Reklama

Reklama

Samochód-pułapka

W samych Stanach Zjednoczonych co dziesięć dni umiera jedno dziecko pozostawione w samochodzie. Rodzicom wydaje się, że nic się nie stanie, w końcu załatwienie sprawunków potrwa tylko chwilę. Tymczasem minuty w gorącym wnętrzu to prawdziwa gehenna.

Zamykanie dzieci w aucie to pomysł z piekła rodem, bez względu na to, czy lekkomyślni rodzice robią to po to, by maluchy ukarać, czy móc spokojnie zrobić zakupy. 19-latka z Teksasu uwięziła w samochodzie córeczki, aby beztrosko poimprezować ze znajomymi. Finał historii jest tragiczny.
Amanda Hawkins usłyszała zarzuty pozostawienia dzieci bez opieki i narażenia ich życia. 

Reklama

Dwie dziewczynki - roczna Brynn i dwuletnia Addyson zmarły po tym, jak spędziły 15 godzin bez jedzenia i picia w nagrzanym pojeździe. Dzieci płakały i krzyczały tak, że usłyszeli je mieszkańcy okolicznych domów. Sąsiedzi mieli przekonywać ich matkę, by zabrała maluchy do domu, niestety bezskutecznie. Podczas feralnej imprezy w samochodzie nocował też 16-letni przyjaciel Amandy. Mimo że widział, co się dzieje, nie podjął żadnych działań i przespawszy się beztrosko opuścił auto zostawiając tam dziewczynki. Mógł pomóc dzieciom, nie zrobił tego. W tym czasie temperatura powietrza wahała się od 22 do 32 stopni. Strach pomyśleć, jak gorąco musiało być w szczelnie zamkniętym pojeździe.

Po przyjęciu nastolatka przypomniała sobie o córkach. Znalazła je nieprzytomne. Przewidując kłopoty starała się odwrócić od siebie podejrzenia - wykąpała i przebrała małe, po czym zawiozła je do szpitala, gdzie próbowała przekonać personel, że dzieci źle się poczuły podczas zabawy w parku. Lekarzom nie udało się ich uratować.

Wszystkie historie zakończone śmiercią w rozgrzanym wnętrzu samochodu chwytają za gardło, ale opinię publiczną szczególnie poruszył przypadek 2-letniej Zariah Hasheme.

Jej rodzice latami bezskutecznie starali się o dziecko - matka, Demi Petrowski, sześć razy poroniła. Gdy w końcu udało jej sie donosić ciążę i w wieku 39 lat urodzić upragnioną córeczkę, oboje z mężem nie posiadali się ze szczęścia. Zwłaszcza że stało się to wtedy, gdy już się poddali i postanowili zaniechać kolejnych prób.

Dziecko było oczkiem w głowie obojga. W codziennych obowiązkach parę wspierała niania, doświadczona 41-latka, która pracowała też w żłobku. I to ona, nieumyślnie doprowadziła do śmierci dziewczynki.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje