Reklama

Reklama

Tragiczny finał wielkiej miłości

Zdecydowałam się opowiedzieć tę historię, aby przestrzec wszystkie kobiety. Dziewczyny, nie ufajcie nikomu, zwłaszcza cudzoziemcom! Uważajcie na to, z kim się wiążecie i dbajcie o swoje finanse!

Mam na imię Mariola, pochodzę z Warszawy, z zawodu jestem ekonomistką, a moim największym marzeniem jest odnalezienie dziecka, które zostało mi odebrane przed pięcioma laty. Wiem, że nie zaznam szczęścia, dopóki nie odzyskam Piotrusia. Mój synek przychodzi do mnie w snach. Śnię, że znowu jesteśmy razem. Że wędrujemy Nowym Światem albo, jak dawniej, bawimy się w Łazienkach. Nieustannie zastanawiam się, jak wygląda mój maluszek, ile urósł, czy wciąż dopisuje mu zdrowie i apetyt, czy... żyje. Bo czasem, gdy dopadają mnie te najczarniejsze z czarnych myśli, nabieram przekonania, że Fridtjof mógł skrzywdzić nasze dziecko. Przecież od samego początku nie było mu na rękę, że mały przyszedł na świat...

Reklama

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego zamiast siedzieć w Warszawie, nie wyruszam na poszukiwanie syna? Byłam w Norwegii wiele razy, lecz za każdym razem wracałam bez niego.

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się tak pięknie! W 1995 roku pojechałam latem do Norwegii. Oczywiście nie żeby odpoczywać, tylko żeby zarobić i podreperować studencki budżet. Pracę znalazłam w jednej z restauracji w Oslo. Podobała mi się bardzo, bo w Polsce takich jeszcze wtedy nie było. Lokal, nawet w porze letniej, oblegany był przez norweskich studentów. Od jednego z nich dowiedziałam się, że w Norwegii można studiować w języku angielskim i że wielu polskich studentów już to robi. Po powrocie do kraju zakręciłam się wokół stypendium zagranicznego i jeszcze w tym samego roku dostałam je. Moi rodzice na początku sprzeciwiali się wyjazdowi, ale gdy im trochę pojęczałam i popłakałam, machnęli ręką, mówiąc: "Jedź, jak musisz!".

Tym sposobem po raz kolejny znalazłam się w Norwegii. Zamieszkałam w małym, przytulnym akademiku na obrzeżach miasta. Dwa dni po przyjeździe rozpoczęłam normalne zajęcia na uczelni: wykłady, ćwiczenia, a po południu chodziłam na basen. Później zaczęły się również praktyki w skandynawskich instytucjach finansowych i to nie tylko w Oslo, ale i w Bergen, Trondheim oraz Sztokholmie. Podczas praktyk w Trondheim zaprzyjaźniłam się z kilkoma norweskimi studentkami. Nadawałyśmy na tych samych falach i dlatego po powrocie do Oslo dalej trzymałyśmy się razem. Kiedyś jedna z przyjaciółek zaciągnęła mnie na imprezę do modnego wówczas klubu. Tam też poznałam Fridtjofa.

Studiował inżynierię maszyn. Mieszkał sam, gdyż jego rodzice od lat przebywali w Nowej Zelandii. Podobno pod koniec lat osiemdziesiątych pojechali tam na urlop, zakochali się w egzotycznej wyspie i do domu już nigdy nie wrócili. Fridjofa, który nie chciał do nich dołączyć, wychowali dziadkowie. "Dziwne", pomyślałam, gdy po raz pierwszy usłyszałam tę historię. Teraz wiem, że to przeżycie z dzieciństwa sprawiło, że Fridtjof nie potrafił prawdziwie kochać. Uciekał, tak jak oni, od najbliższych mu osób.

- Mamo, tato, wychodzę za mąż - to były pierwsze słowa wypowiedziane przeze mnie po powrocie do Polski.

Był czerwiec 1996 roku, chodziłam z głową w chmurach, szczęśliwa i na zabój zakochana. Rodzice próbowali mnie powstrzymać przed pochopnym zamążpójściem, ale ja się uparłam i w końcu postawiłam na swoim.

Fridtjof przyjechał z potrzebnymi dokumentami w lipcu. W sierpniu wzięliśmy ślub. Po miesiącu miodowym on wrócił do Oslo, a ja zostałam w Polsce, by dokończyć studia. Pamiętam, dzwonił codziennie i co miesiąc wpadał na kilka dni do Polski.

Gdy skończyłam studia w 1998 roku, po dwóch latach rozłąki, wyjechałam do Fridtjofa. Pracowaliśmy obydwoje, dlatego stać nas było na zaciągnięcie kredytu hipotecznego. Na początku 2001 roku przeprowadziliśmy się do parterowego domku nad morzem. Pięć miesięcy później zaszłam w ciążę. Kiedy powiedziałam o tym mężowi, ten wcale się nie ucieszył, choć próbował to jakoś zatuszować. Dziś myślę, że przestraszył się ojcostwa. Pamiętam, że raz, gdy przeholował z alkoholem, próbował mnie namówić do usunięcia ciąży. Wtedy wzięłam to za brednie gadane po pijaku, z czasem zrozumiałam jednak, że Fridtjof właśnie wtedy był ze mną naprawdę szczery.

W lutym 2002 roku na świat przyszedł Piotruś. Byłam wtedy bardzo szczęśliwa, bez reszty oddana mężowi, zakochana w maleńkim synku, zajęta jego wychowaniem i urządzaniem domu. Latem pojechałam odwiedzić rodziców w Polsce. Natomiast oni zjechali do nas wczesną zimą. Cieszyłam się z tych odwiedzin, zwłaszcza że matka i ojciec Fridtjofa dotąd się do nas nie odezwali i wyglądało na to, że Piotruś będzie miał tylko jedną babcię i jednego dziadka. Pamiętam, że do odwiedzin swoich najbliższych szykowałam się z wielką gorliwością. Chciałam przed nimi zabłysnąć jako kochająca żona, troskliwa matka i dobra gospodyni. Nie przypuszczałam, że podczas ich wizyty spotkać mnie może jakaś przykrość...

Koszmar zaczął się kilka dni po przyjeździe moich rodziców, a wszystko za sprawą mojego męża. Już na początku jesieni zauważyłam, że Fridtjof zachowuje się dziwnie. Zrobił się milczący, zaczął ignorować moje pytania albo odpowiadał na nie opryskliwie. Czasem przyłapywałam go na tym, że patrzy na mnie jakby z pogardą. Zaniepokoiłam się, ale nie zaufałam swojej intuicji, wolałam myśleć, że mąż jest po prostu zmęczony. Potem przyjechali rodzice. Na ich cześć sprosiłam do domu sąsiadów i znajomych, urządziłam wspaniałe przyjęcie. Wszyscy świetnie się bawili, tylko Fridtjof był ponury.

- Co ci jest? - spytałam, gdy zostaliśmy sami. - Źle się czujesz?

- Nie, po prostu pogubiłem się w naszym małżeństwie - odparł. - Jestem zmęczony tobą i Piotrusiem. Muszę odejść. Jutro pojadę do znajomych w Trondheim. Chcę być sam, żeby sobie wszystko przemyśleć.

- Co ty wygadujesz?! - krzyknęłam.

- A co ja mam twoim zdaniem robić?

- Spakować się, zabrać dziecko i wrócić do Warszawy - odpowiedział.

Nie wierzyłam własnym uszom. Nie rozumiałam, dlaczego mówi to właśnie teraz. Czyżby wszystko, co przeżyliśmy, co nas łączyło, przestało się liczyć? Czy w życiu Fridtjofa pojawiła się jakaś inna kobieta? Spytałam, czy ma kochankę. Zaprzeczył. Uwierzyłam, ale później okazało się, że miał ją już od dawna. Zaczęli się spotykać, gdy ja byłam w ciąży.

Nie chciałam dać tak łatwo za wygraną. Próbowałam przemówić Fridtjofowi do rozumu. Prosiłam, żeby nie podejmował pochopnej decyzji. Tłumaczyłam, że razem spróbujemy przezwyciężyć kryzys. Przezwyciężymy go również ze względu na dziecko. On jednak ciągle odpowiadał "nie". W końcu się zniecierpliwił.

- Czemu ty tyle gadasz, kobieto?!

Wstał, spakował swoje rzeczy i wyszedł. Nigdy więcej nie zobaczyłam już męża. Tylko raz, dwa dni po jego zniknięciu, rozmawiałam z nim przez telefon. Zadzwonił, żeby mi powiedzieć, że lepiej dla mnie będzie, jeśli wyjadę do Polski.

- Powinnaś jak najszybciej opuścić dom, bo wystawiłem go na sprzedaż - poinformował mnie urzędowym tonem.

- Jak mogłeś, przecież to jest nasz dom! - oburzyłam się.

- Tak ci mówiłem - roześmiał się cynicznie. - Ale to moja pensja szła na spłatę rat i na moje imię zostały wystawione dokumenty, mogę więc robić z nim, co zechcę.

- Ale ja płaciłam przecież część rat i łożyłam na wspólne życie! - broniłam swoich praw do domu, ale bezskutecznie.

Kiedy rodzice dowiedzieli się o wszystkim, powiedzieli, że wracamy we czwórkę do Polski. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby ich wówczas przy mnie nie było. Ojciec kupił bilety, mama spakowała rzeczy moje i Piotrusia, a ja przez cały czas chodziłam po domu i płakałam. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego mężczyzna, którego tak kochałam, porzucił mnie i upokorzył.

Po powrocie do kraju, gdy otrząsnęłam się z pierwszego szoku, nabrałam nadziei, że Fridtjof opamięta się i wróci. Codziennie modliłam się o to, by znów było tak jak dawniej. Pamiętam, że każde pukanie do drzwi, każdy dzwonek telefonu podrywał mnie na równe nogi. Niestety, Fridjof nie wrócił. Po paru miesiącach straciłam cierpliwość. Postanowiłam się rozwieść i ułożyć sobie życie bez niego. Spróbowałam skontaktować się z mężem telefonicznie. Nie udało się, gdyż nikt z naszych wspólnych znajomych od dawna o nim nie słyszał. Lekkomyślnie machnęłam ręką. Nie załatwiłam wszystkich formalności i do dziś bardzo tego żałuję...

Czas leczył rany. Uspokoiłam się, poszłam do pracy. W wychowaniu Piotrusia pomagali mi rodzice, u których mieszkaliśmy. Synek rósł na schwał, był pogodnym i dobrym dzieckiem. Uwielbiał chodzić na spacery do parku. Wybrał się tam także pod opieką babci tego feralnego listopadowego dnia, pięć lat temu. Nie podejrzewając niczego złego, moja mama wypakowała Piotrusia ze spacerówki i pozwoliła mu się bawić jesiennymi liśćmi. Sama usiadła na ławeczce i zaczęła przeglądać gazetę.

- Babciu, ten pan jest głupi! - usłyszała nagle wołanie Piotrusia. - Wiesz, że on nie potrafi mówić!

- Piotrusiu, chodź szybko do babci! - zawołała zaniepokojona mama.

Mały posłuchał jej i podbiegł do ławki. Chwilę później pojawił się przy niej również Fridtjof z jakąś młodą kobietą.

- Moja żona - powiedział na powitanie.

- Żona! - krzyknęła oburzona mama i choć wiedziała, że Fridtjof jej nie rozumie, krzyczała dalej: - Przecież ty już masz żonę!

Oczywiście mogła sobie tak krzyczeć do rana - i tak jej nikt nie słuchał. Fridtjof przyklęknął. Wziął małego na ręce, a potem nagle wstał i zaczął uciekać. Mama chciała biec za nim, lecz młoda kobieta z całej siły popchnęła ją na pustą spacerówkę. Mama upadła. Rozbiła sobie twarz i złamała rękę. Ale mimo to wstała i, nie bacząc na krew, biegła za porywaczami. Nie miała jednak szansy na ich dogonienie. Któryś ze spacerowiczów wezwał na miejsce policję. Gdy funkcjonariusze dowiedzieli się, że chłopca porwał jego własny ojciec, przestali traktować mamę poważnie.

- To żadne porwanie - powiedzieli. - Jedyne, co może pani zrobić, to pójść do lekarza, zrobić obdukcję i oskarżyć zięcia oraz towarzyszącą mu kobietę o pobicie.

Kiedy dowiedziałam się o uprowadzeniu mojego synka, nie miałam czasu na łzy. Próbowałam poruszyć niebo i ziemię, żeby tylko uniemożliwić Fridtjofowi wywiezienie Piotrusia z kraju. Niestety, wszystko na nic. Jak się później okazało, mąż, jego nowa kobieta i mój syn odlecieli do Amsterdamu, a stamtąd - już nie wiadomo, dokąd. I tak straciłam mojego małego, bezbronnego syneczka.

Funkcjonariusze policji, u których szukałam pomocy, bezradnie rozkładali ręce. Tłumaczyli, że w świetle prawa Fridtjof jest ojcem chłopca i nie popełnił żadnego przestępstwa. Nie można za nim wysłać listu gończego. O tym, że wcześniej, kilka miesięcy po urodzeniu dziecka, porzucił nas i przez trzy lata nie interesował się synem, urzędnicy nie chcą słyszeć!

- To pani prywatna sprawa - mówią.

Bezradność doprowadza mnie do obłędu. Nie mogę sobie darować własnej głupoty. Dopiero od kilku miesięcy moją sprawę prowadzi adwokat. Najpierw muszę wziąć rozwód, bo tylko tak mogę zacząć walkę o synka, a uwierzcie, tęsknota nie pozwala mi żyć!

Z życia wzięte

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje