Reklama

Reklama

Jak za darmo...

Z nauczycielską pensją nie mogłam sobie pozwolić na szaleństwa w drogich butikach.

Dlaczego zaczęłam kupować ubrania w ciucholandzie? Cóż, powód jest bardzo prosty - oszczędność. Mąż i ja jesteśmy nauczycielami, a nasze pensje nie są wysokie. Co prawda chwytamy się różnych dodatkowych prac, aby trochę dorobić, ale i tak ledwo nam starcza na opłacenie rat kredytów, rachunki i jedzenie.

No i jeszcze mamy przecież dwójkę dzieci, którym trzeba zapewnić wszystkie podstawowe potrzeby. O czymś takim, jak wypad do kina czy rodzinny obiad w restauracji, możemy co najwyżej pomarzyć.

- Mamo, patrz jakie superrurki! - zachwycała się pewnego razu moja dwunastoletnia córka.

Reklama

- Karolina takie ma, i Ada... Mamo, kupisz mi je? Proszę...

- Raczej nie, kochanie - spojrzałam na cenę na metce. - Sto osiemdziesiąt złotych to o wiele za dużo!

- Ale one tak bardzo mi się podobają...

- Wiem, ale nie stać nas na nie - znów westchnęłam. - Tłumaczyłam ci już, że mamy ważniejsze wydatki.

- Tak, wiem, bo umrzemy z głodu i wyrzucą nas z mieszkania - Marta sarkastycznie powtórzyła moje słowa, które wygłaszałam przy podobnych okazjach. Widziałam, jak z żalem odkłada wymarzone spodnie. "Co za niesprawiedliwość, że człowiek haruje jak wół, a dostaje za to marne grosze i nie może sprawić przyjemności własnemu dziecku", pomyślałam ze złością. Następnego dnia wracałam z pracy przygnębiona. A to za sprawą pewnej uczennicy. Postawiłam jej jedynkę ze sprawdzianu. Ocena była sprawiedliwa. Jednak dziewczyna zaczęła się wykłócać, a potem mnie obrażać.

- Ktoś, kto nosi takie wieśniackie ciuchy, nie może mieć pojęcia o życiu i dobrze uczyć - palnęła.

Oczywiście sprawa trafiła do dyrektora, uczennicę wezwano na dywanik i do pedagoga... Ale niesmak pozostał. Zdawałam sobie sprawę, że większość moich rzeczy pamięta jeszcze lata dziewięćdziesiąte, ale po prostu nie stać mnie było na odnowienie garderoby. Gdy tak szłam, rozmyślając o całym zdarzeniu, wpadł mi w oko szyld nowo otwartego sklepu. "Firmowa odzież używana, przystępne ceny", przeczytałam. Czysta i ze smakiem urządzona wystawa przypominała ekskluzywny butik i zachęcała do odwiedzin. Weszłam. Uderzył mnie przyjemny zapach lawendy. Od razu zauważyłam, że ubrania wiszą posegregowane według kolorów. W rogu stała stylowa, stara szafa, w której wyeksponowano kilka naprawdę ładnych sukienek.

- Witam - usłyszałam przyjemny głos. - Zapraszam, proszę śmiało oglądać - zadbana kobieta z uśmiechem wskazała na wieszaki.

"Tak tu ładnie, że te przystępne ceny na pewno nie są na moją kieszeń", pomyślałam. Z obawą chwyciłam metkę pierwszej z brzegu bluzki. "Piętnaście złotych", przeczytałam ze zdumieniem. "Chyba na coś takiego mogę sobie pozwolić", uznałam i zaczęłam szperać wśród wieszaków. Tak mnie to wciągnęło, że zupełnie nie myślałam o tym, że te ubrania ktoś już nosił. Wybrałam wtedy dwie naprawdę ładne bluzki i jeszcze zamaszystą spódnicę w stylu etno. Za wszystko zapłaciłam jedynie czterdzieści pięć złotych.

- W normalnym sklepie pewnie dałabym ze cztery razy więcej - cieszyłam się, pokazując swoją zdobycz mężowi. - A właścicielka powiedziała, że w przyszłym tygodniu będą mieli odzież dziecięcą. Kupię coś nowego Michałkowi.

No i tak się zaczęła moja miłość do lumpeksów, a w zasadzie do tego jednego. Zaprzyjaźniłam się z panią Izą. Okazało się, że jej syn będzie w tym roku zdawał maturę i jego mama poszukuje kogoś, kto go podciągnie z matematyki.

- Tak się składa, że ja udzielam korepetycji - przyznałam. - Mogłabym pomóc pani synowi w matematyce.

- Och, to naprawdę świetnie! - ucieszyła się kobieta. - Ale widzi pani, ja dopiero rozkręcam ten ciuchowy biznes i mam tyle wydatków, że nie stać mnie na razie na płacenie za dodatkowe lekcje. Czy w zamian za to zgodziłaby się pani przyjąć darmowy bon o wartości, powiedzmy, trzystu złotych miesięcznie? Na zakupy w moim sklepie oczywiście.

- Pewnie! - ucieszyłam się.

- Będę dla pani odkładać najładniejsze rzeczy z każdej dostawy - obiecała. Szybko jednak okazało się, że te trzysta złotych w miesiącu dość szybko się wyczerpuje. Nie martwiło mnie to jednak, bo i tak rzeczy w lumpeksie były śmiesznie tanie.

- O, jaki śliczny masz żakiecik! - zachwycała się moja koleżanka z pracy. - Widziałam podobny w tym markowym sklepie na końcu galerii, nawet chciałam kupić, no ale skoro ty mnie ubiegłaś... - trajkotała.

Uśmiechnęłam się i podziękowałam za komplement. Wolałam nie mówić, że ten żakiet wcale nie jest z drogiego sklepu, ale ze zwykłego ciucholandu, i że dałam za niego dwadzieścia złotych, a nie sześćset z kawałkiem. Wkrótce miałam już szafę pełną modnych ubrań. Przy okazji również wzbogaciłam garderobę moich dzieci. Marta szpanowała przed koleżankami nowymi rurkami, Michaś mógł chodzić do przedszkola codziennie w innej bluzie, a mój kochany ślubny też przy tym skorzystał - wreszcie mógł nosić porządne, firmowe koszule. Nie musiałam już nic więcej kupować, ale nie umiałam się powstrzymać. Wybieraliśmy się na imieniny matki mojego męża. Wystroiłam się w nowy malinowy sweterek.

- Kochanie, znowu masz coś nowego! - wykrzyknął Piotr, gdy mnie zobaczył.

- Och, kosztował tylko grosze!

- Tak, na pewno - powiedział. - Podobnie jak tamte - wskazał na półkę wypełnioną moimi swetrami. - Masz w szafie bluzki we wszystkich kolorach tęczy. Może już dasz spokój z tymi zakupami?

- Sweterka w takim kolorze jeszcze nie miałam - zauważyłam. - A poza tym twoja bratowa zzielenieje z zazdrości, gdy zobaczy mnie w tym cudnym wdzianku!

Faktycznie, na imieninach mój wygląd wzbudził podziw, i to nie tylko bratowej. Triumfowałam! Odtąd przy każdej okazji zaglądałam do mojego ulubionego lumpeksu. Czułam taką potrzebę. Chociaż raz w tygodniu musiałam kupić coś nowego. Wchodziłam po jedną rzecz, ale wychodziłam z pięcioma innymi. To było jak... nałóg, ale sprawiało mi mnóstwo frajdy. Zakupy mnie uszczęśliwiały. Wkrótce zauważyłam, że moje rzeczy przestały mieścić się w szafie. Mąż też zwrócił na to uwagę, gdy pewnego ranka zwaliła się na niego cała sterta moich ubrań...

- Jeśli kupisz jeszcze jeden ciuch, wyprowadzę się z domu! - zagroził. Ale ja nie potrafiłam się powstrzymać. Gdy przynosiłam coś nowego, chowałam to gdzieś, a gdy mąż nie patrzył lub go nie było w domu, wyciągałam, prałam i potajemnie upychałam do szafy. Niestety, również dzieci zorientowały się, że coś ze mną nie tak.

- Rety, mamo, znowu kupiłaś sobie nową bluzkę?! - córka złapała się za głowę, gdy poprosiłam ją, aby przyniosła pranie z suszarni.

- I jeszcze jedną! Mamo, czy ty aby... Wiesz, jak to się nazywa? - zapytała. - Zakupoholizm! - wypaliła.

- Co takiego? - zdziwiłam się.

- Uzależnienie od zakupów - objaśniła.

- Wiesz, że trzeba się z tego leczyć?...

Poczułam się niezręcznie. "Chyba faktycznie coś w tym musi być", uznałam. Następnego dnia postanowiłam porozmawiać z moją koleżanką, szkolną psycholog. Potwierdziła moje obawy.

- Jesteś lumpeksową zakupoholiczką - podsumowała. Oprzytomniałam. Przeraziłam się, że zakupy stały się dla mnie najważniejsze. Przestałam kupować ciuchy w lumpeksach dla samego kupowania. Obecnie rzadko zaglądałam do sklepu pani Izabeli, a jeśli już, to kupuję coś, co naprawdę wpadnie mi w oko. Ustaliłam sobie limit i go nie przekraczam.

Edyta B, 37 lat

Z życia wzięte

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: nauczyciele | zakupoholizm | odzież | zakupy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje