Reklama

Reklama

Polacy rzadko myślą o wartościach

W "Obłędzie", podobnie jak w innych pani tekstach, zło zawsze rodzi kolejne zło. Czy jest w takim razie sens z nim walczyć?

Reklama

- Jak już powiedziałam, każdy z nas ma też w sobie cząstkę Marka Edelmana. Właśnie o walce ze złem zamierzam napisać kolejną książkę, nad którą już pracuję. Chcę pokazać, że można żyć dojrzale, otaczać się miłością i czerpać z tego radość. Bo przecież bardzo mało osób żyje w ten sposób, nie wiem właściwie dlaczego. Polacy rzadko myślą o wartościach, mimo, że status życia ulega poprawie, w ludziach jest dużo gniewu. Wczoraj rano pan taksówkarz, który wiózł mnie na wywiad, powiedział, że coraz więcej ludzi prosi go o rzeczy absurdalne, nie wynikające z jego obowiązków, a gdy grzecznie odmawia, unoszą się, czasem przeklinają z krzykiem. Z rozrzewnieniem wspominał opowieści dziadków o kulturze czasów międzywojnia... Mówił, że dziś ludzie wolą być postrzegani nie jako osoby dobre, ale takie, które poradzą sobie w życiu, nawet kosztem rozpychania się łokciami, nie zwracania uwagi na potrzeby innych.

Taką osobą jest właśnie doktor Alicja...

- Chciałam pokazać, że obłęd dotyka wszystkich. Ordynator Alicji, którą podnieca zło, ale nie tylko. W obłęd popadają pacjenci, bo przecież do szpitali psychiatrycznych nie zawsze trafiają osoby, które potrafią czytać swoje emocje. I wreszcie w obłęd popada Adam, który bada sprawę jako dziennikarz. Nie jest jednak dość dojrzały, by wygrać ze złem. Przy czym dojrzałość nie zależy w ogóle od wieku. W słynnym "Milczeniu owiec" Clarice Starling, grana przez Jodie Foster, pokonuje Hannibala Lectera nie siłą intelektu, a właśnie swoją dojrzałością. Adam musiał przegrać, bo nie potrafił kochać, nie rozumiał życia.

Adam, by przygotować swój reportaż, daje się zamknąć na oddziale psychiatrycznym. Czy widzi pani sens w takim geście?

- Tak, jeśli jest usprawiedliwiony wyższymi celami i towarzyszy mu przekonanie, że komuś może stać się krzywda. Zdarzało mi się stosować obserwację uczestniczącą jako dziennikarz, gdy miałam silne dowody na winę konkretnej osoby. Umówiłam się na przykład na spotkanie z lekarzem jako pacjent. Zrobiłam to, bo miałam informacje, że lekarz stosował wcześniej nadużycia, m.in. znęcanie się.

Hanna Rydlewska nazwała "Obłęd" "polskim Lotem nad kukułczym gniazdem" i to skojarzenie jest moim zdaniem uzasadnione. Jednak Ken Kesey napisał swoją powieść prawie 60 lat temu. Pani pokazuje, że miejsca, w których podstawowe prawa człowieka ma się za nic dalej istnieją - wszak książka to opis prawdziwych kar. To przerażająca diagnoza...

- Bardzo cenię powieść Keseya, a szczególnie film Miloša Formana nakręcony na jej podstawie. Wywarł na mnie ogromne wrażenie. No i wspaniała gra Jacka Nicholsona oraz Louise Fletcher w roli Siostry Ratched... Miałam naprawdę niewiele lat, kiedy nauczyłam się scenariusza prawie na pamięć.

- Oczywiście "Obłęd" jest inny... w "Locie nad kukułczym gniazdem" nie wiedzieliśmy nic o oprawcy, obserwowaliśmy tylko, jak wymierza kary. W mojej książce poznajemy przeszłość tego, kto krzywdzi. Dowiadujemy się, co nim kieruje, dlaczego zachowuje się w ten sposób. Warto zwrócić uwagę, co mówią do siebie ordynator Alicja i jej przyjaciele, zresztą przez nią manipulowani. W tych dialogach jest zapisane podejście klasy wyższej do tych, którym nie powiodło się tak dobrze. Według Hanny Rydlewskiej, której recenzję pani przywołała, "Obłęd" jest także opowieścią o odradzających się w Polsce totalitaryzmach. Z mojej perspektywy jest to bardzo ważne i uzasadnione spostrzeżenie.

Dowiedz się więcej na temat: Justyna Kopińska | reportaż | powieść | Polska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje