem jednak pod stałą opieką rehabilitantów i lekarzy, więc mam nadzieję, że do zabiegu nie dojdzie.

Jak pan dba o formę?

- Przy okazji rehabilitacji mam też trochę ćwiczeń na siłowni. Robię to jednak bardzo ostrożnie, żeby zachować sylwetkę. Ale na pewno nie po to, żebym bez koszuli biegał po plaży jak mustang. To już nie ten czas, mam zresztą lustro (śmiech). Poza tym długo śpię. Chodzę spać późno, około 2 w nocy, ale wstaję około 11 rano. Mam ten komfort, że żaden dyrektor nie ustala mojego rytmu dnia. Nie jestem w stanie funkcjonować w sztywnych ramach. Dlatego też nie nadaję się do pracy w teatrze, w którym potrzebna jest pokora. Odszedłem z niego z szacunku dla kolegów i koleżanek. Przez moje rozbisurmanienie estradowe, w teatrze po prostu bym przeszkadzał.

To jest właśnie powód, dla którego postawił pan na muzykę, a nie aktorstwo?

- Jeden z powodów. Reżyserzy filmowi obrazili się, że gram na scenie estradowej, i nie angażują mnie. Po Neronie nie dostałem żadnej propozycji. Film przyjęty był przez krytykę dość słabo, ale moja rola dobrze, a u publiczności entuzjastycznie. Pokazałem, że kamera mnie wciąż lubi. Nie będę więc biegał na castingi, chociaż chętnie zagrałbym w filmie. Mam setki tysięcy słuchaczy i widzów, którzy przyszliby do kina zobaczyć film również ze względu na mnie, o czym reżyserzy czasami zapominają, a to zwiększyłoby im oglądalność (uśmiech).

Jaki jest Michał Bajor, gdy gasną reflektory i pozwala sobie na luz?

- Nie ma luzu (śmiech). Gdy wracam do domu, sprawdzam, czy wszystko jest dobrze zaplanowane na jutrzejszy dzień. Czasami mi brakuje doby, bo zajmuję się również wieloma innymi osobami - rodzicami, dalszą rodziną, przyjaciółmi. Sprawdzam, co u nich słychać, czego potrzebują. Jak mówią moi bliscy, głowa u mnie pracuje nawet jak śpię.

To jest strasznie męczące.

- Bywa, ale daję radę. Jedynym miejscem, w którym całkowicie się wyłączam, jest kino. Dla mnie zaczarowane, pozwala na chwilę relaksu.

Jest pan perfekcjonistą, pedantem również?

- Tak, jestem. Chociaż gdyby ktoś wpadł do mnie do domu, to zastałby armagedon. Kiedy dzieciaki do mnie wpadają, czują się świetnie, jak w sklepie z mnóstwem rzeczy. Nie mam czasu, żeby się tym zająć. Jestem spod znaku bliźniąt i mam dwie natury. Na zewnątrz i w pracy jestem uporządkowany, a w domu miewam gigantyczny artystyczny bałagan. Przez długi okres życia mieszkałem w Warszawie w wynajętych mieszkaniach - było ich aż 33! W związku z tym wciąż przenosiłem pudła z miejsca na miejsce. Osiadłem dopiero 21 lat temu, gdy kupiłem dom pod Warszawą. Pudła pojechały ze mną i do dzisiaj kilka z nich jest nieotwartych...

Nie wierzę (śmiech).

- W jednym są listy, w drugim są jakieś stare kasety, płyty, słuchawki do uszu, walkmany. A w trzecim kilogramy zdjęć, stare nuty itp.

Listy od fanek?

- Tak, mam ich mnóstwo, typu "kocham pana". Tak było na początku, później zaczęły przychodzić od pań w średnim wieku, które zwierzały się ze swoich problemów małżeńskich. A teraz, żeby było zabawnie, znów dostaję listy od młodych dziewczyn. Nie są to wyznania miłości. Piszą, że uczą się życia na moich piosenkach. Na koncerty przychodzi kilka pokoleń.

Czuje się więc pan spełniony, szczęśliwy?

- Jeśli chodzi o moje życie zawodowe i prywatne, to można powiedzieć, że jestem człowiekiem spełnionym i szczęśliwym. Tak naprawdę nie dostałem od życia w tyłek. Nie odszedł jeszcze żaden z rodziców, nie miałem też żadnych tragedii w rodzinie - odpukać.

Jest coś czego się pan się boi?

- Boję się bólu, choroby czy odejścia bliskich. Tego, jak to przeżyję... Boję się też chamstwa, hipokryzji, kłamstwa i obcych zachowań, które są dla mnie niezrozumiałe.

Magdalena Makuch

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje