Patryk Vega: Zdarza mi się płakać

Twórca „Pitbulla” prywatnie jest wrażliwcem. Cieszy się, że pokonał uzależnienia i został tatą trójki dzieci.

W tym roku wypuściłeś dwie części "Pitbulla". Nie boisz się, że widzowie poczują przesyt?

Reklama

Patryk Vega: - Nie mam takich obaw, bo jak pokazują doświadczenia zza oceanu, wciąż są tworzone nowe Bondy i każda kolejna część zyskuje rzeszę fanów. Mam teraz poczucie, że wiatr wieje mi w żagle. W związku z tym staram się jak najlepiej wykorzystać ten dobry czas i tworzyć tyle, ile jestem w stanie. Generalnie robienie dwóch filmów rocznie to nie jest szczyt moich możliwości. "Pitbulla. Nowe porządki" zrobiliśmy w 20 dni zdjęciowych, montaż trwał miesiąc, co jest absolutnym rekordem. Do "Niebezpiecznych kobiet" zdjęcia skończyliśmy w lipcu, a już 11 listopada mamy premierę, także ostatni czas jest dla mnie bardzo intensywny.

Szykujesz też kolejną część na przyszły rok.

- Tak, zdjęcia mieliśmy rozpocząć już jesienią, ale z uwagi na premierę i pogarszającą się pogodę postanowiliśmy spokojnie zrobić to wiosną.

Możesz zdradzić, o czym będzie?

- Ostatnia część będzie miała w sobie uatrakcyjnienia, które mają spowodować, że widownia dostanie coś nowego. Przede wszystkim cała intryga będzie się rozgrywała w dwóch czasach, w przeszłości i czasach obecnych i będzie dotyczyć m.in. wyłudzania nieruchomości.

Podejmiesz temat handlu dziećmi?

- Oczywiście, że tak. Moja sytuacja biznesowa jest specyficzna i pracuję nad kilkoma projektami jednocześnie. Oprócz "Pitbulla" przygotowuję 4 inne filmy i 3 książki. Jeden z filmów dotyczy handlu dziećmi we współczesnym świecie.

A pozostałe, o czym będą?

- W jednym z nich chcę uderzyć w służbę zdrowia. To będzie ultrarealistyczny film o lekarzach ze wszystkimi tragikomicznymi aspektami, które mają miejsce w służbie zdrowia. Przygotowuję również film o operacjach pod przykryciem w Europie pokazujący, w jaki sposób europejska policja walczy z międzynarodową przestępczością. Mam też w portfelu swoich produkcji projekt o rosyjskiej mafii.

Przez lata zdobywasz zaufanie policjantów, gangsterów. Trudniej przekonać do siebie ich, czy aktorów, z którymi pracujesz?

- Kocham aktorów i szybko łapię z nimi kontakt. Ciekawe jest też kreowanie postaci dalekich od ich zewnętrznych predyspozycji, co bardzo im się podoba, bo mogą eksperymentować.

Właściwie kreujesz tych aktorów na nowo, tak jak się stało w przypadku Piotrka Stramowskiego, który dzięki "Pitbullowi" zaistniał.

- To jest ogromna frajda dla reżysera widzieć, że jego film staje się katapultą dla aktorów. Podobnie było w przypadku Tomka Oświecińskiego, który u mnie debiutował. Ale również niekiedy film daje aktorom drugie życie, otwiera przed nimi niedostępne dotychczas obszary. Maja Ostaszewska stworzyła rolę, jakiej nie miała wcześniej w swojej karierze. Pokazała inny wymiar aktorstwa.

Ułatwiłeś jej to, organizując aktorkom spotkania z protoplastkami postaci, które grają...

- Tak, i to posłużyło jej znakomicie, bo przejęła język, sposób poruszania się. Idąc tym tropem, postanowiłem spotkać wszystkich aktorów z pierwowzorami występującymi w realnym świecie. Moja żona uważa, że "Pitbull. Niebezpieczne kobiety" to mój pierwszy film interesujący dla kobiet. Poprzedziły go dziesiątki godzin rozmów z policjantkami i dziewczynami gangsterów, a potem oddałem im w tym kinie głos. Pokazałem męski świat z ich punktu widzenia.

Myślałeś, żeby stworzyć film na bazie własnego życia, które jest gotowym scenariuszem?

- Jestem jeszcze młodym człowiekiem (śmiech) i mam nadzieję, że w moim życiu wydarzy się jeszcze kilka ciekawych rzeczy. Po filmie "Służby specjalne" myślałem, że już nikt nie będzie chciał ze mną gadać, a stało się zupełnie inaczej. Okazało się, że tzw. worek rozpruł się dopiero po tym filmie. Ludzie sami zaczęli przychodzić do mnie z historiami. Tematów mi nie brakuje, a opowiadanie o innych wydaje mi się dużo ciekawsze niż o sobie.

Niby tak, ale przecież sam byłeś wielokrotnie bliski trafienia za kratki, jako młody człowiek miałeś przygodę z dilerką, brałeś narkotyki, piłeś, a później nastąpiła zaskakująca metamorfoza i zwrot o 180 stopni. To pokazuje, że można się jednak zmienić.

-Tak, tym bardziej, że teraz wróciłem do Kościoła i jestem blisko Boga. Modlę się dwa razy dziennie, a Ewangelia stała się dla mnie instrukcją, jak żyć. Wiem też, że nie chcę robić rzeczy, w których nie prowadzi mnie Duch Święty.

Kiedyś w twoim życiu Boga nie było. Jak to się stało, że jako nastolatek wpadłeś w złe towarzystwo?

- Jest kilka powodów. Na pewno jednym z nich jest brak ojca i autorytetów, tzw. twardej, męskiej ręki. W związku z tym szukałem gdzieś pomysłu na siebie, jednocześnie próbując udowodnić całemu światu, że jestem stuprocentowym facetem. Robiłem czasami dwa razy głupsze rzeczy niż moi rówieśnicy. Poza tym mama od dziecka mówiła mi, że jestem najlepszy na świecie. Z jednej strony jest to fajna sprawa, bo buduje poczucie wartości, ale we mnie zbudowała też ogromny ciężar czy potrzebę udowadniania w każdej sytuacji, że jestem najlepszy w każdej dziedzinie. To stworzyło ogromną presję. Jestem też przeświadczony, że negatywny wpływ wywarło na mnie słuchanie satanistycznej muzyki. Otaczałem się negatywnymi symbolami, nie mając świadomości, jak fatalne skutki to przynosi. To uruchomiło reakcję łańcuchową, powodując kolejne wypadki.

M.in. to, że przez 15 lat piłeś, brałeś kokainę?

- Kokainy nie brałem 15 lat. Rzeczywiście, przez tyle czasu piłem alkohol, gdzieś od 15 roku życia. Kokainę brałem intensywnie przez około rok, w ostatnim stadium picia. Jednak 10 lat temu przestałem pić i wtedy też odstawiłem papierosy i inne używki.

To był ostatni dzwonek ze względu na twoje zdrowie. Rozwalona wątroba, początki cukrzycy...

- Tak, z tego względu, że lubiłem pić whisky, a to jest najgorszy alkohol - zdecydowanie lepiej jest pić czystą wódkę. Szczęśliwie załapałem się na moment, w którym organizm miał jeszcze zdolności regeneracyjne. W ciągu 2 lat zresetowałem swoje ciało do poziomu 15-latka, który nie miał w życiu styczności z niczym złym.

Nie ukrywasz, że odstawienie używek zawdzięczasz interwencji "z góry", że nie korzystałeś z pomocy specjalistów. Jak to było?

- Przez wiele lat próbowałem sobie z tym poradzić. Natomiast w pewnym momencie w naszym życiu coś się wypełnia i pan Bóg pozwala nam wjechać windą na inny poziom. Ja w zasadzie odciąłem tę sytuację z dnia na dzień. To było zsynchronizowane z moją przemianą duchową. Ewidentnie upatruję w tym pomocy "góry", a nie siły własnego charakteru.

Nie wypierasz się jednak tego złego czasu. Takie doświadczenia są nam potrzebne, żeby doprowadzić nas do dobrego punktu w życiu? 

- Oczywiście, że tak. Jestem przeświadczony, że wszystko w moim życiu było potrzebne. Niczego nie żałuję i niczego bym nie zmienił. Tak naprawdę, popełniając rozmaite błędy, doświadczając porażek, tworzymy silny kręgosłup. Sukcesy nas nie budują, porażki hartują naszą osobowość. Gdybym nie popełnił setek błędów, nie wiedziałbym, jak nie popełniać ich dzisiaj.

Powiedziałeś, że niczego nie żałujesz, ale czy jest jakaś sprawa, która nie daje ci spokoju, której do końca nie przepracowałeś?

- Jest mnóstwo rzeczy, z których nie jestem dumny. Kilka lat temu miałem sytuację, że broniąc się przed kimś, musiałem go zniszczyć biznesowo. Dzisiaj wiem, że bym tego ponownie nie zrobił. W takiej sytuacji jestem w stanie wyjść z niej zwycięsko tylko wówczas, jeśli będę sięgał do swojego serca po dobre rzeczy.

Wychodzisz z przekonania, że pieniądze szczęścia nie dają, ale spokój i bezpieczeństwo owszem, szczególnie, jak się ma rodzinę.

- Oczywiście, że każdy z nas musi płacić rachunki i w samych pieniądzach nie ma nic złego. Natomiast nie mogą być one bożkiem. Pieniądze działają jak narkotyk, są niebezpieczne. Doszedłem do momentu, że podchodzę do nich pragmatycznie.

Rozpieszczasz dzieciaki, czy będziesz je uczył, że na wszystko trzeba ciężko zapracować?

- Chciałbym tak robić. Nie jestem rodzicem, który widuje dziecko w weekend i wtedy próbuje mu zrekompensować brak czasu toną zabawek. Żona nauczyła mnie, żebym wracał o godzinie 17 do domu i zamieniał się w ojca i męża. Dzięki temu mam poczucie, że najcenniejsze, co mogę dać dzieciom, to jest mój czas. Chciałbym, żeby już jako nastolatkowie poszli do pierwszej pracy, do wolontariatu, by się uczyli wartości. Bliźniaki mają dopiero 3 miesiące, córeczka 5,5 roku.

Często pomagasz żonie przy opiece nad nimi?

- Oczywiście, że tak. Tym bardziej, że przy pierwszym dziecku na początku nie potrafiłem poczuć ojcostwa. Dopiero jak córka miała 4 lata, zacząłem to rozumieć. Przy chłopakach wiem już, że relacje buduje się od pierwszych chwil. Myślę, że jestem dobrym ojcem.

Będąc z dziećmi potrafisz zapomnieć o wszystkich trudnych tematach i scenach? Co robisz dla tzw. zdrowia psychicznego?

- Oczyszczam się w modlitwie. Przez lata miałem depresję, stykając się z okropnymi tematami. Wbrew pozorom te sprawy zostawiają w nas głęboki ślad. Kiedyś nie potrafiłem tego z siebie zrzucać, teraz rozpuszczam złe doświadczenia w modlitwie.

A jakie obrazy prześladują cię w koszmarach?

- Jest kilka takich rzeczy, których nie chciałbym zobaczyć - dotyczących na przykład brutalnej śmierci człowieka, bo nie wiem, czy coś by mi to dało. Często bardziej dotykają mnie doświadczenia emocjonalne. Teraz, gdy zbieram dokumentację do filmu o dzieciach, spotykam się z rodzicami, którym porwano dzieci 20 lat temu. I to jest straszne, bo te osoby nie wiedzą, co się z tym dzieckiem dzieje. W takim momencie śmierć jest chyba łatwiejsza do zaakceptowania, bo jest rzeczą ostateczną, a tutaj oni żyją w zawieszeniu. To są takie chwile, że płaczę, wracając do domu i zastanawiam się, dlaczego jest tak, że ja mam fajne życie z rodziną, a ktoś inny od lat tkwi w piekle.

Widząc takie przypadki, jesteś zbytnio wyczulony na bezpieczeństwo własnych dzieci?

- Jako scenarzysta z bujną wyobraźnią mam rozwinięte wizje wszystkich złych rzeczy, które mogą się wydarzyć. Ale wiem też, że sami nie jesteśmy w stanie zapewnić sobie bezpieczeństwa. Po prostu trzeba zawierzyć Bogu.

Spisałeś testament?

- Tak. To są względy praktyczne. Nie chcę, żeby żona przez wiele miesięcy musiała dochodzić swoich praw w sądzie i dzielić się z fiskusem.

Czegoś się w życiu boisz?

- Mam lęk przed więzieniem, sprowadzający się do tego, że w życiu i pracy zawodowej bazuję na niezależności. Od 20 lat pracuję nad tym, żeby mieć wolną rękę w tym, co robię. Nie wyobrażam sobie, że ktoś miałby dysponować moim życiem i mówić mi, o której godzinie mam jeść, czy wyjść na spacer.

Magdalena Makuch

"Pitbull - Niebezpieczne kobiety" jest również w formie książkowej. Wydawnictwo Otwarte. Premiera: październik 2016 r.

Matki, żony, policjantki - poddane niezwykłej presji w wymarzonej pracy. Często to one prowadzą najmroczniejsze śledztwa i osiągają lepsze wyniki niż mężczyźni. Równouprawnienie dotarło do polskiej policji. W 2015 roku 40% nowo przyjętych do tej służby stanowiły kobiety. Patryk Vega w swojej książce jako pierwszy przedstawia świat policji widziany oczami funkcjonariuszek.

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje