Reklama

Reklama

Obraźliwe wpisy o synu...

Do dużego wojewódzkiego miasta przenieśliśmy się z małej miejscowości rok temu – opowiada Anita. Jest energiczna i zdecydowana, ale kiedy opowiada o synu, głos jej się łamie. – Kacper nie obawiał się nowego środowiska. W starej szkole był lubiany, miał mnóstwo kolegów. A tutaj już pierwszego dnia dzieci nazwały go „wieśniakiem”. Nie chciał nas martwić, więc się nie skarżył. Gdy spytałam go, jak mu się podoba w nowej klasie, westchnął: „Masakra”, ale nie drążyłam tematu. Uznałam, że trzeba dać mu trochę czasu na oswojenie się z otoczeniem.

Wkrótce doszło do błahego, wydawałoby się, konfliktu Kacpra z Tomkiem, kolegą ze szkoły. – Chłopcy przepychali się w szatni – opowiada Anita. – W pewnej chwili Tomek dostał krwotoku z nosa. Stwierdził, że uderzył go mój syn i zażądał przeprosin. Ale Kacper stał daleko i nie brał udziału w bójce, więc powiedział, że nie będzie nikogo za nic przepraszał.

Reklama

Wydawało się, że sprawa rozejdzie się po kościach, bo przez kilka dni był spokój. W każdym razie po tygodniu Kacper dostał wulgarny SMS z ukrytego numeru. Zlekceważył go, ale tego samego dnia przyszedł jeszcze kolejny. I wieczorem kolejny z obelgami, które nie nadają się do cytowania. Syn był przestraszony, ale mąż wyjaśnił mu, żeby się nie przejmował, bo pewnie chodzi tylko o to, żeby wytrącić go z równowagi. Niestety, to był dopiero początek.

W jakiś czas potem Tomek z innym uczniem napadli na Kacpra w łazience i siłą zdarli z niego bluzę. Jego nagie do pasa zdjęcie wrzucili na Facebooka z ordynarnym podpisem. Syn się nam do tego incydentu nie przyznał.

Ale w nocy obudził mnie płacz. Zakradłam się po cichu do jego pokoju. Na ekranie laptopa miał to nieszczęsne zdjęcie. Komentarze pod nim były równie niewybredne co podpis. Zgłosiliśmy je do usunięcia, ale zanim to nastąpiło, obejrzało je chyba całe miasto. Ten incydent podsunął Tomkowi pomysł do nowej zabawy.

Codziennie na Facebooku ukazywał się wpis ośmieszający Kacpra. Syn zaczął być wytykany palcami w szkole i na podwórku. Przeżywał to strasznie, zaczął obgryzać paznokcie do krwi, nie mógł spać. Każdego dnia zastanawiał się, co tym razem przeczyta o sobie.

Raz powiedział, że już nigdy nie wyjdzie z domu, bo wszyscy się śmieją, że jest wiejskim przygłupem. Błagał jednak mojego męża, żeby nie robił żadnej afery, bo będzie tylko gorzej. Ale przecież nie mogliśmy patrzeć na to, co się dzieje, z założonymi rękami!

Poszliśmy do dyrektorki gimnazjum, która wysłuchała nas i obiecała pomóc. Mąż dotarł też do rodziców Tomka, lecz nie dało się z nimi dojść do porozumienia.

Całkowicie zlekceważyli problem. Powiedzieli, że to typowe wojny nastolatków, a my jesteśmy przewrażliwieni. Znajoma poradziła nam zgłosić nękanie na komisariacie, bo syn wciąż dostawał obraźliwe SMS-y. Policjanci przyrzekli, że przyjrzą się tej sprawie.

Jak na razie czuję się bezradna, ale robię, co mogę, by Kacper wiedział, że zawsze może na nas liczyć. Na razie skasował swój profil na Facebooku i stare konto e-mailowe.

Zmieniłam mu też numer telefonu i staram się spędzać z nim dużo czasu. Rozmawiamy także o tym, co się stało, ale nie umiem mu wyjaśnić, czemu ludzie lubią krzywdzić innych. I to zupełnie bez powodu.

Ciche przyzwolenie na okrucieństwo

Nową formą nękania jest dziś straszenie, szantażowanie lub ośmieszanie w internecie. Psychologowie podkreślają, że to jeden z najbardziej przerażających rodzajów prześladowania. Bo nie da się przed nim w żaden sposób uciec jak przed zabijaką na podwórku.

W dodatku świadkami upokorzenia ofiary nie jest tylko garstka kolegów, ale nieograniczona liczba osób. Przedtem mobbing miał swój kres, kiedy dziecko kończyło szkołę albo zmieniało adres. Dziś dystans geograficzny niczego nie kończy. Sprawcy cyberprzemocy czują się też bardziej bezkarni, bo schowanie się za monitorem zapewnia im komfort i anonimowość. Wielu z nich nie miałoby odwagi rzucić komuś w twarz obelg, którymi beztrosko szafują w sieci.

Na świecie już co trzeci nastolatek był napastowany agresywnymi SMS-ami, e-mailami i wpisami w mediach społecznościowych. W Europie to jest już 30 proc. i ta liczba z każdym rokiem rośnie.

Co jakiś czas w mediach opisywane są dramatyczne historie młodych ludzi, którzy nie wytrzymali sieciowej nagonki i odebrali sobie życie. Choć podobne zdarzenia bulwersują i wywołują protesty, to badania pokazują, że wciąż mamy większą tolerancję dla tego typu przestępstw niż dla przemocy fizycznej.

Niewłaściwe zachowania w internecie są dla użytkowników chlebem powszednim. Oswajamy się z nimi codziennie, śledząc obraźliwe komentarze na różnego rodzaju forach. Zjawisko „hejtingu”, czyli siania nienawiści w sieci, dzięki której ludzie rozładowują swoją frustrację, kwitujemy co najwyżej wzruszeniem ramion.

Nasz kraj przoduje w tych niechlubnych praktykach, a wulgarne wpisy rzadko są usuwane przez moderatorów. Ciche przyzwolenie na okrucieństwo obraca się przeciwko nam wszystkim.

Jedynie 26 proc. uczniów nie doświadczyło nigdy przemocy słownej ani fizycznej. 9 proc. jest regularnie gnębionych w szkole.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje