Reklama

Reklama

Zostawiłem żonę w dobrych rękach

Wyjechałem do Anglii, mając nadzieję, że to pomoże naszemu małżeństwu...

Między mną a żoną działo się nie najlepiej od samego początku naszego małżeństwa. Anka jest kobietą z gatunku tych kłótliwych i wiecznie niezadowolonych. Gdy zaszła w ciążę, winą za to obciążyła mnie, bo "nie uważałem"...

Mieliśmy wtedy po dziewiętnaście lat. Starałem się, jak mogłem, ale wciąż było źle, nie tak jak ona by chciała. Kładłem uszy po sobie i pracowałem, pracowałem, żeby moja królowa miała wszystkiego pod dostatkiem. I tak minęło kilkanaście lat. W końcu miałem dosyć.

Podjąłem męską decyzję i wyjechałem do Anglii. Miałem nadzieję, że ta rozłąka i oczywiście pieniądze, które będę tam zarabiał, trochę poprawią relacje między nami... Anki nie zostawiłem samej. Antek, nasz syn, miał już piętnaście lat, a poza tym to żona w każdej chwili mogła liczyć na pomoc mojego najlepszego kumpla - Radka. Byliśmy jak bracia, od podstawówki trzymaliśmy się razem. Pieniądze wysyłałem regularnie.

Reklama

Anka zaczęła robić remont mieszkania, pomagał jej Radek. Kiedy jechałem do domu w odwiedziny, kupiłem dla niego butelkę drogiej whisky. Dwa dni opijaliśmy ten remont. A potem wróciłem do Anglii. Jakieś dwa miesiące później Anka zadzwoniła do mnie i powiedziała, że jest w ciąży. Zaskoczyła mnie, nie byłem przygotowany na takie wieści.

- Wiedziałam, że tak to się skończy! - mówiła z pretensją w głosie. Milczałem chwilę, bo jakoś nie mogłem sobie przypomnieć, żebym przez te wszystkie lata robił to bez zabezpieczenia. Ale może rzeczywiście tak było, jak ona twierdziła, może po prostu nie pamiętałem, wypiłem trochę i mogło mnie zamroczyć...

- No wiesz, Anka, ty podejmij decyzję - próbowałem się wymigać.

- No oczywiście, znów ja mam decydować! Wszystko na mojej głowie! Ty żeby się podrapać, to musisz się o pozwolenie pytać! - nie przepuściła okazji, by mi dopiec.

- Musimy się kłócić? Jak chcesz, to przyjadę, pogadamy spokojnie - chciałem załagodzić jakoś tę sytuację.

- Nie musisz. Pieniądze mi lepiej przyślij - rzuciła sucho do słuchawki.

- Chcesz usunąć? - zapytałem.

- Jeszcze nie wiem - odparła.

- Ile potrzebujesz?

- Tyle, ile masz - znów ten oschły ton.

- A jak tam Antek? - zmieniłem temat.

- Jak byś był na miejscu, to byś wiedział! - znów naskoczyła na mnie.

- Anka, o co ci chodzi? Dlaczego się czepiasz? Mam już tego dosyć! - wyrzuciłem z siebie całą gorycz, która się we mnie zbierała od dawna.

- Masz dosyć?! - podchwyciła. - Ty masz dosyć, tak? No to proszę bardzo! Rozwiedź się i będziesz miał spokój! Nie ma problemu! - cedziła słowa.

- Muszę już kończyć - powiedziałem i rozłączyłem się. Bałem się, że powiem coś, czego mógłbym żałować. Anka zadzwoniła tydzień później.

- Chcę rozwodu - wypaliła bez ogródek. Z wrażenia odjęło mi mowę.

- To nie ma sensu - ciągnęła niezrażona moją reakcją. - Rozejdźmy się. Będziesz płacił na dzieci...

- Na jakie dzieci? - wydukałem.

- Na swoje dzieci! - obruszyła się. - Urodzę to dziecko - rzuciła od niechcenia. - Sama je wychowam. Nie chcę się już z tobą męczyć.

- Anka, o czym ty do cholery mówisz?! - zdenerwowałem się.

- O rozwodzie! Chcę rozwodu. Przemyślałam wszystko. Powinnam była to dawno zrobić, ale dopiero kiedy wyjechałeś, dotarło to do mnie.

- A Antek?

- A co on ma do gadania?

- Nie zgadzam się.

- Słuchaj, Robert, to nie ma sensu - zaczęła łagodniej.

- Masz kogoś... - w końcu dotarła do mnie ta oczywistość.

- Przestań! - zaprzeczyła zbyt gwałtownie. A więc jednak...

- Kto to jest? - chciałem wiedzieć, kto przyprawia mi rogi.

- Kto by mnie chciał, zmarnowałam się przy tobie - wiedziała, jak dopiec.

- Dlaczego? Dlaczego chcesz tego rozwodu? Po ci? - dopytywałem się.

- Bo mam cię dosyć! Do niczego się nie nadajesz! Żadnej decyzji nie potrafisz sam podjąć! - raniła boleśnie.

- No tak...

- Masz tydzień - rozłączyła się. Czułem się tak, jakbym dostał obuchem w głowę. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego tak nagle chciała się rozwieść. Postanowiłem zadzwonić do Radka.

- Cześć, stary - przywitałem się. - Mam do ciebie taką delikatną sprawę... Cholera, tak mi głupio, ale chyba mnie rozumiesz, wiesz, jak to jest...

- Robert, o co chodzi? Możesz powiedzieć wprost?

- Słuchaj... Czy... czy Anka ma kogoś? - wyrzuciłem z siebie jednym tchem.

- Anka? - zaśmiał się. - Nie, no co ty, stary! Nic na ten temat nie wiem - zapewnił. Kamień spadł mi z serca.

- A dlaczego o to pytasz?

- Wyobraź sobie, że zadzwoniła do mnie i zażądała rozwodu - wyznałem.

- Zrobiła to? - zapytał z niedowierzaniem.

- A coś ci o tym wspominała?

- Nie no stary, jestem zaskoczony. Po prostu nie spodziewałem się, że ona będzie chciała się z tobą rozwieść... A co ty na to? - w jego głosie było słychać wyczekiwanie i ciekawość.

- Co ja na to? - zawiesiłem głos.

- Powiem ci, że już sam nie wiem. Czasami mam jej dosyć, wiesz, jaka jest, przyzwyczaiłem się. A poza tym jest w ciąży, może dlatego jej odbija? - ta myśl przyszła mi nagle do głowy.

- Może - odparł Radek.

- Poczekam, pewnie jej przejdzie. No dobra, stary, sorry, że zawracam ci gitarę o tej porze... - tłumaczyłem się.

- Nie ma o czym mówić.

- No to na razie - pożegnałem się i rozłączyłem. Postanowiłem wziąć Ankę na przeczekanie. Mówiłem, że jeszcze nie podjąłem decyzji, że muszę się zastanowić. Kiedy przyjechałem do domu na Wielkanoc, zrobiła mi takie święta, że postanowiłem więcej nie przyjeżdżać do domu. A rozwodu też nie chciałem jej dać, z czystej przekory. Nie znałem jednak mojej żony. Parę tygodni później dowiedziałem się, że wniosła do sądu pozew rozwodowy. Na rozprawie dowiedziałem się, że porzuciłem ją i wyjechałem za granicę, że mam kochankę, że nie przyjeżdżam często do domu, że siłą wymuszam seks, czego owocem jest ciąża! Zasądzono mi alimenty na Antka. Anka, w związku z ciążą, zażądała też alimentów dla siebie. Płaciłem co miesiąc, kiedy urodziła się Daria płaciłem na nią, w końcu to było moje dziecko. W każdym razie tak sądziłem, dopóki syn nie otworzył mi oczu. Zadzwonił któregoś dnia i powiedział, że wyprowadza się z domu.

- Antek, ale co się dzieje? Czemu chcesz to zrobić? - zapytałem zaskoczony.

- Bo żaden dupek nie będzie mi mówił w moim domu, co mam robić! - odpowiedział zdenerwowany. Krew uderzyła mi do głowy. - Synu, jak się nazywa ten dupek?

- Radek. Mówi ci to coś? - Antek był naprawdę wściekły.

- Co?! - ja z kolei byłem w szoku. - Co powiedziałeś?

- Tak, dobrze słyszałeś! To wujcio Radek wskoczył na twoje miejsce. Ojciec, mówię ci, żebyś wiedział. A babcia mówi też, że młoda niepodobna do ciebie - dobił mnie tymi słowami.

- O żesz! - zmełłem przekleństwo w ustach. - Masz moje błogosławieństwo, przeprowadź się do dziadków. Od dawna Radek spotyka się z mamą?

- Ojciec, na jakim ty świecie żyjesz? Nic nie wiesz? On z nią od dawana kręci. A teraz wprowadził się do nas. A mi zapowiedzieli, że wkrótce się chajtną. Aha, on powiedział, że wystąpi o oficjalne uznanie Darii czy coś takiego.

- Co? Uznanie Darii? - takiego obrotu sprawy to się nie spodziewałem.

- To nie moja broszka, pogadaj sobie z matką, to się dowiesz. Ja się nie wtrącam, bo i tak już wystarczająco namieszaliście mi w życiorysie.

- Sorry, synek, że tak wyszło - było mi naprawdę głupio.

- Dobra, tata, wyluzuj, wiem, jak jest, rozumiem - pocieszył mnie.

- Dzięki. Trzymaj się. Niedługo przyjadę, zobaczymy się - pożegnałem się. Zadzwoniłem więc do Radka. Nie odbierał. Tchórz. Nie potrafił po męsku załatwić sprawy. Zacząłem się zastanawiać, czy cała ta szopka z rozwodem nie była wcześniej uknuta. Wszystko na to wskazywało. Zacząłem kojarzyć fakty. Remont mieszkania, mój przyjazd, telefon o ciąży, potem te pretensje, że nie potrafię podjąć decyzji no i... Głupi by od razu na to wpadł, a ja miałem klapki na oczach. No bo w życiu nie pomyślałbym, że najlepszy kumpel będzie się kręcił koło mojej żony... Przecież miał swoją. Zadzwoniłem do mojej matki.

- Mamo, oświeć mnie - powiedziałem wprost.

- To już wiesz?

- Tak, wiem, ale dlaczego nikt mi o tym wcześniej nie powiedział?

- Bo nikomu do głowy nie przyszło, że oni... - usprawiedliwiała się mama. - Wydawało się naturalne, że Radek pomaga Ance, że ją odwiedza, że się spotykają... Do czasu, gdy się tam wprowadził.

- Nie daruję jej! - zaperzyłem się. - Wyciągnę jej z gardła te pieniądze, które ode mnie wyłudziła. Płaciłem na cudzego bachora! Myślała, że jest taka sprytna?

- A jak to udowodnisz?

- Zrobię testy DNA, wytoczę jej sprawę o wyłudzenie - kipiałem ze złości.

- Co to się porobiło?! Może gdybyś nie wyjeżdżał...

- Mamo, chcesz powiedzieć, że to moja wina? - przerwałem jej w pół zdania.

- Nie...

- Pogadamy, jak przyjadę. Do zobaczenia. Znalazłem stronę internetową, na której prawnicy odpowiadali na interesujące mnie pytania. Mniej więcej wiedziałem już, co mam zrobić. Zabukowałem bilet do Polski. Złożyłem w prokuraturze pozew o zaprzeczenie ojcostwa. Mam duże szanse, by wygrać sprawę. Nie chodzi mi tu o pieniądze, ale sprawiedliwość. Wystarczająco długo byłem oszukiwany...

Robert B., 48 lat

Z życia wzięte

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje