Reklama

Reklama

Sąsiedzi za bardzo życzliwi

- Może trzeba było tam pojechać? - rzuciłam nieopatrznie.

Reklama

- Nie miałam na tyle siły ani odwagi - kobieta znowu zaszlochała. - Myślałam o tym, żeby się z nią spotkać, ale bałam się spojrzeć własnemu dziecku w twarz...

- Zawsze jest przecież na to czas - powiedziałam ostrożnie.

- Teraz już jest za późno - pokręciła głową. - Ona nie chce mnie znać, gdyby było inaczej, odpisałaby mi przecież na tamten list, potem też jeszcze do niej pisałam. Ona się mnie wyrzekła, tak jak kiedyś ja jej, nie potrzebuje mnie... Już na wszystko jest za późno - wyszeptała. Wtuliła twarz w poduszkę i zasnęła.

Postanowiłam, że coś muszę zrobić: znaleźć adres, nazwisko córki. Jeszcze raz zapytałam panią Wandę, czy wie coś o niej.

- Jaka córka? - prawie krzyknęła.

- Jakby miała córkę, to przecież zatroszczyłaby się o matkę na stare lata, zadbała, a nie zostawiła na pastwę losu! - wciąż mówiła podniesionym głosem.

Postanowiłam więc wyciągnąć od pani Marii jakieś informacje. W delikatny sposób wypytałam ją o wszystko, o to miasteczko, o ulicę, opisała mi nawet piętrowy domek, w którym wtedy mieszkała. Zdecydowałam, że tam pojadę.

Z łatwością odnalazłam ulicę, przy której mieszkała niegdyś pani Maria. Wiele się zmieniło od tamtych powojennych lat. Na miejscu piętrowego domku stała duża willa z ukwieconymi balkonami w spadzistym dachu. Nie zastanawiając się, nacisnęłam na guziczek dzwonka. Po chwili na ganku ukazała się starsza kobieta.

- Pani do kogo? - spytała, podchodząc do furtki. Gdy stanęła naprzeciw mnie, dostrzegłam jej oczy, takie same jak oczy pani Marii... I ten uśmiech...

Wyjaśniłam jej, kogo szukam.

- Ale dlaczego pani tu przyjechała? - spytała trochę zdziwiona. - Przecież moja matka nie chce utrzymywać ze mną i moją rodziną żadnych kontaktów.

- To nieprawda - teraz z kolei ja byłam zdumiona. - Wiem, że napisała do pani i nie dostała żadnej odpowiedzi.

- Ja też napisałam kilka listów do niej i nie dostałam ani słowa odpowiedzi. Więc nie rozumiem, o co pani chodzi.

- Pani matka sądzi tak samo, że to pani nie odpisała jej nigdy. Coś jest z tymi listami, gdzieś przecież muszą być...

- No właśnie - Elżbieta przytaknęła mi.

- Ja mam tylko ten jeden, sprzed kilku lat. Przecież to niemożliwe, żeby wszystkie zaginęły na poczcie...

- Na poczcie z pewnością nie - znowu coś zaczęło mi świtać. - Ale mam pomysł. Bardzo panią proszę, niech pani napisze jeszcze raz do matki. I koniecznie proszę wysłać poleconym. Proszę go wysłać w poniedziałek rano.

Elżbieta zgodziła się. Zaprosiła mnie do siebie. I zaczęła pytać o matkę, o to, jak teraz żyje. Długo rozmawiałyśmy.

A ja w środę czatowałam na listonosza, ale tego dnia nic nie miał dla staruszki. Na klatce schodowej spotkałam jednak panią Wandę, która też na niego czekała.

- Niestety, dzisiaj nic nie ma - listonosz przejrzał trzymane w ręce listy. - Ani dla państwa, ani dla pani Marii.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje