O co jesteśmy mądrzejsi w drugim związku

Psychologowie twierdzą, że drugie związki mają więcej szans na bycie tymi „do końca życia”, jeśli w pierwszych nam nie wyszło. Dlaczego? Bo popełniamy w nich mniej błędów. Bo dostaliśmy już nauczkę za pierwszym razem i uważamy, by teraz było ich mniej. Albo wcale. Kasia i Maciek Zwolińscy są dowodem na to, że może się udać.

Kiedy się spotkali, oboje mieli za sobą nieudane małżeństwa. Miłość spadła na nich niespodziewanie. Z wielką siłą. I została. Może dlatego, że dzięki poprzednim doświadczeniom byli mądrzejsi, wiedzieli, jak o nią zadbać i co zrobić, by tym razem się udało.

Reklama

Żadne z nich nie myślało o nowym związku. Nie czekało, nie planowało. Ale spotkali się. I zachwycili sobą. - Chyba w dobrym momencie, bo oboje byliśmy w takim wieku (blisko czterdziestki) i na takim etapie życia, że doskonale wiedzieliśmy, czego chcemy, a w dodatku potrafiliśmy nazwać swoje uczucia, potrzeby. To było ważne. Bez żadnego udawania, kombinowania, szczerze. Tak, jak powinno być między dorosłymi ludźmi.

Szybko ze sobą zamieszkali. Nie było czasu na dywagacje: "kocha, nie kocha", kombinowanie, czy się uda. Niedługo minie 10 lat, odkąd są razem. Czuli, zakochani, uśmiechnięci. Razem pracują, prowadząc Zwolakówkę, niewielki pensjonat w Istebnej, więc spędzają ze sobą niemal 24 godziny na dobę. I nie mają dość. Choć znajomi często pytają, kiedy od siebie odpoczywają, oni nie rozumieją: - Jak można chcieć odpocząć od osoby, którą się kocha?

Akceptować, nie zmieniać

Pierwszego męża Kasia poznała, kiedy była nastolatką. To była wielka miłość. Ślub. Wspólny dom. I wielkie rozczarowanie. - Im więcej czasu mijało, tym dalej od siebie byliśmy - wspomina Katarzyna. - Teraz, gdy myślę o tym z perspektywy czasu, wiem, że spotkaliśmy się za wcześnie. Razem dojrzewaliśmy, z dzieci stawaliśmy się dorosłymi ludźmi. Niestety, ludźmi o innych potrzebach. Niczym brat i siostra, którzy znają się jak łyse konie, lubią, przyjaźnią nawet, ale nie są dla siebie atrakcyjni jak mężczyzna i kobieta. A przecież o to w związku chodzi. Facet musi być facetem. Kimś, na kim kobieta może się oprzeć, kto podejmie decyzję, weźmie odpowiedzialność. A czasami powie: "Pięknie dziś wyglądasz" albo przytuli czy zrobi niespodziankę. Czy nie o takich mężczyznach marzymy? - pyta.

- Przy kimś takim kobieta rozkwita. Czuje się spełniona. W moim pierwszym małżeństwie tego zabrakło. Pewnie było w tym trochę mojej winy. Mam silny charakter. Działam szybko. Lubię dominować. W naszym związku, trochę wbrew sobie, przejęłam męską rolę. To ja decydowałam, co jemy na obiad, gdzie jedziemy na wakacje, z kim się spotykamy. Nie pozostawiłam mężowi żadnych możliwości, szans nawet, by mógł się wykazać. I wygrałam. Zmusiłam, żeby stał się taki, jak chciałam. Udało mi się, ale on nagle przestał być dla mnie atrakcyjny.

- Dziś wiem, że faceta nie trzeba, a nawet nie wolno zmieniać. Przecież kiedy kobieta spotyka mężczyznę, zachwyca się jego chropawym pięknem, dzikością, jednym słowem męskością. Tym, co tak bardzo różni go od niej. A potem z biegiem czasu usiłuje urobić go na własną modłę. Na swoje wyobrażenie. I zmienia go. Może dla świętego spokoju, może z miłości do niej mężczyzna daje jej się na nowo ulepić. I kiedy ma już takiego rozmiękczonego faceta ze swoich snów, okazuje się, że wcale nie o to jej chodziło. Że wolała tego chropawego dzikusa, którego spotkała. Więc jest nieszczęśliwa. Buntuje się, że przecież tak bardzo się starała, zawiesiła firanki, zapaliła pachnącą świeczkę, a ten facet tego nie docenia i zamiast być facetem, staje się rozmemłanym gościem w kapciach, z pilotem do telewizora w ręce... A wystarczyło pozwolić mu pozostać sobą. Ale wiem to dopiero dziś. Dlatego z Maćkiem jest inaczej...

Więcej rozmawiać

Maciek poznał swoją pierwszą żonę tuż przed studniówką. Po siedmiu latach wzięli ślub. Po kolejnych 10 rozwód. - Moja miłość prysła niczym bańka mydlana, a ja nawet nie zauważyłem kiedy. Starałem się, tak mi się wydawało, ale nic z tego nie wychodziło. Nie rozumiałem, dlaczego jej nie zależy. Nawet na samej sobie. Po ciąży chodziła w wielkich, bezkształtnych ciuchach, a ja nie byłem w stanie powiedzieć, że to, jak ona wygląda,jest dla mnie ważne. A było ważne. Woleliśmy milczenie.

- Uciekałem w wyjazdy służbowe albo umawiałem się z kolegami, mówiąc, że dłużej pracuję. Byleby nie wracać do domu, nie rozmawiać, nie być. Zresztą żadne z nas nie mówiło drugiemu, co mu właściwie nie pasuje. I tak budowaliśmy między sobą mur. Z niedopowiedzeń i kłamstw. To było głupie. Ale trwało tak długo, że zupełnie zapomnieliśmy, że można inaczej.

Maciek zdaje sobie sprawę, że za klęskę pierwszego związku także on ponosi odpowiedzialność, bo najzwyczajniej w świecie odpuścił, poddał się, przestał się starać. - Z Kasią rozmawiamy bez przerwy - mówi. - Kłócimy się. Miewamy inne zdanie w różnych sprawach. Wybuchamy i chociaż bywa, że trudno nam dojść do porozumienia, nigdy nie ma między nami cichych dni. Zanim położymy się spać, sprawa, która nas poróżniła, musi być wyjaśniona. Bo odłożenie jej na później niczego nie rozwiązuje. Pozwala tylko pielęgnować w sobie urazy, podsycić trochę złości albo wyobrażać sobie nie wiadomo co.

- Kiedyś, gdy wyjechałem i próbowałem zadzwonić do Kasi, nie odbierała. Zacząłem zastanawiać się, o co jej poszło. Tak długo nie dawało mi to spokoju, że spod Łodzi postanowiłem wrócić do Istebnej, żeby wyjaśnić sprawę. Przejechałem niemal 400 kilometrów, by dowiedzieć się, że odkładając słuchawkę, zablokowała telefon i po prostu nie słyszała, że dzwonię. Ale tak już mam, że wszelkie nieporozumienia wyjaśniamy sobie natychmiast. I często okazuje się, że nie było o co się kłócić. Rozmowa jest konstruktywna. Milczenie nigdy - twierdzą zgodnie.

- Zresztą lubimy rozmawiać. O wszystkim i bez przerwy. Nie mamy telewizora, bo nie lubimy, gdy ktoś nam przeszkadza. Nigdy też jadąc razem samochodem, nie słuchamy radia. Tak jest dobrze. Spieramy się, dyskutujemy. I im więcej rozmawiamy, tym więcej mamy sobie do powiedzenia. Dziwne, prawda? - śmieją się.

Myśleć o ukochanym

Wiadomo, że nie ma ideałów. Każdy jakiś jest. Ale każdy lubi, kiedy druga strona pamięta o jego potrzebach. Drobny gest potrafi wiele załatwić. - Jeżeli budzisz się rano i myślisz, co zjadłbyś na śniadanie, znaczy, że nie kochasz. Trzeba myśleć o tym, na co ona ma ochotę. Co wymyślić, by sprawić jej frajdę - tłumaczy Maciek. - Jak najczęściej robimy sobie drobne przyjemności. Wzajemnie się uszczęśliwiamy. I wcale nie chodzi o wielkie prezenty. Tylko o codzienne drobiazgi.

- Wiem, co Maciek lubi jeść, więc gotuję mu jego ulubione dania, innego dnia on zabiera mnie na pizzę, bo wie, że ją uwielbiam. Staramy się też dzielić ze sobą nasze pasje. Chociaż nie do końca nam to wychodzi - śmieją się. - Kiedy okazało się, że Maciek jest modelarzem, próbowałam dowiedzieć się czegoś o sklejaniu modeli pociągów, które on uwielbia. Raz nawet pod jego nieobecność postanowiłam wyręczyć go w budowaniu nasypu kolejowego. Niestety, pomyliłam się i przykleiłam poszczególne części nie w tej kolejności. Wszystko musiał rozebrać, ale docenił, że chciałam pomóc - opowiada Kasia. - Od tamtej pory nie sklejam modeli, ale bywam z nim na spotkaniach modelarzy. Muszę przecież znać jego znajomych.

- Z wdzięczności, że z nim jadę, Maciek funduje mi "moje" przyjemności. Wie, co lubię. Na przykład zabiera na wystawę psów. I jesteśmy kwita. To ważne, by w związku nikt nie czuł się wykorzystywany czy sfrustrowany tym, że ciągle zaspokaja potrzeby drugiej strony, w zamian nic nie dostając. Wielu ludzi mówi, że zazdroszczą im ich miłości, że też chcieliby, by ich związek tak wyglądał. Wtedy Kasia i Maciek dziwią się. Przecież wszystko jest w naszych rękach. Wystarczy tylko trochę się postarać, szanować się, być ze sobą szczerym, nie udawać, rozmawiać i troszczyć o siebie nawzajem. Tyle wystarczy. Przecież są na to najlepszym dowodem.

Aldona Bejnarowicz

-----

O czym warto pamiętać, układając życie od nowa

Czy to prawda, że drugi związek jest lepszy?

Ewa Klepacka-Gryz, psycholog, www.terapiavia.com: - Powiedziałabym raczej, że ma większe szanse powodzenia. Ale dodałabym jedno: im jest późniejszy, tym lepiej. Kiedy kończymy czterdzieści lat, zazwyczaj mamy już wiedzę na swój temat, wyciągnęliśmy wnioski z poprzednich porażek. I chcemy naprawić błędy.

Powiedziała pani: "wiedza na swój temat". A nie na temat potencjalnego partnera?

- Najważniejsze pytanie, które powinniśmy sobie zadać, nie brzmi: "kogo szukam?", lecz: "kto szuka?". Gdy pragniemy ułożyć sobie życie od nowa, powinnyśmy się zastanowić, kim jesteśmy? Czego potrzebujemy? Ale równie ważne jest, co jesteśmy w stanie ofiarować drugiej osobie? W znajomym biurze matrymonialnym klienci dostają do wypełnienia ankietę. Zauważyłam, że w pierwszej rubryce, w której wpisuje się oczekiwania, bywa zwykle gęsto od uwag. Ale w drugiej, gdzie deklarujemy, co sami możemy dać, jest już pusto.

To chyba źle wróży...

- Receptą na drugi związek jest refleksja nad własną przeszłością. Tak jak w przypadku bohaterów tego reportażu. Oni nie tylko wiedzą, czego pragną, ale rozumieją, w czym kiedyś zawinili. Jeśli tej lekcji nie odrobimy, zawsze będziemy nieszczęśliwe. Jak żony alkoholików, które mają jeden cel: żeby ten następny nie pił. I zwykle trafiają z deszczu pod rynnę. Albo wieczne kochanki, wciąż od nowa łudzące się, że mężczyzna zostawi dla nich rodzinę. A tu należy się raczej zastanowić nad tym, co we mnie jest takiego, że przyciągam określony typ facetów? Warto wreszcie poznać mechanizm, który za tym stoi.

Na to potrzeba czasu. A kobiety czasem szybko rzucają się w drugi związek ze strachu, że zostaną same.

- Dlatego samo powtórne zamążpójście nie gwarantuje jeszcze sukcesu. Ten kolejny raz powinien oznaczać zmianę, nie odtworzenie starego układu. Obserwuję, jak kobiety po bolesnych doświadczeniach wracają często do swych pierwszych miłości. Bo tęsknią za młodością. Próbują wymazać złe lata. Według mnie to błąd. Tak się cofamy, a nie idziemy naprzód. Gdy mamy dwadzieścia lat, szukamy partnera na zasadzie rekompensowania sobie braków. Nieśmiała dziewczyna zakochuje się w duszy towarzystwa. Pochodzenie partnera, wartości, które on wyznaje, schodzą na dalszy plan.

Dwadzieścia lat później wiemy, że to istotne.

- Wtedy nie obowiązuje już przekonanie, że przeszłość partnera się nie liczy. Są przecież eksżona, dzieci, różne zobowiązania. Nie możemy przymknąć oczu na fakt, że te dzieci będą uczestniczyły w naszym życiu. Trzeba też niekiedy zaakceptować to, że on żyje w przyjaźni ze swoją byłą. Są kobiety, które każą mężowi oddzielić przeszłość grubą kreską. Na przykład zakazują mu spotykać się z dziećmi w domu. Przestrzegam przed takim postępowaniem. Szkodzi ono wszystkim, naszemu związkowi także. Cały bagaż z przeszłości należy włączyć do części wspólnej. To złudzenie, że da się go odrzucić i zacząć nowe, idealne życie juz z czystym kontem.

Co jest jeszcze charakterystyczne dla drugich małżeństw?

- Zawierając je, częściej zwracamy uwagę na opinie innych. Młodych one nie obchodzą, ale ludzie w średnim wieku liczą się z tym, co na temat nowego partnera ma do powiedzenia syn lub córka. Jak oceniają go przyjaciele? Często jesteśmy swatani przez wspólnych znajomych.

To dobrze?

- Akceptacja otoczenia na pewno pomaga. Zresztą, drugie wybory bardziej bywają z głowy niż serca. Nie ma w tym nic złego. Potrzebna jest po prostu wiara, że tym razem się uda. Dzięki niej otwieramy serce, pozbywamy się negatywnych myśli i lęków. Czasami też bywa tak, że za drugim razem mocniej się staramy, gdy nadchodzi kryzys. Bo raz można się rozwieść, ale drugi? To już prawdziwa porażka.

Rozmawiała: Maria Barcz

***Zobacz materiały o podobnej tematyce***

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje