Reklama

Reklama

Nie jesteś amebą

Mamy strasznie wysoki poziom lęku przed zwróceniem uwagi, przed skorygowaniem - mówi psycholog i psychoterapeutka dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska. O tym, od kogo lepiej trzymać się z daleka, a kto nam sprzyja, możemy dowiedzieć się z jej najnowszej książki pt. "Ludzie, ludzie...".

Monika Szubrycht: Nie chcę kolegować się, a tym bardziej przyjaźnić z kimś, kto jest toksyczny, kłamie, albo jest narcyzem. Czy muszę wejść w głębszą relację, żeby się o tym przekonać? Czy może moja intuicja wcześniej mnie przed nim ochroni? 

Reklama

Dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska:

- Niektórzy mają intuicję, wyczuwają jakimś szóstym zmysłem zagrożenie ze strony drugiej osoby. Zagrożenie, które może polegać na tym, że nie będą mieli poczucia bezpieczeństwa, nie będą mogli zaufać. Takie osoby wygrywają - one najczęściej popełniają mniej błędów. Ale ja bym tego nie przeceniała, bo nauczyć się tego raczej nie można. Jeżeli to jest intuicja, albo jakaś cecha nadprzyrodzona, to trudno się na tym opierać.

- Większość z nas wchodzi w relacje, zwłaszcza we wczesnym okresie życia, z kim popadnie. Nie jest tak, że od razu robimy selekcję, tylko raczej patrzymy, kto idzie ku nam i sami się w tę stronę zwracamy. Czasami się spotkamy, a czasami miniemy.

- Przypadek, albo jakaś niepisana reguła prawdopodobieństwa i wchodzimy w taką relację, coś nas w niej zatrzymuje. Przywiązujemy się do tej osoby, często w taki sposób, że wypełnia jakieś nasze potrzeby, zaciekawia, albo mamy podobne zainteresowania, co ułatwia nam wspólne spędzanie czasu, nie nudzimy się, albo dzięki niej częściej się śmiejemy. Motywy są różne.

Albo nie czujemy się samotni.

- Nie czujemy się samotni - to pierwsza, elementarna rzecz. I okazuje się potem, że ta osoba ma wady, bo się musi tak okazać. Wtedy, jeżeli nawet są to wymienione w książce rozmaite osobowościowe przywary, przyjaźń, która już nas połączyła, sprawia, że nie przeszkadzają nam te cechy. Po prostu coś wiemy o tej osobie.

- Jeżeli to jest rzeczywiście zażyłość, przyjaźń oparta na bliskości, na szczerości, to bardzo często nie ukrywamy naszych odkryć. Nie jest tak, że jak zobaczę, że ktoś jest mitomanem i za każdym razem, kiedy się spotykamy mówi: "Słuchaj, wiesz, co ja widziałam? Tu był jakiś wypadek, a tam się coś wydarzyło" - wierzę mu. Ja już to rozpoznaję, ale nie godzi to we mnie.

Dlatego, że ma pani wiedzę?

- Dlatego, że jesteśmy zaprzyjaźnione, czy zaprzyjaźnieni. Czasami - bo się kochamy, bo ta przyjaźń jest jeszcze owiana romantyzmem, miłością, erotyzmem, rozmaicie. Po prostu wiem, że to jest taka osoba.

- Problem zaczyna się, gdy to godzi we mnie, a godzić może w ten sposób, że zaczynam się bać, bo na przykład ktoś mnie okłamuje i mówi, że chodzi do pracy, a tego nie robi. Albo mówi, że mnie kocha, ale znika na długi czas i nie zgadzają się fakty. Nie ma takiej miłości i takiej przyjaźni, która by wtedy nie zaczęła pękać w szwach. Zaczyna się problem, są konflikty, szczególnie jeśli to jest bardzo bliska zażyłość i taka, w której dajemy sobie nawzajem wyłącznie coś, co możemy dostać tylko od tej osoby. 

- Jeżeli to jest  znajomość albo przyjaźń nie spełniająca moich witalnych potrzeb, tylko trochę jestem mniej samotna, mam z kim pójść do kina, lubię posłuchać, co się dzieje w twojej rodzinie, a ty masz jakieś minusy czy defekty, to mnie to może w ogóle nie przeszkadzać. Natomiast jeżeli to godzi we mnie, bo czuję się oszukana, bo były to moje pieniądze, albo jakiś mój system wartości został sprzeniewierzony - wtedy dopiero następuje kryzys. W tej książce jest kilka przykładów pokazujących cechy, które mogą w ogóle nie szkodzić. A kilka jest takich, które są niesamowicie ryzykowne dla wszelkiego rodzaju zażyłości.

Czasami jest tak, że przyjaźnimy się z kimś i dopiero z czasem odkrywamy, że ta relacja nas osłabia, szkodzi nam. Coś co było siłą na początku związku, potem staje się kulą u nogi.

- I wtedy przychodzi taki moment, kiedy mamy wewnętrzny dylemat, bo z jednej strony przywiązanie, przyzwyczajenie, uczucie, przyjaźń nastawione są na to, żeby wszystko trwało dalej. Ale przykre i dolegliwe poczucie krzywdy, zawodu, rozczarowania, sprawiają, że nie możemy się z tym pogodzić.

- Zresztą dla różnych osób to ma rozmaitą temperaturę. Są osoby pryncypialne, które w zetknięciu z jakimś naruszeniem oczekiwań, nie są w stanie zdobyć się na pobłażliwość i tolerancję. Nie potrafią wybaczyć. Albo mogą wybaczyć, ale pod warunkiem, że zerwą. Wybaczam, tylko nie chcę cię znać. Tak może być. A może być, że już ci wybaczam, tylko więcej mi tak nie rób. A przy kolejnej sytuacji będzie dokładnie to samo. Ze starożytności pochodzi sentencja, że nic co ludzkie nie jest mi obce i jeżeli ktoś naprawdę filozoficznie wyznaje tę zasadę, to właściwie wybacza wszystko: zbrodnie, krzywdę, cierpienie - i nawet nie musi się z takim krzywdzicielem rozstawać.

Ten pierwszy przykład, który pani podała, że przebaczam ci, ale nie chcę cię widzieć - wydaje mi się, że nie jest do końca przebaczeniem. Bo czy przebaczę, czy nie - nie chcę widzieć tej osoby, tracę ją, więc wychodzi na to samo.

- Nie, ponieważ przebaczenie to nie jest kwestia sprawcy, tylko moja sprawa. Robię to dlatego, żeby mieć w swojej duszy spokój. I ten spokój osiągam dzięki temu, że albo zrozumiem, albo uwierzę w niezdolność tej osoby do niepopełnienia jakiegoś czynu - bo na przykład miała takie wychowanie, albo takie przekonania, albo była lekkomyślna czy miała szaloną nadzieję, że to co zrobi, nie będzie czymś złym. A nigdy nie uzgodniliśmy wcześniej, że w tej dziedzinie bardzo się różnimy.

- To dotyczy na przykład zdrady. On zdradza, bo zdradzają jego koledzy, bo jego tatuś miał jakieś panienki. Widział jako dziecko, że ojciec romansował, mama o tym wiedziała, żyli sobie dalej. I on ma teraz swoją kobietę i przy pierwszej czy drugiej okazji zainteresuje się jakimś flirtem i pójdzie dalej. A trafił na kobietę, dla której nie do pomyślenia jest, żeby dzielić mężczyznę z inną.

- Wtedy ona mówi: "Dobrze, ty taki sobie bądź, moja pomyłka, nie wiedziałam, że to nas różni. Idź sobie. I następnym razem ten mężczyzna będzie szukał kogoś, z kim uzgodni inny model związku". Chociaż też może się pomylić, bo uzgadnianie odbywa się pod wpływem emocji i wtedy wszystko się obiecuje, natomiast wcale nie jest powiedziane, że potem życie nie popchnie nas w inną stronę.

- Można wybaczyć, nie mieć urazy, ale się czegoś z tego nauczyć.

Czy nie jest tak, że niektórzy z nas przyciągają osoby o problematycznym charakterze? Mają zbyt miękkie serce, żeby tupnąć nogą i postawić granice przed takim wampirem energetycznym.

- Oczywiście. Niektórzy z nas nie mają pewnych umiejętności, które są nie tylko przydatne, ale konieczne, żeby budować zdrowe, dobre, korzystne, trwałe i spokojne relacje.

Dlaczego tak się dzieje?

- Ktoś może nie mieć takich umiejętności, bo nie miał okazji ich nabyć, bo ma mało doświadczeń, a więc jest bardzo młody. Wszyscy młodzi nie mają doświadczeń. Oni dopiero zaczynają życie i to życie będzie dla nich uniwersytetem. Niektórzy uczą się szybciej, niektórzy wolniej. Niektórzy w ogóle mają słabą zdolność przyswajania, bo uczyć się też trzeba się nauczyć, trzeba posiadać motywację, gotowość i odwagę. Zaczynam się uczyć, gdy uwierzę, że mogę to zrobić.

- To odnosi się i do spraw życiowych, i do robienia magisterium z antropologii. Część ludzi po prostu nie może przewidzieć różnych okoliczności zdarzeń, nie umie ich rozpoznawać i dopiero pierwsze, drugie, trzecie, piąte doświadczenie sprawi, że nabędą wiedzę. Zaczyna się to od żłobka, przedszkola, szkoły. Zbieramy doświadczenia i się czegoś uczymy. Uczymy się też o sobie tego, że pewnych rzeczy nie znosimy. Bo skąd mam wiedzieć, czego nie znoszę, dopóki czegoś nie doświadczę?

- Czasami oczywiście wiedza na ten temat, czy jakaś świadomość tego, czego nie znoszę, pochodzi z przekazów. Jeżeli w moim domu duży wpływ miała na mnie osoba, która ma wysoki poziom lęku, nieufności, bo się już sama przekonała, że boli, jak się zawiedzie, to ona mi to bardzo wcześnie może wpoić. Na przykład: nikomu nie wierz, nikomu nie mów nic o sobie, nie wychodź wieczorami. Mogą to być uprzedzenia oparte na różnych kryteriach. Tymczasem ja jeszcze sama nie nabrałam doświadczenia, ale już to wchłaniam. Potem obnoszę się z tym przez życie i czasami się przekonam, że babcia czy tatuś nie mieli racji. Bo wcale nie jest prawdą, że wszystkie kobiety na pewno będą mi zazdrościć, będą mnie tępić i obgadywać. Tymczasem to przeświadczenie mogłam nabyć, zanim jeszcze się przekonałam. Bywa, że zajmuje nam trochę czasu, nim zobaczymy, że wmawiali nam straszne bzdury.

Niektóre z tych przekazów miały rację bytu, bo była wojna, potem komunizm, inna sytuacja i rzeczywistość historyczna. "Nie ufaj obcym" miało swoje uzasadnienie. Teraz jest inaczej. 

- Powody każdy ma, oczywiście, ale nie jesteś amebą, która reaguje odruchami. Owszem, mama mówi, że nie można zaufać żadnemu mężczyźnie i nie można nigdy szczerze mówić o sobie i o swoich pragnieniach, potrzebach czy obawach, ale mama miała takich partnerów, którzy ją tego nauczyli. A ty rozglądasz się i widzisz fajnego Zenka, Wacka czy Krzyśka i okazuje się, że to jest twoje ryzyko, że możesz mu szczerze powiedzieć, czego się boisz, albo na czym ci najbardziej zależy. Na przykład słyszysz zdanie: "Nigdy nie mów, że ci się ktoś podoba, bo to cię od razu uplasuje w roli jakiejś lafiryndy". A ty sobie myślisz: dobra, mama miała tak, bo to były inne czasy.

- Tymczasem mogę powiedzieć: "Wiesz co, pójdę z tobą do kina, a potem się może znowu umówimy, tak jak proponujesz, ale mnie zależy na trwałym związku". I jak on da dyla, to ty już wiesz, że to nie był ten pan. Idziesz dalej i każdemu następnemu już nawet nie przy piątym spotkaniu, tylko za pierwszym razem mówisz: "Wiesz co, jestem zainteresowana znalezieniem kogoś, kto lubi dzieci. Bo chciałabym bardzo myśleć o rodzinie, jak mam 22 lata". I trafisz na kogoś, kto powie: "O jak super, bo ja też" - i zaczniecie się porozumiewać. I te stare przekazy, że czegoś nie wolno, nie sprawdzą się.

- Wszystko trzeba poddawać wątpliwości, nie mówię kwestionować, ale sprawdzić warto. Sprawdzić wszystko. Jak ksiądz mówi, też warto to sprawdzić. Bo tak naprawdę na tym polega mądrość życiowa i doświadczenie, że ja dowiem się sama, a nie będę amebą, która jest przerzucana z miejsca w miejsce. Bo dzisiaj mi ktoś mówi to, ale jutro mi ktoś powie co innego. I co wtedy?

Wydaje mi się, że żeby myśleć w ten sposób trzeba być dorosłym.

- Można mieć trzynaście lat i nauczyć się tego, że trzeba myśleć. I jak się ma dzieci to dobrze jest, żeby je zapytać: jak jest dzisiaj zimno, to sądzisz, że warto się ciepło ubrać czy nie? Po prostu, niech dziecko samo pomyśli, niech wyjrzy na balkon, albo otworzy okno i zobaczy. Niestety, to wymaga czasu, rozmowy, przekonywania, objaśnienia. A ludzie, którzy ze sobą żyją, niekoniecznie rodzice i dzieci, tylko na przykład małżonkowie, przyjaciele, znajomi, szefowie w pracy - idą drogą, która nie angażuje myślenia. Dlatego moje książki mają taki wymiar, w którym jest nadrabianie deficytów wynikających z pewnych tradycyjnych przekonań. Bo nowoczesność czy ponowoczesność jest już oparta na poszukiwaniach, a nie chodzeniu po utartej ścieżce.

Pisze pani, że Amerykanie uczą dzieci już w przedszkolu, że "nie" jest skończonym zdaniem. Myślę, że gdyby rodzice w ten sposób wychowywali dzieci, te gdy dorosną potrafiłyby postawić granice.

- Na przykład. Chociaż piszę też, że jak komuś odmawiasz, to empatycznie jest pomyśleć, że ta osoba nie przyjmie tego w sposób obiektywny, tylko przyjmie to subiektywnie. Ponieważ mówię "nie", to zrobi ci się przykro, że to "nie" dotyczy ciebie, a nie tego dania, którego nie jem. W związku z tym, żeby tobie było mniej przykro i żeby "nie" było przyjaźniejsze mówię: "Na pewno jest smaczne, ale nie, dziękuję".

- Są sposoby, żeby "nie" nie było obcesowe, żeby nie było szorstkie i zimne. Czasami nawet samo "nie" wypowiedziane z uśmiechem, albo gestem, od razu sprawę wyjaśnia, przy czym trzeba to "nie" nie tylko umieć wyrazić, ale trzeba też je umieć przyjąć.

- To jest druga strona medalu i też świadczy o pewnych cechach. W książce są również opisane osoby narcystyczne, czy obrażalskie, albo malkontenckie, które wszystko przepuszczają przez filtr swojego poczucia wartości, a mają kompletnie źle ulokowane to poczucie - wokół swojej osoby, a nie wartości. I dlatego każda odmowa, każde nie zgodzenie się, albo nie spełnienie czyjegoś życzenia dla nich natychmiast jest katastrofą.

I atakiem. 

- I wtedy oczywiście przychodzą różne środki zaradcze, czasami nawet w formie agresji. 

Myśli pani, że po lekturze książki odkryjemy, że jesteśmy jednym z tych typów osobowości i zaczniemy nad sobą pracować, by innym żyło się z nami lepiej? Czy może zdiagnozujemy wszystkich wokół nas, tylko nie siebie, w myśl zasady, że w oku bliźniego widzisz źdźbło, a w swoim belki nie widzisz?

- Jedno drugiego nie wyklucza. Trochę zależy od tego, jak tę książkę ktoś czyta, a poza tym, jaką jest osobą i po co ją czyta. Przypuszczam, że po taką książkę - już po pierwszym spojrzeniu na spis rozdziałów - nie sięgnie osoba, której sprawy charakterologiczne, osobowościowe i związane z relacjami między ludźmi w ogóle nie interesują. Natomiast jeżeli już kogoś zainteresuje temat, to nawet jeżeli celem będzie lepsze rozeznanie, lepsze szkło powiększające w odniesieniu do swoich bliźnich - to nic złego.

- Nie jest powiedziane, że muszę się zajmować sprawami, które dotyczą tylko mnie. Mogę się dowiedzieć, że są osoby, które zachowują się w dany sposób i jeszcze znajdę uzasadnienie, dlaczego tak robią. Niektórym osobom sprawiają trudności jakieś sprawy, bo się czegoś nie nauczyły i wspaniale, jeśli dzięki książce poszerzą swoją wiedzę o świecie.

- O sobie mogę nie pomyśleć ani razu. Ale jeżeli pomyślę w ten sposób o kimś innym, albo zauważę, że moje dziecko ma pewne zadatki - mogę mieć na to wpływ. Z tej książki wynika dosyć jasno, które przywary, czy defekty są uciążliwe i trudne, i dlaczego tak jest. Dzięki temu mogę dużo łatwiej znaleźć sposoby oddziaływania, bądź przekonywania czy zwrócenia uwagi tak, że w sumie wyjdzie to na dobre. Dla mnie pośrednio też, ponieważ ja jako osoba pozostająca w relacjach z różnymi zaburzonymi bliźnimi, będę mniej dotknięta tymi przywarami, bo lepiej je zrozumiem, albo będę umiała niektórym zapobiec. I w książce są przykłady, które pokazują, że relacje zależą w dużej mierze od nas. 

Rozumem, że jeżeli chcemy zmiany w relacjach z innymi, musimy zacząć od siebie. Jeżeli jednak ktoś ewidentnie zalazł nam za skórę, możemy pozwolić sobie na to, żeby wręczyć mu rozdział książki i powiedzieć: "Masz, to o tobie"? -

- Najwyżej nie przeczyta.

Czy nie przyniesie to odwrotnego skutku i nie będzie gorzej?

- Przekona się pani sama. Z jedną osobą może być gorzej, ale z inną osobą może być lepiej. Nie ma na to gotowej odpowiedzi. Zależy jeszcze, jak pani jej ten rozdział da. Jeżeli da go pani w formie reprymendy, albo wyrzutu, nie macie życzliwych relacji i ona podejrzewa, że pani ma jej już dosyć, to cokolwiek pani zrobi i będzie to miły gest, ona odbierze go jako wyrzut.

- Trzeba się zastanowić, jak to przedstawić osobie, która antagonizuje, budzi niechęć, jest nielubiana, dokuczliwa. Czy każdemu odmawia racji? Czy może wpycha się na pierwszy plan? A może każdego o coś obwinia? Bo wampir wampirowi nierówny.

- Zawsze zaznaczam: pomyśl o sobie, że ktoś do ciebie zwracałaby się z podobną uwagą. Jeżeli możesz przewidzieć, że wzbudzi to poczucie lęku, to trzeba się zastanowić, jak ten lęk zmniejszyć.

A jak zmniejszyć?

- Jednym z najlepszych sposobów jest zapytać: "Słuchaj, czy mogę ci coś powiedzieć? Nie będzie to dla ciebie miłe, ale wierz mi, że strasznie mi na tobie zależy. Nie musi być teraz, ale kiedyś, gdy będziesz miała czas". I ta koleżanka może nigdy do pani nie przyjść, bo nie jest gotowa. Ale może sama pomyśleć, co ta Monika chciała mi powiedzieć? Może wiem, bo ostatnio ktoś przeze mnie płakał. Samo pytanie "czy mogę?" już tę osobę - jeżeli jest czująca i myśląca - postawi w sytuacji, w której zacznie się zastanawiać.

- I czasami sama dojdzie do tego, co chcesz jej powiedzieć. A czasami ostro powie: "Nie, nie odkładajmy tego, o co ci chodzi?". Wtedy pani wie, słysząc osty ton, że to jest wysoki poziom lęku. Zrobi pani wszystko, żeby powiedzieć jej to w jak najbardziej miły sposób. Na przykład: "Ja czasami zauważam, że też tak robię i wiem, że potem zawsze zbieram burzę". Po prostu pani z nią współpracuje, przekonuje, że robi to dla niej. I na koniec: "To zostanie między nami. Zależy mi, bo cię bardzo lubię". Taka osoba może to połknąć, zatrzasnąć się i odizolować, mieć żal i nie lubić, i się mścić. Może. Bo ma problemy z poczuciem własnej wartości.

To znaczy?

- Nasze poczucie wartości zależy od tego, jakie zwroty dostajemy od innych. Ale powinniśmy umieć rozróżniać, czy dostajemy zwroty takie, które mogą nam posłużyć do doskonalenia, czy mogą nas zdołować. Bardzo często ktoś coś mówi nam w dobrzej wierze. Na przykład koleżanka mówi: "Ty za dużo pijesz. Boję się o ciebie" - to ja z nią zrywam. Moje poczucie wartości jest kabotyńskie, wynika z uzależnienia.

To jak mam pomóc koleżance?

- Pani chce ją uratować, a ona to interpretuje, że pani chce ją zdołować. Ludzie mają swoje drogi, swoje trajektorie i na siłę się nic nie zrobi. Ale tej samej osobie mogłaby pani powiedzieć: "Słuchaj, jest coś, co mnie strasznie martwi. Chciałabyś pogadać o tym?" I czeka pani. I jak koleżanka pani mówi, że ma jakieś problemy, to pani odpowie: "Widzę, że dzieje się coś złego. Może byś pogadała z jakimś psychologiem?". I nie ma słowa o alkoholu. Wtedy ona przyjmuje, że pani się o nią martwi i troszczy.

- Kiedy mówi, że jej ciężko, bo ma starych rodziców, syn nie zdał do następnej klasy, mąż ma jakąś kobietę, to pani mówi, że jeśli chce, to kogoś znajdziemy, żeby jej pomógł. Przy piątej rozmowie można powiedzieć, gdzieś miedzy wierszami: rozumiem, że dlatego to "lekarstwo" jest ci potrzebne, bo przestajesz myśleć. Ale to jest niebezpieczne i ryzykowne, bo nie ma takiego problemu, który nie będzie gorszy, jak nie będziesz trzeźwa.

- I tu dochodzimy jeszcze raz do tego samego: czas. Jak się ma czas, to można pomyśleć, jaka ona jest, czego nie lubi, co ją zdenerwuje, albo co przyjmie, jaki jest jej słaby punkt. Nie naciskaj słabych punktów, bo to boli.

Wydaje mi się, że ludzie nie chcą się zmieniać. Z czego to wynika? Czy praca nad sobą jest aż tak ciężka? 

- Nie. Ani praca nad sobą nie jest ciężka, ani to nie jest prawdą, że ludzie nie chcą się zmieniać. Wielu ludzi jest przekonanych, że się zmieniać nie musi i to znowu jest związane z poczuciem wartości. Jestem coś warta, jak jestem bez wad - uważają. I jak ktoś mi mówi, że coś robię źle, nie słucham go, bo burzy mi to mój własny wizerunek, który chcę, żeby był idealny.

I dlatego nie chcę się zmieniać, bo jestem taka idealna?

- Ponieważ ktoś, gdzieś, kiedyś nam wmówił, albo rozpowszechniło się przekonanie, że osoba, która zmienia swoje zachowania, poglądy, przekonania, stosunek do kogoś, czegoś się uczy, czegoś się dowiaduje, nad sobą pracuje, że to jest osoba, która swoim postępowaniem daje dowód na to, że posiada wady. A za ideał uchodzi ktoś, kto nie ma wad, czyli kompletnie nierealistyczny obraz.

- To są osoby, które mają swoje powiedzonka, jak choćby: "nie będziesz mi mówić". Na przykład matka tak mówi do dziecka: "Nie będziesz mi mówić! Do kogo ty się odzywasz?" Jak coś takiego nas spotyka, to przyjmujemy, że to jest wzorzec i uczymy się tego samego. Uważamy, że jak ktoś nam zwróci uwagę, to godzi to w nas. Myślimy, że chce nam coś zabrać, a on chce nam coś dać. Nieumiejętność rozróżnienia tego wynika z pewnej mentalności.

- Niestety my w Polsce mamy bardzo rozpowszechnioną skończoną wizję samych siebie. I czy osoby mają 15 lat, czy 75 - metryka nie ma znaczenia - odmawiają tego daru. Nie chcą się zmieniać, uczyć, bo uważają, że to w nie godzi. Jak miałabym gotować rosół inaczej, to znaczy, że nie umiem gotować rosołu! A jak ktoś podważa moją umiejętność gotowania rosołu, to ja jestem do niczego, jestem nikim. I jak on śmie mi coś takiego mówić!? Mamy strasznie wysoki poziom lęku przed zwróceniem uwagi, przed skorygowaniem.

Dlaczego?

- Bo się tego nie uczymy, bo szkoła jest taka, takie są rodzimy, myślę, że też w dużej mierze Kościół taki jest. Czyli systemy, które funkcjonują jako filary naszej mentalności, nie dopuszczają przez jakąkolwiek próbę, że może być inaczej. To już jest zastrzeżenie do ciebie jako do osoby, zwłaszcza, że w naszym języku i w naszym dyskursie osobistym nawet szlachetne pobudki są ubierane w takie słowa, że z góry skazane są na odtrącenie. Na przykład: "zezłościłaś mnie dzisiaj". Nie to, że zabrałaś samochód bez uprzedzenia, tylko "ty" mnie zezłościłaś. Matka gniewa się na dziecko i mówi: "Jesteś taki leń! Co z ciebie wyrośnie!". "Ty" jesteś jakiś - nie chce się tego słyszeć. Nie mówimy o zachowaniu, tylko o osobie.

Pisała pani też o tym w rozdziale dotyczącym kłótni.

- Właśnie. Trzeba nauczyć się zwracać uwagę w taki sposób, żeby nie odpychać, tylko żeby przyciągać - chcę ci dać coś dobrego. Na przykład: "Chcę ci powiedzieć, że gdybyś dodała do tej pieczeni rozmaryn, byłaby lepsza. Zrobiłaś to fantastycznie, ale spróbuj rozmaryn". Ludzie uczą się tego na warsztatach, młodzież jeździ na różne szkolenia, kursy asertywności i komunikacji.

Z książki "Ludzie, ludzie" wynika, że każdego z nas da się sprowadzić do jednej dominującej cechy. Czy naprawdę jesteśmy tak mało skomplikowani? 

- Nie, jesteśmy bardzo skomplikowani. Jeżeli jest jedna, dominująca cecha, to nawet w tym zdaniu słyszy pani, że mamy dużo innych cech, które nie są takie dominujące.

- Skomplikowanie polega na tym, że człowiek jest bardzo wielowymiarowy, z jakimś akcentem, który ma negatywny wpływ na relacje - tylko to. Wydobywałam pojedyncze cechy, do których czasami przykleja się kilka innych, bo są ze sobą powiązane, ale to nie znaczy, że dana osoba ma aspekt tylko negatywny.

- W książce podaję przykład takiego człowieka - ta sama osoba, która jest kłamczuchem, jest bajeczną i cudowną osobą, pod warunkiem, że przestanie się ją oceniać w kategoriach moralnych, zwłaszcza, że ten przypadek nie rzutował na poczucie bezpieczeństwa, dobrostan, czy uczciwość. Człowiek ten był mitomanem, jakby nigdy nie dorósł, bo wszystkie dzieci mają głowę pełną fantazji. Jemu tak zostało i nikomu to potem nie przeszkadzało. Tak samo osoby obrażalskie. Ktoś jest obrażalski, bo się tak nauczył, bo wydaje mu się, że jak nie jest pępkiem wszechświata, to już nie może sobie z tym poradzić.

- Czasami łagodzi się jakąś cechę właśnie przez to, że umiejętnie się o niej powie, że ktoś sam zobaczy. Jakby zerknął w lusterko: może wcale nie jest mi z tym do twarzy, to po co się tak upieram?  

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Dowiedz się więcej na temat: wychowanie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje