Reklama

Reklama

Dziewczyna gangstera

I już następnego dnia czekał na mnie przed blokiem z różowym rowerem. Prosto z Holandii! Nawet z zaczepką w komplecie, tylko wadliwą, bo jakby czymś przeciętą... Dziewczyny aż zzieleniały, gdy go zobaczyły. W ogóle wszyscy mi zazdrościli - i roweru, i faceta. Dostawałam od niego tyle rzeczy! Nawet złoty łańcuszek z zawieszką. Fakt, że wygrawerowane w środku inicjały nie były moje, ale może po prostu jubiler się pomylił...

Reklama

Zbysiu był cudowny. Kochany, opiekuńczy i nadziany. Taki facet z klasą i kasą, o jakim zawsze marzyłam. Poza tym bardzo zabawny, a ja cenię sobie poczucie humoru u mężczyzny. Miał takie różne śmieszne powiedzonka. Już następnego dnia po tym, jak się poznaliśmy, rzucił do mnie, że nieba mi przychyli, jeżeli ja uchylę spódniczkę. No to co miałam zrobić? "Co mi szkodzi?", pomyślałam. Pojechaliśmy tą jego furą na wycieczkę do lasu i uchylałam, ile wlezie. Aż się oboje zmęczyliśmy.

Od tamtej pory oficjalnie zostaliśmy parą, a miesiąc później już mieszkałam u Zbysia. Wolałam dmuchać na zimne i oznaczyć terytorium, zanim mi go sprzątnie sprzed nosa jakaś zazdrosna lasencja.

Matka strasznie się na mnie za to wściekła. Nie spodobało jej się, że rzuciłam szkołę. Ale przecież nie miałam na to czasu! Zostałam panią domu i musiałam dbać o swojego mężczyznę!

Zresztą, mama nigdy nie lubiła Zbyszka. Mówiła, że kręci jakieś podejrzane interesy i w końcu wpadnie. Ale co ona tam mogła wiedzieć? Jej się nigdy nic nie podobało. Fakt, czasem Zbyszek z kimś się poszarpał i chodził potem z podbitym okiem. Regularnie w nocy odwiedzali go też dziwni kolesie i znosili różne rzeczy. Radia, telefony, laptopy... Całe mieszkanie było tym zawalone. Nawet trochę się złościłam, bo wszędzie stały kartony ze sprzętem i prawie nie można było się ruszyć.

Żyło nam się razem wygodnie i zgodnie, a miłość kwitła...        

Aż do pewnej nocy, gdy niespodziewanie do drzwi Zbyszka zapukała policja. Właściwie "zapukała" to łagodnie powiedziane. Zwyczajnie wykopali drzwi i władowali się do środka. Nie pamiętam dokładnie, co się wtedy działo. Było dużo krzyku i szarpania. Policjanci wyciągnęli mnie z łóżka, zakuli w kajdanki i zapakowali do radiowozu razem ze Zbyszkiem. Narzeczony zapewniał, że to chwilowe kłopoty i zabronił mi cokolwiek mówić na komendzie.

Skoro kazał, to milczałam jak zaklęta, mimo że przez całą noc nieźle na mnie wrzeszczeli. Uspokoili się dopiero rano, gdy w areszcie odwiedziła mnie mama... z adwokatem.

- Pięknie się wpakowałaś! - krzyknęła na powitanie. - Ten twój ukochany Zbyszek to złodziej i paser! Należy do szajki sprowadzającej kradziony sprzęt z Niemiec. I właśnie w tej chwili próbuje wmówić funkcjonariuszom, że to było twoje mieszkanie i twój towar!

Nie wierzyłam, że mógłby mi to zrobić. A jednak! Zaczęłam mówić. Gdy policjanci skonfrontowali nasze zeznania, okazało się, że Zbyszek próbował zwalić całą winę na mnie! Oczywiście nikt w to nie uwierzył, bo jego historia kompletnie nie trzymała się kupy, ale serce połamał mi na drobne kawałeczki.

Pomogła matka. Wszystko odkręciła i ostatecznie nie postawiono mi żadnych zarzutów. Potem wysłała mnie do innego miasta, do ciotki, żebym "zmieniła towarzystwo". Nie wyszło mi to tak całkiem na złe... Zresztą nie miałam już życia na starej dzielni, bo nazywali mnie Księżniczką Przemytników. Ciotka nieźle mnie pilnowała, zmusiła do skończenia handlówki, zatrudniła w sklepie. Mam po dziurki w nosie gangsterów i teraz uczciwie pracuję na siebie.

 

Nikola Z., 23 lata

Dowiedz się więcej na temat: Z życia wzięte | gangsterzy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje