Reklama

Reklama

Niczego się już nie boję

Zostałam recepcjonistką w małym hotelu, co jeszcze parę miesięcy temu budziłoby moje przerażenie. Musiałam przecież kontaktować się z tyloma obcymi ludźmi! Na dodatek miałam dyżurować także w nocy. Była we mnie pewność, że nic złego nie może mnie spotkać. Przestałam obawiać się ludzi i tego, co sobie o mnie pomyślą. Nawet mój brat dostrzegł tę przemianę, gdy pewnego dnia poszliśmy na wspólne zakupy. W długiej kolejce do kasy zauważyłam, że kasjerka manipuluje produktami niektórych klientów. Gdy przyszła moja kolej, uważnie patrzyłam jej na ręce. Zobaczyłam, że podliczoną już paczkę papierosów próbuje ponownie przesunąć przed kasowym skanerem.

Reklama

- Co pani robi z tymi papierosami? - zapytałam podniesionym głosem.

Kasjerka udała zdziwienie.

- Jak to co? Doliczam je do rachunku - odparła bezczelnie.

- Ciekawe, ile razy pani to zrobi. Okrada pani klientów - powiedziałam twardo.

- To nie ujdzie pani płazem.

- Daj spokój, na pewno się pomyliła - uspokajał mnie brat, zażenowany całą sytuacją i tłumkiem gapiów, którzy przyglądali się tej sytuacji.

Kasjerka próbowała mnie przeprosić, ale wezwałam ochroniarza i zażądałam wyjaśnienia sprawy. Ze sklepu wyszłam z uczuciem triumfu. Kiedyś nigdy bym tego nie zrobiła. Ze wstydu byłabym gotowa zapłacić nawet potrójnie.

- Widzisz, przestałam być w końcu cichą myszką - zapowiedziałam bratu.

- Nie jestem pewien, Asiu, czy to twoje nowe "ja" mi się podoba - odpowiedział niepewnie, patrząc na mnie.

Ja jednak byłam dumna ze swojej pewności siebie. W pracy zyskałam opinię pyskatej i takiej, co to "nie da sobie w kaszę dmuchać".

Śmiało kroczyłam ulicą i bez strachu wracałam do domu z nocnych dyżurów, nawet gdy zapadły już ciemności. Kiedyś natknęłam się po drodze na dwóch wyrostków, którzy szarpali mniejszego od siebie chłopca.

- Wyskakuj z kurtki, bo inaczej cię rodzona mamusia nie pozna - powiedział jeden z barczystych nastolatków i przyłożył małemu w ucho, aż dziecko zaniosło się głośnym płaczem.

Zagotowałam się ze złości.

- Zostawcie go natychmiast! - wrzasnęłam najgłośniej jak potrafiłam i szybko zbliżyłam się do nich.

- Co, stara, guza szukasz? - zaczęli się ze mnie naśmiewać.

- Zaraz się przekonamy, kto zarobi po głowie - odpowiedziałam twardo. - Dwóch na jednego i to dzieciaka. Tchórze!

Kiedy chuligani próbowali mnie złapać, zaczęłam ich okładać torbą, gdzie popadło i krzyczeć tak głośno, że chyba było mnie słychać na drugim końcu miasta. Przestraszeni tym rabanem napastnicy uciekli, gdzie pieprz rośnie. Mgła, która dotąd przesłaniała mi oczy, nagle się rozwiała. Czułam się świetnie, jakby coś mnie uskrzydlało. Długo potem wspominałam to zdarzenie i nawet opowiedziałam o nim rodzicom, którzy załamywali ręce nad moim brakiem ostrożności. Mnie jednak to cieszyło. Czułam się silna, niemal niezniszczalna, jak bohaterowie telewizyjnych kreskówek.

Z czasem zaczęłam jednak odczuwać niepokój. Coś było nie w porządku. Praca mnie nudziła. Siedzenie w recepcji i wypełnianie książki gości było dla mnie zbyt monotonne. Potrzebowałam wrażeń, wręcz marzyłam o jakimś wyzwaniu lub niebezpieczeństwie. Czasem, gdy nie mogłam już wytrzymać za kontuarem, mówiłam, że idę zapalić papierosa, ale robiłam coś zupełnie innego. Wychodziłam na ruchliwe skrzyżowanie ulic w pobliżu hotelu i przebiegałam jezdnię na czerwonym świetle.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje