Reklama

Reklama

Królowa podwórka

Zawsze byliśmy dobrą rodziną i nic złego u nas się nie działo. Póki mieszkaliśmy z babcią, moja córka, Iwona, miała opiekę od rana do wieczora. Przez całą podstawówkę była grzecznym dzieckiem. Ale wszystko się zmieniło, gdy poszła do gimnazjum i pierwszy raz wróciła z podwórka posiniaczona.

- Kto cię tak skrzywdził, kochanie? - spytałam przerażona.

Ale ona zacięła tylko usta i milczała. W końcu udało mi się z niej wydusić, że pobiła się z obcymi dziewczynami.

- To nie były twoje koleżanki?

- Swoich się nie rusza - usłyszałam.

- Musiałaś się bronić? - domyśliłam się.

- No, dwie były, ale dałam radę - odpowiedziała z pewną dumą w głosie.

- Na drugi raz lepiej od razu biegnij do domu i mnie zawołaj - przykazałam, a ona obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem.

Myślałam, że nie wierzy w to, że mogłabym jej pomóc.

Reklama

Miałam nadzieję, że to była pojedyncza sytuacja. Niestety, bardzo się myliłam. Iwonka coraz częściej przychodziła do domu, a to z podbitym okiem, a to z jakimiś zadrapaniami. Zawsze mówiła, że ją ktoś zaczepił, popchnął, że nie wie, kto to. Ale nie chciała pomocy. Często ukrywała te siniaki przede mną, więc nie wiedziałam o wszystkich obrażeniach i chyba trochę zbagatelizowałam sytuację.

Pewnego popołudnia przybiegli do mnie rodzice, prowadząc ze sobą nastoletnią córkę - mniej więcej w wieku Iwonki. Dziewczyna miała stłuczony łokieć i zanosiła się od łez.

- Widzi pani, jak sobie poczyna pani córeczka? - wrzasnęła na mnie matka nastolatki. - Moja Klaudia spokojnie wracała do domu ze sklepu, gdy te dwie bandytki ją napadły i proszę, jak ją urządziły!

- O czym pani mówi? - zdziwiłam się.

- Jak to o czym? O postrachu całego osiedla: pani córce i tej drugiej kryminalistce, z którą się prowadza. Wystarczy, że ktoś się im nie podoba, to zaraz go tłuką!

- To jakaś pomyłka! - zaprotestowałam. - Iwonka niedawno mówiła mi, że przychodzą tu jakieś obce dziewczyny i ją biją. Nie raz widziałam u niej siniaki i bardzo się tym martwię.

- Ją? Dobre sobie! Lepiej niech się pani zacznie martwić o to, czy nie wyląduje w poprawczaku! - dodał ojciec dziewczynki. - Ja na pewno pójdę na skargę do szkoły, bo tak dalej być nie może! Niech się pani cieszy, że do sądu z tym nie idziemy!

I co ja na to wszystko mogłam im odpowiedzieć? Przeprosiłam, pobiegłam po lód na siniaki tej małej i trochę się udobruchali. Ale gdy poszli, nie umiałam sobie miejsca znaleźć. "Jak ona mogła? Może to ta druga... ta jej nowa koleżanka, Sylwia, ją do tego namówiła? Muszę stanowczo zabronić im się ze sobą widywać!", myślałam.

Kiedy więc roześmiana od ucha do ucha córka wróciła ze szkoły, od razu wzięłam ją na rozmowę.

- Nie będziesz się więcej widywała z Sylwią! - zaczęłam ostro, ale ona tylko spojrzała na mnie spode łba.

- Dlaczego?

- Bo to jest zła dziewczyna! Wiesz, kto dziś u mnie był? Rodzice Klaudii!

- No i co z tego? - zdziwiła się.

- Miała cały łokieć we krwi!

- Sama zaczęła! Głupia flądra! - rzuciła Iwonka i rozsiadła się w fotelu. - Szłyśmy sobie z Sylwią, no nie? A tu idzie ta Klaudia i robi głupie miny! No to ja do niej od razu: "Co się gapisz, zdziro?" i dałam jej w mordę. Bo co się będzie na mnie gapić? Pozwolił jej ktoś?

Przyznam, że mnie zatkało... Widziałam teraz agresję i złość na twarzy Iwony. Gdy wyrzuciła z siebie to wszystko, zaczęła ze znudzeniem oglądać swoje paznokcie.

- Chryste, dziecko! Czy ty wiesz, co mówisz? - zrzuciłam zbulwersowana.

Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że moje dziecko jest kimś, kogo ja zupełnie nie znałam. Ale gdzie i kiedy dokonała się ta zmiana? Rok temu, jak się tu przeprowadziłyśmy, bo już miałam dość mieszkania z teściową? Czy wtedy, gdy jej tata pojechał do Irlandii do pracy?

- Ty to w ogóle nic nie wiesz o życiu. Honor jest najważniejszy i jego trzeba bronić! - pouczyła mnie córka, zupełnie nie zauważając mojego zgorszenia. - Jak idzie panna i się na mnie krzywo lampi, to od razu ją leję w mordę, bo szkoda czasu na pytanie - dodała z dumą. - Teraz to mi każda z drogi ustępuje.

- Iwonka, co ty opowiadasz? - jęknęłam. - Przecież tak nie można. Będziesz mieć kłopoty w szkole, możesz trafić do poprawczaka... Nie wolno ci tego więcej robić.

- Eee, tam - machnęła ręką. - Starsza siostra Sylwii siedzi w poprawczaku i mówi, że jest tam fajnie.

Na to nie miałam żadnej odpowiedzi, bo zgroza odebrała mi głos. "Dobrze, że Andrzej jest w Irlandii i nie musi tego oglądać", przemknęło mi przez myśl.

- Koniec twojego widywania się z Sylwią - powiedziałam surowo. - I nie wolno ci się więcej bić, rozumiesz? Jeśli będziesz to robić, odbiorę ci komórkę i kieszonkowe! Taki wstyd dziś przeżyłam przez ciebie, jak jeszcze nigdy w życiu. A ja myślałam, że to ciebie ktoś bije? Koniec z tym!

W odpowiedzi Iwona trzasnęła drzwiami do swojego pokoju. Uznałam, że zrozumiała, co do niej powiedziałam, a bunt jest normalną reakcją.

Przez parę dni był spokój.

Najważniejsze, że mnie posłuchała, a musiała posłuchać, skoro przez ten czas ani razu nie widziałam Sylwii. Ze szkoły też nikt mnie nie wzywał, więc widocznie ojciec Klaudii dał sobie spokój. Odetchnęłam z ulgą.

W piątek, wracając z zakupów, zobaczyłam na podwórku jakieś zbiegowisko. Już miałam przejść obok, gdy spostrzegłam biegnącą do mnie Sylwię.

- Proszę pani, a Iwona ma chyba nos złamany! - wydyszała.

Zapomniałam o swojej niechęci i podbiegłam z nią do ławki. Siedziała tam moja córka cała zachlapana krwią.

- Biedna mała! - rzucił ktoś z tłumu.

- Co się stało? - zapytałam.

- A - dwie się szarpały i jedna drugiej tak przyłożyła, że nos jej złamała.

Pozbierałam Iwonę z ławki i zaraz zabrałam ją taksówką na pogotowie. Lekarz założył jej opatrunek, zrobił zastrzyki, a potem wziął mnie na stronę.

- Jak to się stało?

Bałam się, żeby ktoś nie uznał, że to była wina Iwonki, więc powiedziałam, że jakieś obce dziecko uderzyło ją na podwórku, a potem zapytałam, co z nosem.

- Zobaczymy, jak się zrośnie - odparł lekarz. - Może trzeba będzie zrobić operację, żeby nie miała nosa jak bokser.

Byłam załamana i zupełnie nie wiedziałam, co robić. Na dodatek tego wieczoru zadzwonił Andrzej i zapytał, co u nas.

- W porządku - skłamałam. - Iwonka źle się czuje, więc poszła wcześniej spać.

- Rozchorowała się?

- Tak, ale nie ma strachu - powiedziałam szybko. - Tylko trochę się przeziębiła...

- Mam dla niej superniespodziankę! - powiedział. - Tylko nic jej nie mów. Jak przyjadę pod koniec roku szkolnego, to się ucieszy. A jak jej idzie w szkole?

- Nieźle, nieźle - wymamrotałam, czując się okropnie, ale jak miałam mu powiedzieć, że nasza córka zachowuje się jak ulicznica, bije jak bandytka i w dodatku ma złamany nos?

Bałam się, że jak powiem mu prawdę, to wsiądzie w autobus i zaraz przyjedzie. Nie chciałam go martwić. Wierzyłam, że sama sobie z tym poradzę. A Iwona, gdy porządnie się nacierpi, może wreszcie zrozumie, że bicie się to nie jest dobra zabawa.

Ale nic do niej nie dotarło. Gdy tylko nieco wydobrzała, opatrunek stał się dla niej tym, czym dla żołnierza medal. W dodatku przyłapałam ją na rozmowie z Sylwią!

Nie miałam jednak okazji, żeby to wyjaśnić, bo zostałam wezwana do szkoły. Szłam tam z duszą na ramieniu, przerażona, że będę musiała tłumaczyć się obcym ludziom. Nie miałam w tym żadnego doświadczenia. W podstawówce nigdy mnie nikt z powodu Iwony do szkoły nie wzywał.

- Będę z panią szczera - wychowawczyni spojrzała na mnie poważnie. - Iwonka uczy się całkiem dobrze, choć mogłaby lepiej, ale się nie stara. Nie to jednak jest problemem? Pani od gimnastyki zauważyła na ciele Iwonki siniaki, a teraz słyszę, że ma złamany nos. Do tego ta agresja, wulgarne odzywki?

Myślałam, że zapadnę się pod ziemię ze wstydu.

- Spytam wprost. Czy pani bije córkę?

- Co takiego? - wyrwało mi.

- Niech pani na mnie nie podnosi głosu - odpowiedziała chłodno wychowawczyni. - Przepytywałam Iwonkę i ona bardzo kręci, gdy ją pytać o te siniaki. Teraz rozmawiam z panią po dobroci. Rozumiem, że może pani sobie nie radzić z dorastającą córką, ale bicie to nie jest metoda wychowawcza. Mamy w szkole psychologa - może pani przyjść z Iwoną - pomożemy. I co z tym nosem? Rozumie pani, że szkoła może zgłosić to na policję?

- Nie myśli pani chyba, że to ja?

- A jak to się stało?

- Była bójka na podwórku - wyszeptałam zdenerwowana. - Iwona nie zna tej dziewczyny, która ją uderzyła?

- A te wcześniejsze siniaki?

- Zdarzało się jej... mieć zatargi. To dobra dziewczyna - mówiłam gorączkowo. - Ona nic złego nie zrobiła... Wie pani, jaka jest teraz młodzież...

- A czy ja mówię, że ona zrobiła coś złego? - wychowawczyni popatrzyła mi w oczy. - Tak czy inaczej uważam, że trzeba się będzie spotkać z psychologiem.

Nie miałam wyjścia, musiałam się zgodzić. Gdybym tego nie zrobiła, pewnie byłabym podejrzana o krzywdzenie Iwony. Wiedziałam już, że wszystkie jej sprawki wyjdą na jaw i obleciał mnie strach.

Szłam ze szkoły pogrążona w czarnych myślach. Nie da się już przecież zachować w tajemnicy tego, że ona się bije, że jest agresywna i wulgarna.

Następnego dnia Iwona wróciła ze szkoły naprawdę wściekła. Widać wychowawczyni musiała z nią rozmawiać. Stałam właśnie w kuchni i obierałam marchewkę, gdy wrzasnęła na mnie.

- Po co tam w ogóle szłaś? Zdrajca! Nie pójdę do żadnego głupiego psychologa!

- Obie pójdziemy - powiedziałam.

W duchu ucieszyłam się, że ten psycholog to dla niej taka kara. Może wreszcie zrozumie, że to, co robi, jest złe.

I wtedy mnie uderzyła. Cios spadł na moje plecy tak niespodziewanie, że odwróciłam się zaskoczona i wtedy Iwona wymierzyła mi cios w twarz, a potem jeszcze raz i jeszcze. Dlaczego nie umiałam się obronić? Do dziś tego nie wiem... Zasłoniłam się tylko rękami, na które spadały kolejne ciosy. A potem Iwona wybiegła z domu... Osunęłam się powoli na podłogę w kuchni. Nie wiem, jak długo tak siedziałam. Poszłam do łazienki i popatrzyłam w lustro. Pod okiem miałam wielki siniak, podrapany policzek. Oparłam się o chłodną taflę lustra i czułam gorące i szczypiące łzy. Moja córka... podniosła na mnie rękę.

Zrozumiałam, że to koniec kłamstw i udawania. Nie ma już czego chronić. Zamiast mojego dziecka jest jakaś obca istota, która umie tylko krzywdzić.

Zostawiłam obiad i dom. Ubrałam się, założyłam ciemne okulary. Nie chciałam, by sąsiadki mnie widziały.

- To pani? Nie byłyśmy chyba na dziś umówione? - zdziwiła się na mój widok wychowawczyni, gdy otworzyłam drzwi do pokoju nauczycielskiego.

Na szczęście była w nim sama.

- Co się stało?

Bez słowa zdjęłam okulary.

- To Iwona - powiedziałam cicho.

Czułam się tak, jakbym zamiast serca miała kawałek drewna.

- To Iwona mi to zrobiła. Ona się bije, nie mogę już dłużej udawać. Bije inne dzieci. Niech nam pani pomoże...

To była najlepsza z możliwych decyzji, choć to wyznanie rozdzierało mi serce i byłam przekonana, że skończy się dla nas tragicznie, że odbiorą mi dziecko.

A jednak rozwiązanie nie było aż tak straszne. Iwona trafiła pod opiekę terapeuty zajmującego się przemocą, a ja do grupy rodziców, którzy mieli podobne kłopoty z dziećmi. Od dwóch miesięcy nic złego się nie wydarzyło, choć próba doprowadzenia do pojednania między nami jeszcze się nie udała. Zbyt dużo jest we mnie goryczy, chyba jeszcze nie umiem jej przebaczyć. Ciągle też łamię sobie głowę nad tym, dlaczego tak się stało.

- Są takie sytuacje - tłumaczył mi terapeuta - na które nie ma gotowych odpowiedzi. I trzeba się z tym pogodzić.

Czeka mnie jeszcze najtrudniejsza rozmowa - z Andrzejem, który niedługo wraca z Irlandii. Wiezie ze sobą prezenty i przeświadczenie, że jego córka jest grzeczna i dobra, a jego żona - zadowolona z życia i z dziecka. Jednak i on będzie musiał nam pomóc. Inaczej Iwona nie przestanie się bić, a ja nie będę umiała się w tym wszystkim odnaleźć...

Z życia wzięte

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje