Reklama

Reklama

Wolność dziecka to nie swawola

Poszanowanie dla potrzeb dziecka, jego indywidualności, wnikliwa obserwacja, rozwój we wszystkich sferach życia, to coś, do czego namawiają współcześni psycholodzy. Maria Montessori wymyśliła metodę opartą na tych właśnie zasadach. Aż trudno uwierzyć, że zrobiła to ponad 100 lat temu.

Monika Szubrycht: Przeciętnemu rodzicowi pedagogika Montessori kojarzy się z drewnianymi zabawkami. A z czym powinna się kojarzyć?

Dr Agnieszka Guzik: - Rodzice często mówią: "Tak, tak, my wiemy na czym to polega, tam jest dużo takich zabawek, które dzieci wykorzystują na lekcjach". Wtedy zawsze mówię, że są pomoce dydaktyczne i dzieci na nich pracują. To jest naprawdę ciężka praca i w dużej mierze oparta na nauce samodzielności, odpowiedzialności za siebie i za innych.

- Podejście indywidualne też jest ważne. Dzieci pracują samodzielnie. Każdy w danym momencie korzysta z wybranej przez siebie pomocy, w wybranym przez siebie miejscu i czasie, oczywiście w granicach umowy nieprzeszkadzania sobie nawzajem. Nauczyciel może podejść do dziecka wtedy, kiedy dziecko potrzebuje jego pomocy.

Reklama

- Zindywidualizowanie polega na tym, że nauczyciele pracują z dzieckiem, które wymaga wsparcia, nie narzucamy się uczniowi, który sam sobie świetnie poradzi.

- Dla mnie w pedagogice Montessori ważne jest to, że dzieci uczą się planować sobie dzień i swoją pracę. Dziecko przychodzi do szkoły i musi zastanowić się: "Co ja dzisiaj będę robił?". Nauczyciel nie powie: "Otwórzcie książki na stronie 5. i rozwiązujcie ćwiczenie 6.".

Wybór zajęć, o których decyduje dziecko potrafię zrozumieć na etapie przedszkolnym. Natomiast bardzo trudno mi sobie wyobrazić, jak jest później, w szkole. Przecież mamy programy nauczania. Jak to wygląda w rzeczywistości, gdy dziecko chodzi do szkoły Montessori i musi zrealizować program?

- Bardzo częste pytanie rodziców to: "Czy państwo realizujecie program?". My przede wszystkim realizujemy podstawę programową, czyli to, co jest obowiązujące we wszystkich szkołach, ale metodą Montessori. To co w tradycyjnej szkole robi się za pomocą podręcznika, u nas dzieje się za pomocą tych wszystkich pomocy dydaktycznych, które wymyśliła Maria Montessori.

- Nie jest tak, że dzieci wybierają sobie zupełnie w sposób swobodny z czym pracują, ponieważ w starszych klasach realizują już materiał tematyczny z podziałem na przedmioty. Tych przedmiotów dochodzi więcej niż w nauczaniu początkowym.

- Mamy księgę rozwoju dziecka, dzięki naszym przyjaciołom z Niemiec, którzy pokazali nam swój pomysł pracy z dziećmi. To jest gruba książka, która pomaga przyporządkować pomoce dydaktyczne do podstawy programowej. Nauczyciel pod koniec roku ocenia z uczniem, co zostało zrealizowane i za pomocą jakich rzeczy. Kontrola realizacji tego materiału odbywa się sukcesywnie, ale szczególnie podsumowanie ma na końcu danego roku.

- Owszem, podąża się za dzieckiem, ale też trzeba mieć świadomość, że pewne umiejętności muszą być przez dziecko opanowane. Nauczyciel musi w danym momencie zobaczyć, czy to, co robi dziecko, albo czego nie robi, wynika z jego indywidualnego tempa rozwoju, czy z jakichś zaburzeń.

Powiedziała pani podczas wykładu poświęconego tej metodzie, że: "Trawy nie można ciągnąć, żeby rosła szybciej". Pracowałam kilka lat z dziećmi z uszkodzeniami mózgu i w tym momencie czuję duży dysonans poznawczy, bo dla mnie jako neurologopedy, wczesna interwencja była najważniejsza. Ciągnęłam trawę do góry z całych sił, żeby takie dzieci mogły dogonić rówieśników. 

- Zgadzam się. Myślę, że to, z czym dzieci się stykają w szkole Montessori - duża baza materiałów i wielozmysłowe poznawanie świata, w naturalny sposób już jest terapią. Montessori pracowała z dziećmi upośledzonymi umysłowo i to co wymyśliła było właśnie dla tych nich. Stwierdziła więc, że skoro one tak świetnie sobie radzą, to dopiero jak dobrze będą sobie radzić zdrowe dzieci.

- Jeżeli nauczyciel wykorzystując wszystkie możliwości i docierając do dziecka nie tylko poprzez wzrok czy słuch, ale również poprzez dotyk czy węch, rozbudza jego poznanie świata, to widzi, że coś jest niepokojące. Nie w kontekście innych dzieci, ale w kontekście pewnych prawidłowości rozwojowych.

- Montessori żyła w czasach, kiedy psychologia eksperymentalna, czy psychologia diagnostyczna dopiero się rozwijały. Wiele rzeczy więc przyjmowała intuicyjnie, a my to wszystko wiemy - mamy cały dorobek psychologii rozwojowej, neurolingwistykę i wszystkie inne nauki, z których możemy czerpać. To wcale nie zwalnia nas z odpowiedzialności za dziecko i patrzenia, na jakim etapie rozwoju jest i dlaczego na takim.

- Jeżeli widzę, że dziecko ma problem z analizą i syntezą, to pochylam się nad tym problemem. Mam takie narzędzia, mogę pracować z małą motoryką, bo dzieci mają materiały sensoryczne, które im na to pozwalają. Skupiam się na tym, żeby je mobilizować, ale jeżeli to nie pomaga, to muszę jako nauczyciel zastanowić się, czy dziecko nie potrzebuje głębszej diagnozy, czy nie trzeba interweniować w inny sposób, być może bardziej terapia powinna być bardziej intensywna i wieloaspektowa.

Kamień spadł mi z serca - wczesna interwencja nie jest zła.

- Tu nie chodzi o to, żeby nie interweniować, tylko żeby to robić mądrze. Nauczyciele Montessori po części są pedagogami specjalnymi. To, co robią wymaga znajomości pewnych trudności, które mogą się pojawić.

- Nasze doświadczenie jest coraz większe. Wiemy, że nie ma takiej samej miary do każdego dziecka. Jako nauczyciel mam możliwość pochylić się nad każdym dzieckiem indywidualnie i zobaczyć, co z nim się dzieje, nie tylko w klasie, ale również w jego środowisku. Być może ono funkcjonuje tak, bo np. z wywiadu z rodzicami wiem, że wcześniej chorowało i dlatego może być wolniejsze. Wszystko trzeba wziąć pod uwagę.

Z jednej strony podkreśla się, że każde dziecko jest inne i każde rozwija się w indywidualnym tempie. Z drugiej jednak strony mamy siatki centylowe, testy gotowości szkolnej, testy badające inteligencję. Wydaje mi się, że dziecko nie może przejść przez dzieciństwo bez oceniania, bez wtłaczania w jakieś ramy.

- Na pewno dziecko jest poddawane ocenianiu. Jest to trudne, bo ocenianie odbywa się nawet na poziomie rodzinnym, kiedy dwie mamy spotykają się w piaskownicy i porównują, oceniają swoje dzieci. Ale to o czym pani mówi, w kontekście oceny wystandaryzowanej - testów właśnie - to jest coś, co dzieci muszą poznać i być na to przygotowane. Jest to jeden z elementów życia.

- Kiedy dziecko czy dorosły ma się sprawdzić w konkursie, rozwiązać jakiś test, zupełnie inaczej do tego podchodzi, kiedy zna swoje możliwości i zna swoje dobre strony. Widzę to po dzieciach z naszej szkoły, które zupełnie nie działają w atmosferze rywalizacji. Dziecko myśli: "Jak mi to wyjdzie", a nie: "Czy jestem lepszy od mojego kolegi, czy koleżanki".

- Ważne jest, żeby mieć zdrowy stosunek do rywalizacji i do oceny. Żeby nie być niewolnikiem tego, że ktoś mnie ocenia, a ja buduję na tej podstawie swoje poczucie wartości.

Wyobrażam sobie, że dzieci w tej szkole są mocno "zaopiekowane", są w centrum, są ważne. Jak to jest później, kiedy po edukacji w duchu Montessori idą do zwykłej szkoły, albo gdzieś na studia.

- To, że są "zaopiekowane", wcale nie oznacza, że są niesamodzielne. Tutaj uczą się w dużej mierze samodzielności i takiego myślenia, i pracy, że dorosły jest tylko kimś, kto mnie wspiera.

- Jeżeli dzieci idą do innych szkół, gdzie to pochylenie się nad nimi jest mniejsze, umieją sobie z tym poradzić. Bo skoro są samodzielne, nie potrzebują takiego dużego wsparcia osób dorosłych. A jeżeli potrzebują wsparcia, potrafią o nie poprosić. - Myślę, że dzieci ze szkół Montessori mogą być trudne dla nauczyciela pod względem zadawania pytań.

Dzieci tak dużo wymagają od nauczyciela?

- To są dzieci, które w dużej mierze rozwijają się poprzez rozwijanie swoich pasji i zainteresowań, są nieszablonowe.

- Miałam studentkę, która kończyła szkołę Montessori w Lublinie. Pytaliśmy ją, jak sobie poradziła w gimnazjum, na studiach. Powiedziała, że najtrudniejsze dla niej było to, że musiała siedzieć w ławce i przepisywać z tablicy rzeczy, które pisał nauczyciel, a ona sama nie mogła ich poznać, zgłębić.

- Słyszałam też wypowiedź jednego ucznia, który poszedł do tradycyjnej szkoły: " No super, wreszcie odpoczywam. W końcu wszyscy mi mówią, co mam robić".

A jak jest odwrotnie? Kiedy dziecko chodzi do zwykłej szkoły, musi siedzieć w ławce i trafia tu?

- Łatwiej jest, kiedy dzieci są mniejsze. Gdy przychodzą na poziomie klas I-III, bardzo szybko wchodzą w system pracy, bo jest on naturalny dla dziecka. Jeżeli są po kilku latach edukacji tzw. tradycyjnej, zdarzało się, że przychodziły i były kompletnie zdezorientowane.

- Jeden z uczniów przesiedział cały dzień w szkolnej ławce, bo mówił, że skoro nie musi nic robić, to nie będzie nic robił. Była tylko jedna granica: "Możesz nic nie robić, ale nie możesz przeszkadzać innym". A ponieważ nie był w stanie nie przeszkadzać innym, to został posadzony w ustronnym miejscu, po czym obserwując co inne dzieci robią, na podstawie naturalnej interakcji z rówieśnikami, wszedł w pracę. Ale potrzebował okresu aklimatyzacji.

- Nie zdarzyło mi się, żeby któreś dziecko powiedziało, że mu się tutaj nie podoba. Wszystkie, nawet te, które przychodziły na czas próbny, były zachwycone nowym systemem. A przecież nie było to łatwe, bo musiały się przestawić.

W trakcie swojego wykładu mówiła pani dużo o szacunku do dziecka. Wydaje mi się, że rodzice często mylą szacunek do dziecka z brakiem granic.

- To prawda. Myślę, że trudno jest dorosłym w dzisiejszych czasach zrozumieć i uznać, że szanowanie dziecka wcale nie oznacza, że mu się na wszystko pozwala. Jest taki sposób myślenia, że dziecko stawia się na równi z dorosłymi i może ono decydować, dyskutować, polemizować z dorosłymi.

- Kiedy zapraszamy rodziców do współpracy, mówimy, że nasza metoda szczególnie wymaga akceptacji norm i zasad, które panują w szkole. Inaczej nie jesteśmy w stanie pracować. Jeżeli jest mocno zindywidualizowany system nauki, to musimy zwracać uwagę nie tylko na siebie, ale też na innych.

Dyscyplina niezmiennie jest ważnym elementem wychowania.

- Montessori dużo pisała o dyscyplinie. Mówiła, że jest ona drugą stroną medalu wolności. Wolność to nie swawola. My dorośli mamy pomagać dzieciom wyzwolić tę wewnętrzną dyscyplinę. Myślenie o tym, że ja nie pójdę i nie szturchnę kolegi, tylko dlatego, że pani na mnie nie patrzy i dostanę dwóję - tylko: nie zrobię tego, bo wiem, że to jest złe.

- Jest to bardzo trudna sztuka. A jeżeli chodzi o wyznaczanie granic, to myślę, że łatwiej jest je wyznaczać obcym dzieciom. Dlatego prościej będzie nauczycielom w szkole, bo ich kontakt emocjonalny jest bardziej zobiektywizowany. Trudniej rodzicom, zwłaszcza mamom, które są bardziej emocjonalne.

- Często patrzę, jak rodzic dziesięciokrotnie powtarza to samo polecenie do dziecka, a dziecko i tak robi swoje. I nie ma granic, nie ma konsekwencji tego, że coś powinno być zrobione, że mamy jakieś zasady. Jeżeli szanuję dziecko, to znaczy, że jestem za nie odpowiedzialna, muszę mu stworzyć poczucie bezpieczeństwa. A poczucie bezpieczeństwa to są granice.

- Bezstresowe wychowanie jest bez granic, a jego efekty już widać - jest nieskuteczne. Dochodzi do tego, że ludzie nie potrafią sobie poradzić w życiu, bo sami sobie nie potrafią postawić granic.  


Monika Szubrycht 


Sprawdź, dietę dziecka w szkole: Co dziecko powinno jeść, a czego nie?

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy