Reklama

Reklama

Zerwałem się ze smyczy

Pewnego dnia do mojej lecznicy przyszła piękna dziewczyna ze swoim olbrzymim pupilem...

Dziewczyna z psem rasy briard pojawiła się tuż przed zamknięciem lecznicy. Jej pupil miał rozciętą łapę.

Reklama

- Jak się wabi pani pies? - zapytałem, kiedy weszliśmy do gabinetu. Właścicielka kudłacza przycupnęła na skraju krzesła, nerwowo bawiąc się apaszką. "Cóż za piękność", pomyślałem, patrząc na nią z zachwytem.

- Juma - odpowiedziała.

- Proszę się nie denerwować, takie rzeczy się zdarzają - próbowałem ją uspokoić. - Zresztą, wygląda na to, że pies miał sporo szczęścia - rana jest powierzchowna. Pani pierwszy raz w mojej lecznicy? - zmieniłem temat.

- Tak, niedawno przeprowadziłam się w te okolice.

- W takim razie mam nadzieję, że Juma zostanie moją stałą pacjentką - pogłaskałem psa i poinstruowałem dziewczynę co do dalszej kuracji. Kiedy Juma ze swoją panią wyszły, rozdzwoniła się komórka.

- Gdzie jesteś?! - pytała wściekle moja dziewczyna - Czekam z kolacją!

- Jak to gdzie? W lecznicy.

- Umawialiśmy się na dziewiętnastą! - syknęła, zanim się rozłączyłem. Gdy tylko wszedłem do domu, Marta poinformowała mnie, że jest dwudziesta czterdzieści i że muszę sobie sam odgrzać kolację, bo ona umówiła się z Igą na ploteczki przy drinku! "To krzyżyk na drogę", pomyślałem z ulgą. Po całym dniu pracy nie miałem ochoty na jej paplaninę. Marta, odkąd razem zamieszkaliśmy, zrobiła się jędzą. Nie dość, że czepiała się o byle co, to jeszcze była zazdrosna o każdą pojawiającą się w moim otoczeniu kobietę. Na początku nawet mi to pochlebiało, ale z czasem te jej sceny zrobiły się nie do zniesienia.

- Popuść mi trochę ten łańcuch, bo się z niego zerwę - żartowałem, ale Marta nie widziała w tym nic śmiesznego.

- Swojego ukochanego trzeba pilnować! - odpowiadała mi za każdym razem. Westchnąłem, sięgając do lodówki po przygotowane przez Martę leczo. Zjadłem i zasiadłem przed komputerem z zamiarem poczytania odrobiny branżowych artykułów, wtedy zadzwoniła Marta.

- Co robisz, misiu? - zapytała, dodając, że ona i Iga świetnie się bawią.

- Czytam - warknąłem. "To teraz już będzie do mnie wydzwaniać, sprawdzając, co robię w mieszkaniu?", zdziwiłem się. "To są jakieś totalnie chore akcje!"

- A nie siedzisz przypadkiem na jakimś portalu dla singli? Bo wiesz, z tym internetem to nigdy nic nie wiadomo... Mąż mojej przyjaciółki poznał w sieci jakąś flamę i teraz ma z nią romans, wyobrażasz sobie? - paplała Marta.

- Nie mogę sobie tego wyobrazić - wycedziłem z ironią. - Ale wiesz co? Jeśli ktoś chce zdradzić, to i tak go nie upilnujesz - dodałem złośliwie.

- No co ty? - Martę dosłownie zatkało. - Co chcesz przez to powiedzieć?! To jakaś aluzja, tak?

- To stwierdzenie faktu. A teraz bądź tak miła i się rozłącz, bo czytam - podniosłem głos, nawet nie starając się ukryć poirytowania. Miałem tego dość! "Ciekawe, co będzie po naszym ślubie, skoro już teraz Marta przeprowadza takie akcje? A może nie będzie żadnego ślubu?", pomyślałem nagle. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że ona wcale nie jest kobietą, z którą chciałbym iść przez życie. Następnego dnia z premedytacją zrobiłem Marcie na złość. Ot tak, żeby się odegrać za te jej ciągłe sceny. Tuż po skończeniu pracy pojechałem do schroniska i wybrałem sobie młodego wilczura.

- Został porzucony przez jakieś małżeństwo, które ponoć zaczęło się bać o bezpieczeństwo synka. Moim zdaniem pies im się znudził, a oni zwyczajnie postanowili się go pozbyć - pokiwała głową młoda pracownica schroniska.

- Podłość ludzka nie ma granic - oburzyłem się. - U mnie niczego mu nie zabraknie - zapewniłem, śmiejąc się. - Jestem weterynarzem.

Do domu wróciłem w wyśmienitym nastroju, ale szybko go straciłem...

- Co to jest?! - wycedziła Marta, gdy tylko otworzyłem drzwi. Patrzyła na psa takim wzrokiem, jakby zobaczyła ufoludka.

- W życiu nie widziałaś psa? - kpiłem z niej z wyjątkową bezczelnością.

- Ja po nim sprzątać nie będę! Nie zamierzam też mu gotować ani go kąpać! Nie cierpię zwierząt w domu i obiecywałeś mi, że nie będziemy ich mieć! Nie wystarczają ci te wszystkie stwory, które stale kręcą się po lecznicy?! - Marta zaczęła wrzeszczeć, na co pies zareagował krótkim szczeknięciem.

- Proszę bardzo! On mnie nie znosi i jest agresywny! - wycelowała palcem w wilczura, dodając, że mam się go natychmiast pozbyć. Tylko ironicznie się uśmiechnąłem, zamykając się z psem w pokoju. Przygotowałem mu legowisko, wykąpałem, a wieczorem zabrałem na nasz pierwszy wspólny spacer. Szedłem wolno, ciesząc się ciepłym wieczorem, gdy nagle zza drzew dojrzałem dziewczynę z briardem.

- Juma! - zawołałem i po chwili rozradowana suczka lizała moją dłoń. - Dobry wieczór - przywitałem się z właścicielką.

- Popatrz psinko, pan doktor na spacerze w naszym ulubionym parku...

- Proszę mi mówić po imieniu - zaproponowałem. - Marcin - dodałem.

- Bardzo mi miło - uśmiechnęła się. - Mam na imię Justyna.

Chwilę pogadaliśmy o psach, oglądnąłem łapę Jumy i zaproponowałem Justynie ponowne spotkanie w parku. Wyglądała na zaskoczoną, ale też zadowoloną.

- A twoja dziewczyna nie będzie miała nic przeciwko temu? - zapytała.

- Jestem wolny - mrugnąłem. Właściwie to nawet nie kłamałem, bo podczas spaceru postanowiłem, że poproszę Martę, żeby zaczęła się rozglądać za nowym mieszkaniem... Chciała mnie wodzić za nos, ciągnąć przez życie na smyczy, to się doigrała!

Z życia wzięte

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: PSY (Park Jae-Sang)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje