Reklama

Reklama

Olgierd Łukaszewicz: Kochliwy harcerzyk

Grzeczny, z dobrego domu z tradycjami. Harcerz i ministrant, który... przebierał się w domu w sukienki i odprawiał z bratem msze, a pierwszą wódkę wypił dopiero na studiach w Krakowie.

Zabawa w przebieranie się w damskie ciuszki wzięła się stąd, że w domu Łukaszewiczów mieszkało trzech braci. Starszy, Kazik, i dwaj bliźniacy - Olo i Jurek. Gdy przychodziło do odgrywania w zabawie ról żeńskich, wybór zawsze padał na obdarzonego subtelną, niemal dziewczęcą urodą Ola - bracia nazywali go Marysieńką. Dla równowagi, Olgierd chętnie przebierał się w ubrania taty. Najczęściej jednak bracia bawili się w odprawianie mszy. Nic dziwnego, byli ministrantami, a rodzice - mama Helena, pisująca do jednego z katolickich tygodników, i tata Julian, lekarz wojskowy, propagator jogi, byli niezwykle religijni. Chłopcy uwielbiali chodzić po kolędzie, bo przy okazji dostawali smakołyki.

Reklama

Dzieciństwo w domku z ogrodem w katowickiej Ligocie było spokojne, bezpieczne. Olo i Jurek trzymali się razem. "Starszy brat - bo spaliśmy w jednym pokoju - gdy z bliźniakiem coś sobie szeptaliśmy, uspokajał nas: »Cicho tam, pedałki«. Nie wiedziałem, o czym mówi, dopiero na studiach się dowiedziałem. Ale wtedy długo nie rozumiałem", wspomina Łukaszewicz w książce "Seksmisja i inne moje misje".

Młodzieńcze lata przyszłego aktora nie były jednak tak do końca niewinne. Przyznawał, że był wówczas kochliwy i do dziś pamięta, gdzie mieszkały jego szkolne miłości, które czasem nawet nie wiedziały, że są obiektami jego uczuć. Poza dziewczynami Olgierd pasjonował się harcerstwem, gdzie szybko zdobywał kolejne sprawności i stopnie. Opiekował się młodszymi, organizował im zbiórki i biwaki. "Las był tuż pod bokiem. Spało się na chruście. Gdyby teraz mój wnuk miał pójść do lasu jako ten kilkunastolatek, bardzo bym się bał", wspomina ze śmiechem aktor.

To właśnie wtedy odkrył, że odgrywane przed druhami skecze i wierszyki sprawiają frajdę i jemu, i widzom. Choć brat mówił mu bez ogródek: "Ty aktorem nie będziesz, bo jesteś za wysoki". Jerzy wiedział co mówi, bo przecież nakręcił brata kamerą i wyświetlał to na prowizorycznym domowym ekranie, wymalowanym bezpośrednio na ścianie. "Zrozumiałem, co to znaczy grać w zbliżeniu: Brat mi tłumaczył: »No widzisz, wystarczy spojrzeć w tym, czy w tamtym kierunku, nie trzeba się nadymać, trzeba być bardziej naturalnym«. Tak wyglądała pierwsza nauka warsztatu filmowego.

W liceum Olo założył kabarecik, a jego działalność skrzętnie wykorzystywał do zwalniania kumpli z lekcji. "Koledzy to cenili, miałem dobrą walutę. Prosili: »Słuchaj, weź mnie do swojego programu«. Widzieli we mnie tego, który pójdzie w aktory", opowiada Łukaszewicz. On sam nie był do końca pewien swojej przyszłej kariery. Może zostałby nauczycielem polskiego, gdyby nie upiorna gramatyka, której reguł nie był w stanie opanować. Tak go poniosło na maturze podczas omawiania teatru romantycznego w Polsce, że omal nie oblał egzaminu dojrzałości.

W końcu zdecydował się zdawać do krakowskiej PWST. "Na egzaminach wstępnych siedziałem obok Leszka Długosza (75). Na szczęście (...) nie umiałem nic sensownego napisać o teatrze rybałtowskim. Leszek jeszcze dziś mi przypomina, że dał mi odpisać", zapewnia aktor. Ale nie tylko przyszła gwiazda Piwnicy Pod Baranami była na roku z Łukaszewiczem. Przyjacielem ze szkolnej ławy jest też Wojciech Pszoniak (74), którego stateczni krakowscy profesorowie uważali za nienadającego się do aktorstwa oryginała po tym, jak podczas ćwiczeń tak zapamiętał się w kołysaniu dziecka-lalki, że wyleciało mu ono za okno.

Zresztą Pszoniak omal nie zrujnował też życia uczuciowego Łukaszewicza, który już na pierwszym roku zwrócił uwagę na prześliczną Grażynę Marcównę (70). "Wojtek w akademiku co chwila coś pożyczał. A to cukier, a to pastę do zębów, wreszcie któregoś dnia przyszedł pożyczyć patelnię. Grażyna miała wkrótce przyjść i smażyć jajka. Odmówiłem więc pożyczenia patelni. Wtedy Wojtek uznał, że nie nadaję się na artystę. »I wiesz co? - powiedział - ja teraz tę patelnię wyrzucę przez okno, skoro jesteś taki przywiązany do tej patelni, jeżeli po nią pójdziesz, to nigdy nie będziesz artystą«." Pszoniak nie żartował, a Łukaszewicz pognał po sprzęt kuchenny leżący na ulicy.

Przyjaźń przetrwała, choć dowcipny kolega jeszcze nie raz był przyczyną kłopotów nieco pruderyjnego studenta Łukaszewicza. "Pierwsza wódka to z nim. To prawdziwe szaleństwo nie najlepiej się skończyło: pani rektor Danuta Michałowska musiała mnie wezwać, bo ktoś zabrudził akademik od góry do dołu. To byłem ja, po krwawej Mary, którą poił nas Pszoniak", wyjawił gwiazdor "Seksmisji".

Katarzyna Jaraczewska

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje