Tam cię zmielą jak w młynku do kawy - strona 4.

To, co nas w Holoubku czaruje,czego usiłujemy szukać w oczach,głosie, inteligencji, jest poezją.Odrywa nas od powszedniości,budzi jakieś przeczucia,unosi na wyższe piętro.

Gdy Dejmek wraca z zagranicy i nikt nie kwapi się do współpracy z nim, zaprasza go Holoubek. Jednak dwa spektakle Dejmka z udziałem Holoubka - Elektra i Sułkowski Żeromskiego (1974) - nie są sukcesami.

Reklama

Opowiada Jerzy Koenig, wówczas kierownik literacki teatru: - Dejmek próbował nas wszystkich wziąć do galopu. Wreszcie mówi: "Holoubek to wspaniały koń wyścigowy, arab czystej krwi, a tu jest zaprzęgnięty do obowiązków dyrekcyjnych. Zamieńmy się - ja jestem perszeron i będę to ciągnął, a Holoubek zostanie pierwszym artystą Dramatycznego". Gustaw był tą propozycją zachwycony, ale władze się nie zgodziły.

Bohdan Korzeniewski wystawia Śmierć Tariełkina Aleksandra Suchowo-Kobylina (1975). - Holoubek przyszedł na próbę generalną, przedstawienie się nie kleiło - wspomina Jerzy Timoszewicz, w tamtym sezonie konsultant literacki. - Po półgodzinnej rozmowie Holoubka z aktorami nagle wszystko zaskoczyło; on potrafił wkroczyć w pewnym stadium prób i dopomóc reżyserowi.

- Generalna Grzegorza Dyndały Moliera w reżyserii Henryka Baranowskiego - opowiada Jerzy Koenig. - Scena kameralna rozebrana, widownia rozbebeszona, widzowie mają siedzieć na workach wypchanych strąkami fasoli, które strasznie skrzypią. Aktorzy w okropnych butach, jakby mieli jeździć na nartach. Holoubek mówi: "Dosyć! Nie będziemy tego grać". Do kilku premier nie dopuścił.

Ma opinię człowieka, który się nie przepracowuje. Pozwala aktorom w trakcie spektaklu na brydża. Lipnego - bo co chwila ktoś kogoś zastępuje. Sam też gra. "Starałem się uświadomić kolegom - mówił o tamtym okresie - że teatr, wbrew temu, co głosili Stanisławski, Osterwa ze swoją Redutą czy potem Grotowski, nie polega na zatraceniu się w sztuce".

Grają w Hamburgu, Kolonii, Essen, Stuttgarcie, Moskwie, Leningradzie, Budapeszcie; wszędzie owacje.

W Sandomierzu w 1962 roku poznał na planie filmu Spotkanie w Bajce Magdalenę Zawadzką, nastolatkę. Z Lapickim zaprosili ją do kawiarni, ale przestraszona uciekła.

W Dramatycznym próbują w 1969 roku sztukę Calderona Życie jest snem. On gra królewicza Segismunda, upokorzonego niewolą, traktowanego jak dzika bestia. Ona - piękną Rosaurę, Segismund próbuje posiąść ją gwałtem. Garderobiana wnosi codziennie do garderoby Zawadzkiej świeże kwiaty. - Od pana Holoubka - mówi znacząco. On ma 46 lat, ona 25. On ją czaruje słowem. Ona peszy go obcesowym pytaniem: - A dlaczego pan tak dużo mówi? - On jej zostawia piękne listy w sekretariacie teatru.

Wyjechała rano do Zakopanego. Po południu spotyka go w hotelowym hallu - jest dziwnie ubrany, na twarzy makijaż. Uciekł z planu filmowego, przyleciał do Krakowa, potem taksówką do Zakopanego.

Pojechała do Sztokholmu. On mówi: - Będę tego i tego dnia o dwunastej pod filharmonią, chyba jest tam jakaś filharmonia? - i był.

W 1973 roku, po trzech latach związku, biorą ślub. Stanisław Dygat, Tadeusz Konwicki i całe towarzystwo, z którym od połowy lat 60. Holoubek spotyka się regularnie w kawiarni Czytelnika, dręczą go: - I ty naprawdę jej wierzysz? Przecież ona cię rzuci... Przez lata Konwicki będzie pytał: - Gucieńku, kiedy ty się czwarty raz ożenisz?

W 1978 roku rodzi im się syn, Jan. Gustaw Holoubek: "(...) Moje prawdziwie ustabilizowane życie (...) zaczęło się wraz z jego przyjściem na świat i moim ostatnim małżeństwem".

"Nie odczuwałem, żeby z powodu wieku był mniej sprawny niż ojcowie moich kolegów. Jeszcze kilka lat temu żywotnością przewyższał wielu młodszych od siebie. Jest moim przyjacielem.

Nazwisko raczej utrudnia życie, ludzie patrzą na mnie przez pryzmat jakichś oczekiwań. Powinienem być ich zdaniem jakiś szczególny. Często słyszałem, że do szkoły filmowej zdałem, no, wiadomo dlaczego... Pracuję jako operator filmowy w reklamie i nazwisko nie ma tu znaczenia, liczy się sprawność zawodowa.

Wziąłem od ojca pewną myśl, którą uważam za największą mądrość, ale trudno mi ją zastosować we własnym życiu: nie rób niczego za wszelką cenę.

Niewiele z nim rozmawiałem o jego karierze. Kiedy ostatnio robiłem światła do Króla Edypa w Ateneum, zobaczyłem, w jaki sposób reżyseruje".

Gustaw Holoubek w ostatnich zdaniach swej książki wspomnieniowej: "Chciałem moim drogim dzieciom (...), z którymi tak strasznie mało rozmawiałem - przedstawić się. Powiedzieć im, kim byłem, kim jestem i kim chciałbym być...".

Podczas dyskusji w Starym Teatrze w 1992 roku Jerzy Jarocki zapytał Holoubka: - Zawładnąłeś już aktorstwem (...) i było ci mało? Chciałeś więcej władzy, panowania nad większą liczbą ludzkich serc, umysłów i dlatego sięgnąłeś po władzę?

Walny zjazd SPATiF-u w 1970 roku wybiera go na prezesa; aktor będzie reprezentował swoje środowisko do 1981 roku. Nie z ambicji - jak wyjaśnił, odpowiadając Jarockiemu - tylko z woli środowiska. A skoro znalazł się we władzach stowarzyszenia, chciał być użyteczny. - Zdawałem sobie sprawę - opowiada - że te wygrane wybory pociągną i takie konsekwencje, iż rządzący będą mnie teraz wsysać w coraz wyższe rejony - dla swoich interesów propagandowych. Tak też się stało.

W styczniu 1971 roku, wraz z innymi przedstawicielami twórców, gości u Edwarda Gierka, nowo mianowanego szefa partii. Relacjonuje w stowarzyszeniu, że szczerość pierwszego sekretarza i jego troska o sprawy publiczne robią korzystne wrażenie. Rok później znów jest u Gierka - z Antczakiem, Kutzem, Iwaszkiewiczem, Łomnickim... Wyrażają uznanie dla "dotychczasowych decyzji kierownictwa partii i rządu".

Zjazd SPATiF-u w 1973 roku śle do Gierka zapewnienie o wysiłkach środowiska w "walce o coraz pełniejszy i bogatszy kształt ojczystej kultury opartej na ideałach socjalizmu". Następny zjazd w kwietniu 1976 roku - krótko przed protestami robotniczymi w Radomiu i utworzeniem KOR-u - wysyła telegram z gorącym zapewnieniem o trosce aktorów, by słowo polskie stawało się "narzędziem najgłębiej wyrażającym naszą przynależność do socjalistycznej Ojczyzny".

- Przejście pod sztandary Gierka dziwiło - wspomina Jerzy Timoszewicz - bo przedtem Holoubek nie miał ciągot do władzy, wystarczało mu jego aktorstwo. Ale nie czyniłbym mu z tego zarzutu, gdyż jego wspaniała dyrekcja w Dramatycznym usprawiedliwia ten udział w życiu politycznym.

Andrzej Łapicki: - Chodził do Gierka, bo miał interesy do załatwienia. Jakieś pieniądze dla środowiska, emerytury, dotacje na dom aktora weterana w Skolimowie... A Gierkowi pochlebiało, że artyści do niego przychodzą. Jako prezes stowarzyszenia Gucio słusznie postępował.

Jan Englert: - Nie pchał się na te stanowiska. Powierzano mu je, bo był niewątpliwym liderem środowiska i wszyscy to akceptowaliśmy. Nie dało się wtedy prowadzić teatru bez kontaktów z władzą.

Połowa lat 70. W gabinecie Gierka na pierwszym piętrze gmachu KC przy owalnym stole siedzą partyjni notable, Gustaw Holoubek i Jarosław Iwaszkiewicz. Wspomina Józef Tejchma, ówczesny minister kultury: - Holoubek wystąpił z krytyką propagandy sukcesu, na owe czasy bardzo ostrą. Mówił o dwóch rzeczywistościach - realnej i propagandowej. Przypominał, że prawdziwe życie jest inne niż to, w którym zanurzeni są pracownicy tego gmachu. Przyzwyczajony do gładkich słów Gierek był zszokowany. Dla mnie Holoubek był w tamtym czasie jednym z grupy czterech gigantów - Witold Lutosławski, Andrzej Wajda, Jarosław Iwaszkiewicz i on - wybitnych prezesów stowarzyszeń twórczych, z którymi jako minister miałem kontakt. Potrafili prowadzić dialog z władzą z korzyścią dla swoich środowisk. Podejmując decyzje, zawsze zadawałem sobie pytanie: co oni na to powiedzą. Władza ich zapraszała, bo po konflikcie z Dejmkiem już się czegoś nauczyła i chciała mieć ładny wizerunek w kraju i za granicą. Oto istnieje środowisko ludzi kultury, którzy z nami współpracują...

Wiosną 1976 roku Front Jedności Narodu rekomenduje Holoubka na posła z okręgu Warszawa - Wola. W "Trybunie Ludu", która prezentuje kandydatów do Sejmu, aktor stwierdza, że teatr jest częścią wielkiego frontu kultury. "Oto uchwałami VII Zjazdu PZPR, paragrafami Konstytucji PRL zostało określone nowe miejsce kultury narodowej".

W tym czasie krąży w środowisku protest 59 intelektualistów w sprawie poprawek do konstytucji czyniących z kierowniczej roli PZPR zasadę ustrojową. Wśród sygnatariuszy jest Halina Mikołajska. Niebawem wybuchną strajki w Radomiu i Ursusie.

"Nie ma już miłego, nonszalanckiego kompana. Nie ma już Gustawa-Konrada. Jest Gustaw-prezes, jest Gustaw-dyrektor, jest Gustaw-funkcjonariusz. (...) Teraz musimy schylić głowę przed nowym Gucieńkiem - pomnikiem wystawionym przez biurokrację. Drapieżny pasożyt urzędowości podstępnie i niezauważenie oplótł Gucieńka (...), zatkał usta (...), wyłupił oczy" - pisał w 1976 roku w Kalendarzu i klepsydrze Tadeusz Konwicki.

- Ja się wstydzę, że tak lekkomyślnie to napisałem - mówi dziś pisarz. - To mogła być moja podświadoma polemika z Gustawem. Mogło mnie irytować to, że poszedł w dygnitarze, mogła drażnić jego dobra wiara, jego wrodzony pozytywizm. Gucio chce widzieć świat lepszym, niż on jest. Guciowi się wydaje, że da się pewne rzeczy poprawić. Zawsze spierał się z naszymi - moimi i Łapickiego - nihilistycznymi opiniami. Usiłował znaleźć coś, co nam dobrze wróży. Nie był próżny, nie zależało mu na zaszczytach. Nie myślał o limuzynach i orderach, chociaż ordery dostawał... W jego książce nie ma spraw z Gierkiem, "Solidarnością", wahań, napięć; ona się składa z pozytywnych klocków życia Gucia. Bo on czyści ze swojej świadomości wszystko, co jest dramatyczne.

Gustaw Holoubek: - Nie miałem nigdy poczucia, że służę reżimowi. Pełniłem te funkcje, żeby reżim powstrzymywać od głupoty i szkodliwości wobec naszego środowiska. Warszawa plotkowała złośliwie, że jego najpiękniejszą rolą w Sejmie było opowiadanie anegdot.

- Nie składał deklaracji, których musiałby się potem wstydzić - mówi prof. Edward Krasiński. - Niczego nie podpisywał, nikomu nie szkodził, był opiekuńczym prezesem. Ale brylował w najwyższym środowisku partyjno-rządowym. Wszyscy biegali za wielkim aktorem, a on - czy chciał, czy nie - brał te serwituty w sposób naturalny.

Holoubek wymienia namacalne korzyści swojej obecności w establishmencie. Znacznie poprawił sytuację finansową aktorów. SPATiF zyskał prawo weta wobec odwołań i nominacji na stanowiska dyrektorów teatrów; dyrektorami byli artyści, a nie funkcjonariusze. Wzrósł w tamtej dekadzie społeczny autorytet środowiska. Ludzie przychodzili do teatru po prawdę.

Strony: 1 2 3 4 5 6

Fragment książki Magdaleny Grochowskiej "Wytrąceni z milczenia"

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje