Reklama

Reklama

Nikomu nie jestem potrzebna

- Czy możemy porozmawiać bez małej? - spytała, wciągając tatę do sypialni.

Reklama

Najpierw się kłócili, a potem kochali. Słyszałam wyraźnie. Bardzo to przeżyłam. Potem ona znowu wrzeszczała:

- Zabierz ją! Nie nadaję się do niańczenia cudzych bachorów! Nie umiem rozmawiać z dziećmi, zresztą mała wcale się do mnie nie odzywa. Pytam ją o koleżanki ze szkoły, o lekcje, ale nie odpowiada. Czasem tylko kiwnie głową. Martwię się, bo powiedziała mi, jak kiedyś wyskoczyła przez okno. Co będzie, jak znowu zechce polatać? Zabierz ją! Macie chyba jakichś bliskich, u których mogłaby się zatrzymać. Postaraj się o jakąś opiekunkę!

- Ty wiesz, ile opiekunka kosztuje?

- Co to mnie obchodzi? Pracujesz, to chyba zarabiasz jakieś pieniądze?!

- Jeszcze tylko parę dni - poprosił ojciec. - Zrozum, własna matka jej nie chce, a innych krewnych nie mamy...

"Własna matka jej nie chce", powtórzyłam za ojcem w myślach i rozpłakałam się. Czułam się opuszczona. Nikomu niepotrzebna.

Narzeczona numer siedem, ostatnia, do której zaprowadził mnie ojciec, nawet się nie przedstawiła.

- Tylko na tydzień - poprosił ojciec, po czym szybko wyjął z kieszeni kurtki białą, złożoną wpół kopertę.

- Tylko ten jeden raz - rzuciła. - I niech sama się karmi, bo nie lubię gotować.

Było w niej coś niepokojącego, więc starałam się nie sprawiać jej kłopotu. Rano szłam do szkoły, a po lekcjach włóczyłam się po mieście, żeby jak najmniej przeszkadzać swojej opiekunce.

Minął tydzień, a tato nie wracał. Kobieta zaczęła się denerwować. Nieustannie dzwonił jej telefon, ale to nie był ojciec.

- Daj spokój! Nie rozumiesz, że nie mogę - śmiała się do słuchawki. - Mam u siebie cudze dziecko. Ta, znajomej? Nie, nie mogę tej małej wyrzucić z domu...

Słuchając tych rozmów, zrozumiałam, że moja opiekunka oprócz taty ma innego kochanka. Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Któregoś dnia nie zostałam wpuszczona do mieszkania.

- Mam gościa. Przyjdź za trzy godziny - usłyszałam zza drzwi.

Poszłam do parku, gdzie na ławce przesiedziałam do północy. Potem z duszą na ramieniu jeszcze raz zastukałam do drzwi. Na szczęście gość już sobie poszedł.

- Nie masz pieniędzy? - spytałam. - Tato, gdy każesz, na pewno zapłaci więcej.

- Boże, dziecko, nie chodzi o pieniądze, tylko o to, że mam swoje własne życie. A ty masz chyba jakąś matkę, prawda? Znasz jej numer?

Mama jednak nie dała się wciągnąć w pułapkę. Nie wiem, co konkretnie powiedziała kochance numer siedem, ale ta po krótkiej rozmowie westchnęła tylko:

- To głupie cielę, nie matka.

W duchu przyznałam jej rację. Znów przepłakałam całą noc. Nad ranem obmyśliłam pewien plan. Gdy moja opiekunka jeszcze spała, spakowałam walizkę i poszłam z nią do szkoły. Dotarłam tam koło siódmej i akurat natknęłam się w drzwiach na moją wychowawczynię.

- Zosiu, co się stało? - spytała przestraszona, a ja opowiedziałam jej wszystko.

O mamie i o tym, jak próbowałam się zabić, bo odeszła do narzeczonego i jego dzieci. O dziewczynach taty, o tym, że mnie nie chcą, a on musi pracować i nie ma dla mnie czasu. Nie ma też czasu na czytanie bajek i na chodzenie na wywiadówki. O pani Ludwice i o jej wielkim kłopocie, to jest o kotach.

- Zosiu, dlaczego wcześniej mi o tym nie powiedziałaś? - pani płacząc, przytuliła mnie do siebie tak mocno, że aż nie mogłam oddychać.

- Bo się wstydziłam - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

- Ty, dziecko? Ty się wstydziłaś? To dorośli powinni się wstydzić! Nie martw się, już ja się tobą zajmę - zapewniła i słowa dotrzymała.

Ciocia Danusia, bo tak ją od kilkunastu lat nazywam, wzięła moje sprawy w swoje ręce. Skontaktowała się z moimi rodzicami i zdjęła z ich barek ciężar, jakim była opieka nade mną. To ona stworzyła mi prawdziwy dom. Pozostanę jej za to wdzięczna do końca życia oraz za wsparcie ofiarowane kiedyś w klasie, za to, że z czułością nazwała mnie "biedactwem", i za dom pełen ciepła i miłości, który wreszcie udało mi się znaleźć.

Zosia F., 24 lata

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje